Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Dzisiaj w „leniwej” Mateusz Bzówka rozmawia z Grzegorzem Piątkiem – krytykiem architektury, badaczem dziejów Warszawy, kuratorem i publicystą a z wykształcenia architektem. Ostatnio, nakładem wydawnictwa WAB ukazała się jego książka: „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”.

Jak spędza niedzielę Grzegorz Piątek? 

Przede wszystkim, to staram się ją mieć. W niedzielę z zasady nie pracuję. Nie z powodów religijnych. Po prostu trzeba robić przerwy. Mimo że jestem wolnym strzelcem i teoretycznie mógłbym pracować na okrągło, to staram się tego nie robić. W weekend trzeba robić tylko to, co przyjemne, dużo czasu spędzać w łóżku i na włóczeniu się po mieście.

Czyli najpierw barłóg, a później wycieczki?   

Tak, zdecydowanie! Niedziela schodzi iście po mieszczańsku – na spacerowaniu i żarciu.

Moi poprzedni rozmówcy, również „wolni strzelcy” mówili, że niedziela jest ich dniem na nadganianie zaległości z całego tygodnia. Jak ci się udaje tego unikać? Masz jakiś złoty sposób? 

Na początek wystarczy od piątku nie zaglądać do maili. Tam zawsze coś czeka. Staram się po prostu załatwić wszystko między poniedziałkiem a piątkiem. Dzień pracy zaczynam koło 9. Pracuję głównie w domu, wtedy wstaję, jem śniadanie, piję kawę, siadam do komputera i zabieram się za pisanie felietonu, artykułu czy książki. Dopiero jak zrobię to, co wymaga maksymalnej świeżości i koncentracji albo przestaje mi iść ta poważna praca, odbijam maile, załatwiam telefony i tak dalej.

Później przerwa?  

Tak, obiadowa. Jak pisałem „Sanatora” mój dzień wyglądał dosyć monotonnie: rano pisanie, koło południa obiad, po jedzeniu praca nad źródłami. Okolice godziny 13.00 to moja graniczna pora karmienia, nawyk z czasów pracy etatowej. Jeśli wtedy nie zjem, to do końca dnia jestem zły i mało produktywny. Nie cierpię jeść sam, więc idę między ludzi. Nawet jeśli z nikim się nie umówię, to przynajmniej jestem w publicznym miejscu, a nie przy pustym stole w domu. Wciągam jakiś zestaw lanczowy blisko domu, na przykład w Bazarze Kocha albo coś prostego u Wietnamczyka. Polecam też stołówki w Bibliotece Narodowej i w Pałacu Staszica, czyli w Polskiej Akademii Nauk. Jedzenie w obu to średnia stołówkowa, ale pierwsza ładna, a druga ma królewski widok na Krakowskie Przedmieście Po obiedzie powrót do pracy. Najczęściej już nie w domu, tylko właśnie w archiwach czy bibliotekach. Pisząc biografię, musiałem cały czas tankować wiedzę ze źródeł.

„Sanator” to nie był twój pisarski debiut. Masz już kilka tytułów za sobą, ale głównie były to publikacje bardzo blisko związane z architekturą: AR/PS, SAS, Lukier i mięso… Skąd w takim razie pomysł żeby napisać biografię Stefana Starzyńskiego? Nie był przecież ani architektem, ani teoretykiem architektury, a wręcz przeciwnie – był typowym urzędnikiem, żeby nie powiedzieć „urzędasem”. 

Starzyński wprawdzie architektem nie był, ale dużą częścią jego legendy jest urbanistyka i planowanie miasta, „chciał, by Warszawa była wielka”. Siłą rzeczy ciągle wraca w dyskusjach o mieście, jest przywoływany jako wzór do naśladowania. Zorientowałem się, że jest postacią słynną, ale w gruncie rzeczy słabo znaną, chodzący stereotyp dobrego gospodarza, i postanowiłem mu się przyjrzeć. Podczas pracy nad książką, okazało się, że wątek architektoniczny w jego życiu jest marginalny. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę żywotność mitu Starzyńskiego – wizjonera i budowniczego. Okazało się, że to przede wszystkim urzędnik, polityczny gracz, o wiele ciekawsza postać niż bohater z czytanki.

A jak spędzał niedziele Sanator? 

Na pewno pracował. Był znany ze swojego pracoholizmu. W niedziele miał czas, aby na spokojnie coś omówić i dłużej posiedzieć nad problemem, więc chętnie zwoływał wtedy narady. Bardzo często pracował też po nocach i takiego samego zaangażowania oczekiwał od swoich podwładnych.

Jakieś życie prywatne?

To był dość oficjalny człowiek.

No ale na pewno gdzieś bywał, nie wierzę że interesowała go tylko praca i posiedzenia w gmachu ratusza na Placu Teatralnym. 

To nie był typ osoby, która szlajała się po kawiarniach i kabaretach. Na pewno bywał w Klubie Bezpartyjnej Współpracy z Rządem na Foksal. Tam spotykał się z kolegami z ugrupowania – na obiady, ale też głównie po to żeby posłuchać najnowszych politycznych plotek i załatwić interesy. Wiadomo też, że lubił jeździć na raki do Wilanowa, ale nie udało mi się ustalić co to za knajpa. Urządzał imieniny, chodził na oficjalne ratuy. To tyle. Chyba nudziarz.

Odejdźmy teraz na chwilę w sferę gdybania. Myślisz, że współczesna Warszawa podobałaby się Starzyńskiemu? 

Myślę, że tak. Lubimy narzekać na Warszawę, ale jeśli przyjrzeć się temu jak zmieniła się od czasów Starzyńskiego, to okaże się, że wiele spraw, które chciał załatwić, w międzyczasie zostało załatwione, zwłaszcza podczas odbudowy. Zależało mu na tym, aby Warszawa była zielona. Stąd pomysł na konkurs „Warszawa w kwiatach i zieleni”. Miasto nie miało jednak gruntów, na których mogłoby zakładać nowe parki, więc ratowało się bardziej doraźnymi środkami i aktywizowało ludność do dbania o przydomową zieleń. Po wojnie, za sprawą dekretu Bieruta, wszystkie grunty stały się państwowe, więc łatwiej było tę przestrzeń kształtować i zazieleniać. Rozgęszczono zabudowę, pojawiły się zielone podwórka i nowe parki, nawet w samym centrum. Starzyński lubił też szerokie ulice, a tych mamy teraz mnóstwo. Jak można się domyślać, był też wielkim fanem samochodów. Brał pod uwagę pomysł, aby zupełnie wycofać z centrum tramwaje, żeby nie przeszkadzały autom.

Radykalne!

Radykalne i krótkowzroczne, ale wtedy myślano tak na całym świecie. Na pewno spodobałyby mu się bulwary nad Wisłą, ale tylko te po lewej stronie. Chciał cywilizować bulwary, więc dzikie wybrzeże po praskiej stronie nie przypadłoby mu raczej do gustu.

A co jeszcze by mu się nie podobało?

Przede wszystkim chaotyczną zabudowę, brak planowania i brak całościowego myślenia o mieście. Starzyński wierzył w planowanie, w harmonogramy i koordynację działań. O ile wiele miejsc w dzisiejszej Warszawie pewnie by mu się podobało, o tyle sposób w jaki się rozrasta – chaotyczny i bezplanowy, raczej nie.

Mam wrażenie, że Starzyński trochę cię jednak wykończył. 

Tak, ostatni etap pracy nad „Sanatorem” był dosyć wyczerpujący. Nie był trudny w sensie twórczym, ale był bardzo intensywny. Więc teraz, po urodzeniu Stefana, pracuję nad tym żeby odpocząć, zebrać siły. Wracam do doktoratu, który przez książkę zszedł na dalszy plan. No i jest też Centrum Architektury i wiążąca się z tym codzienna praca w Fundacji.

Powiedziałeś, że lubisz wycieczki, co mnie absolutnie nie dziwi, bo sam gdy tylko mogę i nadarzy się okazja wyjeżdżam z Warszawy. Twoje konto na Instagramie podpowiada mi, że bardzo często podróżujesz po Polsce, non stopem tylko #balladawagonowa!    

Kocham jeździć po Polsce i kocham jazdę pociągiem. Wiem, że to pewnie zabrzmi jak totalna blaza, ale mam takie poczucie, że jeśli było się kilka razy w Londynie, a nie było nigdy na przykład w Opolu albo w Lublinie, to jest to jakiś totalny błąd! Polska jest tak różnorodna – krajobrazowo, kulturowo, architektonicznie. Pomimo tylu lat wciąż widać podziały zaborów czy przedwojenne granice. Podróżowanie po Polsce to jak podróżowanie po kilku różnych krajach. Trzeba z tego bogactwa korzystać. Muszę jednak przyznać, że to Warszawa jest u mnie na pierwszym miejscu.

A pozostałe miejsca na podium? 

Ostatnio odkrywam Dolny Śląsk, którego oprócz Wrocławia zupełnie do tej pory nie znałem. W każdym, nawet najmniejszym miasteczku ma się wrażenie że są tam pozostałości bardzo wysokiej cywilizacji, jakiś wybitny kościół, zamek z niesamowitą historią. Ale największym zaskoczeniem ostatnio był Szczecin, w którym bywałem, ale nigdy szczególnie nie pokochałem. Teraz lansuję hasło SZCZECIN TO NOWY WROCŁAW. Zawsze miał wspaniałą architekturę, zieleń, fajne przestrzenie do spacerów czy wypraw rowerowych. Teraz pootwierały się knajpy, powstały nowe instytucje kultury, jest piękna Filharmonia, jest Muzeum Przełomy. Jest też stare Muzeum Narodowe, które miewa ciekawe wystawy. Generalnie dużo dobrego się tam dzieje. Czuję, że za chwilę wszyscy tam będziemy jeździć, niech tylko pociąg jeszcze trochę przyspieszy.

Gdzie wybierasz się na wakacje? Masz już jakieś plany? 

Mam marzenie, żeby wyjechać na długą wyprawę. Wiesz, na trzy czy cztery tygodnie. Tak żeby przez ten czas nie być u siebie i rzeczywiście się odciąć. Kilka razy już to zrobiłem, na studiach i to było super. Po tygodniu dopiero schodzi z ciebie stres i zmęczenie, po dwóch tygodniach jesteś już wypoczęty, a po trzech tygodniach podróż staje się naturalnym stanem. Bo nie trzeba siedzieć przez ten czas w jednym miejscu.

Objazdówka po Polsce? Czy raczej gdzieś dalej? 

W tym roku nie mam zupełnie pieniędzy, więc nie mam też dokładnych planów. Chyba zrobię listę zaprzyjaźnionych domów po Polsce i będę składał wizyty. W każde wakacje muszę pojechać nad morze. Po paru dniach oczywiście żałuję, bo wiadomo: plastik, drożyzna i zimna woda. Ale to mój odruch bezwarunkowy. Wakacje równa się Bałtyk, chociaż na parę dni. Ale gdybym nie musiał się ograniczać finansowo to te trzy tygodnie najchętniej spędziłbym na jakiejś greckiej wyspie. Jestem mentalnym Grekiem, jak jest słońce, to jest dobrze. Do tego ciepłe morze, zimne wino, dobre towarzystwo, naprawdę jestem prosty w obsłudze. Gdybym mógł pracować tylko zdalnie, to bym najchętniej siedział właśnie gdzieś tam. Ale na razie to marzenie ściętej głowy. A może ktoś zna jakiś dom pracy twórczej nad Morzem Śródziemnym? Chętnie skorzystam.

No dobrze, to ostatnia rzecz: Jest niedziela wieczór, kładziesz się spać i myślisz…   

…że to dosyć krępujące pytanie.

 Warszawa, 13 maja 2016 r.