Leniwa niedziela z Olgą Drendą
Przed wami wasza ulubiona – leniwa niedziela! Dzisiejszą bohaterką jest Olga Drenda – zbieraczka, hobbystka i antropolożka kultury. Założycielka fanpage’a Duchologia oraz autorka wydanej w tym roku przez Karakter, książki „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji”.
Jak spędza niedzielę Olga Drenda?
Mam dosyć elastyczny charakter pracy, więc ostatecznie często zdarza się, że dużą część niedzieli spędzam po prostu w domu, pisząc i tłumacząc.
No nie, kolejna osoba, której niedziela wcale nie jest taka leniwa!
Ale znajduję też czas na rozrywki! Rano staram się zażyć trochę ruchu, więc często wychodzę pobiegać z moim mężem i z naszym psem Puflonem alias Akirą. Jeździmy na rowerach, na przykład do Chorzowa albo Tychów, albo idziemy do lasu, który mamy nieopodal i zbieramy jeżyny – to nasza nowa pasja. Żyjemy w zielonych płucach Śląska – w Mikołowie, więc mamy i lasy, i jeżyny, i grzyby, i jeziora. Mamy też hałdy. Więc wszystko sobie zwiedzamy. W niedzielę staram się też zawsze trochę poczytać i wziąć długą kąpiel pijąc rumianek. Czasem gotujemy z mamą specjalny i pracochłonny paprykarz jarski. Mogę obejrzeć też jakiś film z lat 80. albo kolejny odcinek „W labiryncie”. Tak, w niedzielę przeplatam pracę z relaksem, ale tak naprawdę nie różni się to specjalnie od tego jak spędzam czas, dajmy na to, we wtorek.
Przepraszam, ale dla porządku, muszę zadać to pytanie. Czym jest „duchologia”?
To najgorsze pytanie i nigdy nie potrafię podać na nie dobrej odpowiedzi. Ponieważ nikt nigdy nie widział wyraźnego ducha, nie jestem w stanie podać jednoznacznej, „książkowej” definicji. To jest termin, którego użyłam na określenie pewnego klimatu, zbiór cech typowych dla zjawisk w codzienności na przełomie lat 80. i 90. To czas, w którym kończy się pewna rzeczywistość, a zaczyna kolejna, ale do końca nie wiadomo, co z niej wyniknie. To dotyczy też trochę wspomnień, które z tego okresu mamy i które są pełne zakłóceń i nieco zamglone, jak stara kaseta video. Dlatego w duchologii jest jednocześnie coś niewyraźnego, coś niejasnego i coś niesamowitego.
Skąd twoje zainteresowanie akurat tym okresem?
Sama bardzo mało z niego pamiętałam, chociaż to czas, który pokrywa się z moimi pierwszymi świadomymi wspomnieniami. Chciałam uporządkować sobie ten czas w mojej głowie. Okazało się, że nie tylko ja miałam taką potrzebę – ludzie nie za bardzo pamiętają co się wtedy działo wokół nich. Mam wrażenie, że mówienie o dużej historii Polski tego okresu w sensie politycznym i ekonomicznym, całkowicie przyćmiło historię codzienności. Czasy przed „czasem duchologicznym”, przełomem lat 80. i 90., i czasy tuż po nim są dosyć dobrze zapamiętane, jednak to coś pomiędzy umknęło i zatarło się w świadomości ludzi.
Mam wrażenie, że ten pomysł na duchologię dotyczy całego społeczeństwa i że nie jest to coś, co dotykało tylko jednej grupy osób, a wręcz przeciwnie jest bardzo globalnym zjawiskiem, ale w pewnych terytorialnych i czasowych ramach.
To jest bardzo ciekawe! Spodziewałam się, zarówno prowadząc fanpage, ale i pisząc książkę, że to będzie temat, który zainteresuje osoby tylko w moim wieku. A tymczasem okazje się, że to nie jest do końca prawda. Oczywiście, takich osób jest najwięcej, ale są też starsi czy młodsi, którzy urodzili się już w III RP i nie mogą tego pamiętać, co najwyżej są to wspomnienia z drugiej ręki. Rozmawiałam kiedyś z dziewczyną, którą urodziła się w 1996 roku, która powiedziała mi, że dla niej ta książka w bardzo wyraźny sposób pokazuje i pozwala sobie wyobrazić, w jaki sposób wyglądało życie w świecie już innym, niż sama pamięta, i skąd taka różnica. Bardzo mnie ucieszyło, że książka może trafić do wszystkich. Moja strona zresztą okazała się bardzo demokratyczna, bo przychodzą na nią ludzie w różnym wieku, z różnych miejscowości, wszystkich województw, zajmujący się różnymi rzeczami, wykształceni lub trochę mniej, profesorowie i murarze. To chyba jedno z moich największych osiągnięć, że udało mi się zainteresować takim w zasadzie błahym tematem, tak różnorodnych ludzi.
Czy w takim razie „duchologia” to określenie odnoszące się jedynie do Polski? Twoja książka nosi tytuł „Duchologia polska”, co sugeruje, że prawdopodobnie są też inne, narodowe duchologie.
To takie krążące widmo, krążące w czasie i przestrzeni. Nurt hauntology w muzyce i projektowaniu (wytwórnia Ghost Box, Julian House itp.) powstał w Wielkiej Brytanii z inspiracją dziwnym klimatem tamtejszych lat 70. Nazwę pożyczono sobie od Jacquesa Derridy, który z kolei pojęcie widma wyłapał u Marksa. Myślę też, że narodowe duchologie na pewno dotyczą krainy Scarfolk oraz Krainy Grzybów.
Jak zatem wyglądała Twoja praca nad książką?
Najpierw oczywiście był fanpage, który był moim brudnopisem. Wokół niego zgromadziła się cała grupa ludzi – wspaniały umysł roju, który mi pomagał i wciąż pomaga, podsyłając swoje znaleziska. To wspaniali i wierni fani, którzy pytają mnie o rozwiązywanie różnych „duchologicznych” zagadek albo proszą o pomoc w przypomnieniu sobie czegoś, np. piosenki. Często dostaję od nich przeróżne przesyłki – ktoś coś znajdzie na strychu, kojarzy mu się z duchologią i mi to przesyła. Pewnie inaczej ta rzecz trafiłaby na śmietnik, a tak wspólnie robimy z niej pożytek. Bardzo miłe doświadczenie, przez które bardzo często czuję się jak Jacek z Kalendarza Szalonego Małolata, który odpisywał na listy fanów i fanek, które wycinały sobie żyletką „Kurt Cobain”. Albo jak Stary Listonosz z Uśmiechu Numeru. Tyle, że Stary Listonosz bywał trochę okrutny. Kiedy napisała do niego Pani Ola z Radomia, która stworzyła bardzo zły wiersz, to potrafił odpowiedzieć: „pisanie wierszy proszę daruj sobie”. Ja jestem raczej miła i niegroźna.
Co było dalej?
Duchologia zaczęła być coraz bardziej popularna, a ja zgromadziłam naprawdę potężne archiwum. Zanim złożyłam propozycję Karakterowi, często pisywałam różne, okołoduchologiczne teksty do różnych magazynów. Właściwie nigdy nie miałam planu na napisanie książki, czy innej grubszej rzeczy. Wyszło trochę przy okazji, nastąpiła masa krytyczna. W moim życiu dużo dobrych rzeczy jest efektem zdania się na przypadek.
Skąd czerpałaś inspiracje i materiały do książki?
Bardzo dużo rzeczy kupiłam z myślą, że może kiedyś się przydadzą, jak już wspomniałam – jestem zbieraczką, ale podchodziłam do tego zbieractwa dosyć zdroworozsądkowo, unikam popadania w bycie chomikiem. Robiłam więc zdjęcia lub skanowałam. Często chodziłam po antykwariatach i targach staroci, gdzie kupowałam stare gazety czy książki. Nie obyło się bez wizyt w bibliotekach. Część materiałów zdobyłam też podczas rozmów z przeróżnymi osobami. Dużo oglądałam i dużo słuchałam.
Ostatnio zaczęłam oglądać polski serial z ’89 roku pod tytułem „Odbicia”. Bardzo duchologiczny. Obyczajowy. Opowiada historię o studentach chemii, którzy są w sobie zakochani, ale co chwila coś staje im na drodze, w związku z czym przeżywają rozmaite perypetie. Jest niewiarygodny z mojego punktu widzenia, ludzie chyba nigdy się tak nie zachowywali, jak na filmie. Czasem ich zachowanie przypomina XIX-wieczny konwenans przeniesiony w kolejne stulecie, w innym odcinku – hop siup i biorą ślub. Zafascynowała mnie natomiast scenografia, bardzo wierna dla odmiany – na ścianach wiszą np. reprodukcje prac Wojtka Siudmaka, szalenie popularnego w czasach duchologii.
Mam wrażenie, że „Duchologia polska” to takie kompendium wiedzy na temat przełomu lat 80. i 90. jeśli chodzi o szeroko pojętą codzienność. W książce, pomimo bardzo przystępnego sposobu podania, pojawia się niezliczona ilość faktów, nazwisk, dat, no i bardzo błyskotliwych porównań czy wniosków. Tekstowi towarzyszy wspaniała, bardzo bogata w tytuły bibliografia. To wszystko sprawia wrażenie, że musiałaś podczas pracy wykazać się doskonałą znajomością aparatu naukowego. Jesteś naukowczynią?
Jestem z wykształcenia antropolożką. To zmienia sposób postrzegania świata. Jednak naukowczynią czy naukowcem bym siebie nie nazwała. Co najwyżej mogę być naukowcem-amatorem, wesołym samoukiem, chociaż bardziej wolę określanie mnie jako zbieraczki czy hobbistki. Nie prowadzę badań w rozumieniu uniwersyteckim, ale pożyczyłam sobie częściowo metody naukowe, aby móc napisać tę książkę.
Czy jest w takim razie coś, czego w książce nie ma?
Dosyć świadomie pominęłam całą undergroundową scenę muzyczną, ziny czy subkultury. Po pierwsze, wtedy książka byłaby prawdopodobnie dużo grubsza, a po za tym na ten temat napisano już całkiem sporo wgryzając się dosyć mocno w dane tematy, więc w moim przypadku byłaby to praca w jakimś stopniu odtwórcza i powierzchowna.
Co po „Duchologii polskiej”? Masz w planach kolejne publikacje?
Miałabym ochotę napisać coś o muzyce tego okresu. W książce ten temat został tylko liźnięty. To temat, który mnie bardzo ciekawi, zajmowałam się nim już wcześniej przez długi czas i czuję lekki niedosyt. Zastanawiam się też nad tym, czy nie napisać czegoś w podobnym stylu, ale jednak bliższego czasom współczesnym, może o gorączce milenijnej?
A jak wyglądałaby taka klasyczna, podręcznikowa, duchologiczna niedziela?
Żeby przeżyć prawdziwą duchologiczną niedzielę, trzeba zdążyć na „Koncert Życzeń”, koniecznie przy obiedzie i koniecznie w babcinej scenografii, z meblami w aksamitnych klimatach i wszędobylskimi serwetami. W pokoju jest ciemno mimo ładnego popołudnia, w oknach wiszą ciężkie kotary, dookoła wszędzie dywany, tapety, narzuty (babcia dobrze czuje się w otoczeniu tkanin). Na stole stałaby oczywiście jakaś piękna cukiernica Bolesławiec albo kryształ, wyciągana na specjalne okazje z przeszklonej części meblościanki. Zupę – rosół – babcia serwuje w wazie i posypuje rozmrożoną pietruszką (pietruszka pochodzi z dużego zamrażalnika Mors, pełnego mrożonek na czarną godzinę). Na deser proponuję zjeść wielką kulę lodów Cassate, również chomikowanych w Morsie. W tle Krystyna Giżowska śpiewa „Złote obrączki”.
Wieczorem zostajemy przy telewizorach, bo leci „Bliżej świata”, czyli fragmenty programów z TV satelitarnej, więc śmiejemy się do rozpuku przy „Bennym Hillu”. Później zażywamy kąpieli z dodatkiem Soli Bocheńskiej, a następnie idziemy spać o rozsądnej porze, bo czekają obowiązki.
Bohaterowie czasów duchologii kładliby się w niedzielę spać z myślą o poniedziałku, który spędzą w pracy lub szkole. A co myśli Olga Drenda?
Mogę zasnąć w dowolnych okolicznościach i kiedy do tego dochodzi, nawet nie mam czasu pomyśleć „stół z powyłamywanymi nogami”, więc prawdopodobnie już nie myślę, tylko śnię.