Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Kiedy ostatnio jeździliście na sankach? Minął styczeń, płynie luty, a mgliste wspomnienie kilku magicznych dni, kiedy można było na Polu Mokotowskim ulepić bałwana, sięga zeszłego roku. Świat wysycha, a w samej Polsce są już obszary, na których parowanie pokonało opady. Mimo to nadal odsączamy, osuszamy i wypompowujemy. Czy ten proces można jeszcze odwrócić, a jeśli tak, to jak może nam w tym pomóc… natura? Opowiada Wojciech Górny – wykładowca i projektant permakulturowy. 

 

Za głównego winowajcę globalnego ocieplenia uważa się człowieka i jego działalność. Przede wszystkim zmianę krajobrazu spowodowaną rolnictwem. W artykule Killer Slime. Dead Birds, an Expunged Map: The Dirty Secrets of European Farm Subsidies, który ukazał się w „New York Timesie”, czytamy, że Polska ma więcej powierzchni uprawnej niż jakikolwiek inny kraj graniczący z Morzem Bałtyckim. Wiele z tych gospodarstw otrzymuje unijne dotacje, które wpływają na zwiększenie produkcji. W rezultacie polskie wody gruntowe zanieczyszczone są nawozami sztucznymi i pestycydami.

Z kolei ich główny składnik – azot, transportowany rzekami do morza, przyspiesza rozwój glonów w Bałtyku, a co za tym idzie, prowadzi do zmniejszenia ilości tlenu w wodzie. Mówiąc wprost – więcej glonów w morzu, to wyrok wydany na podwodne życie. 

– Od lat przyświeca mi zasada: problem jest jednocześnie rozwiązaniem. Skoro to dotacje zwiększają wielkoobszarową produkcję rolną i użycie nawozów sztucznych, trzeba je obciąć i pokazać rolnikom, że da się żyć i uprawiać ziemię inaczej. Przykłady płynące ze świata jasno pokazują, że nie potrzebujemy maszyn, kombajnów i środków napędzających wzrost roślin, by wyprodukować wystarczająco dużo jedzenia. Ale musimy się przestawić. Musimy zwrócić się z powrotem do natury – mówi Wojciech Górny. 

Zniesienie unijnych dopłat to nie jedyny kontrowersyjny postulat pana Wojciecha. Górny pełen jest kontrowersji. Krytykuje stołeczny Zarząd Zieleni Miejskiej, rozbudowany system dotacji dla prywatnych mieszkańców, z nieufnością podchodzi do marketów budowlanych i fundacji ekologicznych, a podczas naszej rozmowy oberwało się nawet hipisom i nastolatkom z transparentami „Nie ma planety B”. Ale kiedy opowiada o tym, jak się ratować przed katastrofą klimatyczną, zaczynam myśleć, że gdy ta nadejdzie, chcę się znaleźć blisko pana Wojciecha, ekologa, biologa i znawcy permakultury w Polsce. 

 

O permakulturze napisano już sporo, a mimo to nadal wielu myli ją z rolnictwem ekologicznym.

Wbrew popularnej w Polsce opinii, permakultura to jednak nie tylko uprawa roli i gospodarowanie ziemią w zrównoważony sposób, ale przede wszystkim nauka projektowania. Projektowania siedlisk, farm i działek, tak by wystarczyły nam na długie lata i nie pochłaniały zbyt dużych nakładów finansowych, a także by były przyjazne dla środowiska. Jak podsumowała to Agnieszka Kręglicka dla „Wysokich Obcasów”: „istnieje ogród, w którym tym bujniej rośnie, im mniej się w nim robi”.

Według zasad permakultury natura jest najlepszym nauczycielem i regulatorem, a wszelkie ingerencje w nią muszą być uzasadnione dobrymi efektami. Permakultura uczy nas także, jak wykonywać prace z minimum potrzebnej do tego energii. romuje te zasady Od kilku lat promuje pan te zasady i wdraża je w życie we własnym siedlisku.

Joachimów Mogiły to niewielka miejscowość, z kolonią domków letniskowych, na skraju Puszczy Bolimowskiej. Teren jest piękny, ale akurat ta wioska – nieco przeludniona i zbyt działkowa, to nie najlepszy punkt, by go podziwiać. Za to wystarczy przejechać kilka kilometrów na południe, by znaleźć się w zupełnej dziczy. Z własnej woli nigdy bym się tam nie osiedlił, ale nikt inny z rodziny nie chciał się tą działką zaopiekować. W takiej sytuacji nie mogłem odmówić.

Bo to by było wbrew permakulturze?

Niekoniecznie, akurat życie w środku puszczy w ogóle nie jest permakulturowe. Terenów dzikich jest zdecydowanie za mało, a ostatnie stare lasy są wycinane. Lepiej wskrzeszać tereny postpegeerowskie niż ingerować w dziką przyrodę. Ale gdybym ja nie zajął się istniejącą już w tym miejscu działką, zniszczałaby zupełnie.

W takim razie jak wygląda permakulturowe siedlisko idealne?

To zależy, kto pyta. Jeśli chcemy się wyprowadzić z miasta i zwyczajnie osiedlić bliżej natury, będziemy potrzebować zupełnie innego terenu niż przyszły właściciel permakulturowej farmy, hodowca roślin i zwierząt utrzymujący się z uprawianej ziemi. Jednak dla obu wspólna powinna być chęć i umiejętność rekultywowania terenu będącego nieużytkiem.

Warto zaznaczyć, że permakultura nie wymaga wyprowadzenia się na wieś. Swoje blokowe życie także można zaprojektować zgodnie z permakulturą. Trzeba się jedynie nauczyć współistnieć z otaczającą przyrodą miejską – uprawiać swoją żywność w ogrodzie społecznościowym lub na działce, oszczędzać wodę, segregować śmieci, przemieszczać się komunikacją miejską zamiast autem.

Podczas swoich wykładów często wspomina pan, jak trudno nam uwierzyć w to, że dzisiejsze pustynie kiedyś tętniły życiem.

Ta informacja zawsze szokuje. Od samego początku ludzie zmieniali klimat do tego stopnia, że nie byli w stanie dalej żyć w danym miejscu. Z tego powodu wyginęły prawie wszystkie antyczne cywilizacje – Grecja, Egipt, kraje basenu Morza Śródziemnego, wielkie cywilizacje perskie i babilońskie. Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów jest schyłek cywilizacji Nabatejczyków żyjących w okolicach Petry w Jordanii. Pustynne miasto było kiedyś centrum kwitnącej cywilizacji, która wyczerpała zasoby dookoła siebie i straciła potencjał do dalszego rozwoju.

Podobna sytuacja miała miejsce w Hondurasie. Miasto Boga Małp to książka poświęcona upadkowi tamtejszej cywilizacji, który spowodowany był nadmiernym wykorzystaniem środowiska naturalnego, w tym wypadku puszczy amazońskiej.

Tak, dla wielu szokiem jest fakt, że lasy amazońskie to nie dziewicza pradawna puszcza, ale ogród założony przez wielkie cywilizacje Ameryki Południowej. Potwierdziły to badania archeologiczne z użyciem Lidaru (Light Detection and Ranging – urządzenie działające na podobnej zasadzie jak radar, ale wykorzystujące światło widzialne lasera zamiast mikrofal). Mimo tej wiedzy nie uczymy się na błędach przodków – co roku do sierpnia zużywamy wszystkie zasoby Ziemi, które powinny nam wystarczyć na dwanaście miesięcy, a przez pozostałe cztery żyjemy na kredyt przyszłych pokoleń.

Tylko kto tak naprawdę zaciąga ten dług – my, obywatele, czy wielkie korporacje i rządy, które swoimi decyzjami biorą kredyty u naszych dzieci?

Moja opinia jest bardzo niepopularna, ale uważam, że to od nas zależy, jak zachowują się korporacje. Największą mocą, jaką mamy, jest nasza siła nabywcza. Codziennie podczas zakupów głosujemy na konkretnych producentów. Ostatnio przeczytałem, że Coca Cola jest drugim co do wielkości potworem zanieczyszczającym Ziemię plastikiem. Więc pytam: kto tę colę w plastikowych butelkach kupuje? Firma zmienia się dopiero wtedy, gdy traci klientów. Dlatego bojkoty konsumenckie uważam za najbardziej efektywne. Bojkot plus pokazywanie ludziom, że można się odłączyć od systemu i pomóc naturze.

Niektórzy powiedzą, że to eskapizm. Jeśli skupimy się tylko na własnych wyborach konsumenckich, bez edukowania ludzi o mniejszej świadomości ekologicznej i wywierania w ich imieniu presji na rządy i korporacje, osiągniemy pożądane skutki czy tylko odizolujemy się od reszty?

Źle byłoby patrzeć na to w tych kategoriach: albo ucieczka na wieś, albo protesty polityczne. Trzeba angażować się w każdy możliwy sposób, ważna jest jedynie hierarchia działań. Jeśli idziemy na Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, a w plecaku mamy wodę w plastikowej butelce i dodatkowo po proteście lądujemy w McDonaldzie, to nie sądzę, byśmy cokolwiek zmienili. Natomiast jeśli jesteśmy konsekwentni i dzięki nam takim firmom jak McDonald’s, spada sprzedaż, to wtedy działamy rozsądnie.

Cała permakultura opiera się na kooperacji, którą podpatrzyliśmy w przyrodzie. Istniejące w naturze mechanizmy współpracy musimy przekładać na społeczność – zaczynając od małych grup sąsiedzkich, poprzez wspólnoty lokalne, rolnictwo wspierane społecznie, aż do kooperatyw spożywczych.

Istnieje jednak pułapka, w którą złapało się wielu moich znajomych. Życie ekologiczne stało się modne, a pod ten trend podczepiają się różne firmy…

Oczywiście! Żeby się przed tym uchronić i w porę zdemaskować greenwashingowych gigantów, nie możemy działać w pojedynkę. Samowystarczalność to mit, w dodatku jest on na rękę korporacjom, bo zatomizowanym tłumem łatwiej manipulować. Nie chodzi o to, by osiedlić się w głuszy, uprawiać własne poletko i przestać się interesować polityką. Przeciwnie – musimy ze sobą współpracować. Cała permakultura opiera się na kooperacji, którą podpatrzyliśmy w przyrodzie. Istniejące w naturze mechanizmy współpracy musimy przekładać na społeczność – zaczynając od małych grup sąsiedzkich, poprzez wspólnoty lokalne, rolnictwo wspierane społecznie, aż do kooperatyw spożywczych.

Jakie są najbardziej udane przykłady takiej współpracy?

Mamy je tu, w Polsce. Przed wojną spółdzielczość stanowiła wielką siłę, obecnie obserwujemy powrót do tych idei. Najwyższą formą takiej wspólnoty przekonań i sposobów na życie jest globalny naród. Grupa około 150 osób mieszkających na tym samym terenie, pomagających sobie nawzajem i połączonych wspólną sprawą może być samowystarczalna pod każdym względem i ma lokalnie wielką siłę polityczną. Więc jeśli w ten sposób potraktujemy naszą „ucieczkę na wieś”, to nie będzie to żaden eskapizm.

Czy to jest metoda dla wszystkich, także dla krajów rozwijających się lub ubogich?

Tym bardziej dla nich. Na razie na tych krajach wciąż bogaci się wysoko rozwinięta Północ – pod przykrywką akcji charytatywnych uzależnia je siecią gospodarczych i politycznych powiązań. Programy takie jak te sponsorowane przez fundację Gatesa wołają o pomstę do nieba – większość z nich ma na celu zapewnienie dochodu zagranicznym przedsiębiorcom. Zamiast uczyć ludzi samodzielności, każe im się brać kredyty na maszyny produkowane na Zachodzie.

Tymczasem w instytutach permakulturowych w Tanzanii i Kenii wdrażane są wspaniałe projekty – lokalne społeczności uczą się, jak przy mądrym wykorzystaniu zasobów tworzyć samowystarczalne społeczności. Wszystkie te projekty bazują na naturalnej skłonności mieszkańców Afryki do współpracy, do tradycyjnego ubuntu (stare afrykańskie słowo oznaczające „człowieczeństwo dla wszystkich”). Ale jeśli chodzi o nieudane akcje pomocowe, nie trzeba daleko szukać. Wystarczy spojrzeć na Warszawę.

Na przykład?

Weźmy chociażby akcję zbierania deszczówki. Miasto oferuje dotacje nawet do 5 tysięcy na prywatne systemy gromadzenia wody deszczowej. Absurd.

Po raz kolejny mnie pan zaskoczył. Przecież według Billa Mollisona zbiór wody deszczowej to podstawa permakultury.

Nie jestem przeciwnikiem zbierania deszczówki. Zbiór wody deszczowej to jeden z podstawowych obowiązków każdego człowieka. Przeciętny Europejczyk zużywa średnio od 280 do 450 litrów wody na dobę. To ogromne ilości. Dbałość o gromadzenie wody jest bardzo ważne, ale trzeba nauczyć ludzi, jak to robić, a nie trwonić publiczne pieniądze. Sam mam dość dużą jak na moje potrzeby instalację do zbierania deszczówki – mieści się tam ponad 7000 litrów. Ale jej koszt nie przekroczył nawet 1000 zł! Pięciokrotnie większa kwota na niewielkie, kilkusetlitrowe zbiorniki na warszawskich tarasach i w przydomowych ogródkach to absurd. Dodatkowo, programy takie nie przewidują realizacji inwestycji w formie na przykład recyklingu czy upcyklingu używanych zbiorników, aby otrzymać tę dotację, wszystkie materiały trzeba zwykle kupić w popularnych marketach budowlanych. Niejednokrotnie spotykam się z sytuacją, że jeśli program jest tani i efektywny, to nie można na nim zarobić wystarczająco dużo. I to jest zmora całego systemu. Właśnie dlatego sam nigdy nie skorzystałem z dotacji i robię swoje systemy własnoręcznie, głównie z materiałów z recyklingu.

Inne przykłady?

Pierwszy z brzegu – działania Zarządu Zieleni Miejskiej. Wedle oficjalnego sprawozdania za rok 2017 średni koszt posadzenia jednego drzewa w Warszawie wynosi około 900 zł. Dla porównania: ja sadzę drzewa średnio po 6 zł za sztukę. Rozumiem oczywiście, że w cenę takiego stołecznego nasadzenia wliczona jest opieka przez kolejne dwa lata, rozumiem, że Warszawa musi się popisać i sadzić od razu duże okazy. Ale mimo wszystko taka kwota każe się zastanowić, czy tych pieniędzy nie można było wydać lepiej.

Pan się oczywiście zastanawiał…

Wystarczyłoby stworzyć system, który przekierowałby wodę z jezdni na trawniki.
Przy założeniu, że na każdy jeden metr kwadratowy nawierzchni utwardzonej w Warszawie spada rocznie pół metra sześciennego wody, to z powierzchni ulicy Puławskiej można by zgromadzić ich miliony. Zamiast wpuszczać tę wodę do kanalizacji i płacić za ścieki, moglibyśmy zasilać nią wody gruntowe.

Chciałbym jeszcze raz podkreślić – popieram programy zbierania wody deszczowej, ale mądre. Ważne jest zachowanie bezpieczeństwa – przypominanie mieszkańcom Warszawy o konieczności instalacji filtrów i uzdatniania deszczówki, tak by była wolna od chorobotwórczych drobnoustrojów i substancji szkodliwych. Słowem, edukacja zamiast bezmyślnych dotacji.

Dla Ziemi, która ma ogromne zdolności regeneracji, nigdy nie będzie za późno, natomiast dla nas, rzeczywiście może niedługo tak być. Czasu jest niewiele.

Zaczynam mieć wrażenie, że namieszały tutaj marki i pozorne działania ekologiczne. Deszczówka jest na topie? Hajda, wykorzystajmy to, zróbmy pokazowy zbiornik na placu Defilad.

Marki mogą sobie pozwolić na coś takiego, gdy państwo nie ogranicza ich odpowiednimi regulacjami prawnymi. A czego możemy oczekiwać od kraju, którego emblematem na szczycie klimatycznym był węgiel? Wciąż jednak jest za mało społecznej dezaprobaty dla tego typu działań. Ja bez litości punktuję pozorne inicjatywy eko oraz wszelkiej maści „ekologów”. W mojej ocenie ekolog to człowiek, który ma wykształcenie, by bronić środowiska. Fundacje organizujące takie pozorne wydarzenia powinny być napiętnowane i wskazywane. Dziś ludzie przestają ufać prawdziwym specjalistom, bo za często spotykają się z pomysłami pseudoekologów i fundacji, które chcą się wzbogacić na kryzysie klimatycznym.

Stany przerobiły to już w latach 70., kiedy permakultura trafiła tam z Australii i połączyła się z ruchem hipisowskim. Część praktyków permakultury realizowała słuszną misję organicznej naprawy świata, a część podążyła w kierunku woodstockowym i ograniczyła swoją działalność do przytulania się do drzew i brodzenia w błocie. W rezultacie po kilku latach ludzie, którzy zajmowali się tą poważną stroną permakultury, przestali w ogóle używać tego terminu. Dzisiaj permakultura to przede wszystkim nauka o projektowaniu z zachowaniem trzech najważniejszych zasad: troski o ludzi, troski o ziemię i przekazywania nadwyżek na dwa pierwsze cele.

A jak i kiedy pan zainteresował się permakulturą?

Przez przypadek. Od najmłodszych lat interesowałem się biologią, działałem w Lidze Ochrony Przyrody, następnie w Straży Ochrony Przyrody, która podejmuje inicjatywy między innymi w parkach narodowych. Potem kontynuowałem te zainteresowania na studiach i w pracy naukowej ichtiobiologa, ale życie i przemiany ustrojowe zmusiły mnie do tego, żeby zająć się czymś innym. Ale przyroda i miłość do natury pozostały. W pewnym momencie trafiłem na portal permies.com i zacząłem się w to zagłębiać. To był rok 2012, rok później rozpocząłem pierwsze eksperymenty permakulturowe i ukończyłem dwa kursy projektowania, a potem oddałem się praktyce z jednej strony, a z drugiej propagowaniu tej idei. Pięć lat temu powołałem do życia stronę permisie.pl, a od dwóch lat zajmuję się prawie wyłącznie permakulturą.

W Polsce degradacja rzek spowodowana jest przede wszystkim działalnością rolniczą. Czy to prawda?

Warto tutaj wspomnieć, że nie zawsze tak było, że są na świecie przykłady traktowania wody z szacunkiem. Choćby chinampy pochodzące z prekolumbijskiej Ameryki, jeden z najbardziej efektywnych sposobów produkcji żywności. Polegał on na tym, że kopano kanały wokół miasta, wypełniano je wodą z jeziora, a ziemię z kanałów wyrzucano na groble. Na tych groblach zakładano pola uprawne i oczywiście ta woda nasączała grunt. W kanałach hodowano też ryby, a na poletkach uprawiano paprykę, pomidory i ziemniaki. Raj.

Ale rolnictwo niszczy ekosystem i zagraża wodzie nie tylko poprzez jej zanieczyszczanie. Wycinanie lasów i erozja gleb to dużo większe wyzwania. W drzewach znajduje się więcej wody niż we wszystkich jeziorach i rzekach w Polsce. Dodatkowo wycinanie lasów wpływa na obieg wody w przyrodzie, powodując zmniejszenie opadów atmosferycznych.

W Polsce pojawiły się już takie miejsca, w których parowanie przewyższa opady. W mojej opinii, aby zatrzymać ten proces, trzeba zmienić zasady uprawy roli i gospodarkę leśną. Natomiast wstrzymanie regulacji rzek, budowy zapór, melioracji oraz osuszania bagien i torfowisk to równie ważne kwestie.

Ile mamy czasu?

Dla Ziemi, która ma ogromne zdolności regeneracji, nigdy nie będzie za późno, natomiast dla nas, rzeczywiście może niedługo tak być. Czasu jest niewiele.

W takim razie jak namówić rolników, by zaczęli przekształcać swoje farmy w permakulturowe siedliska?

Przede wszystkim to musi się opłacać. Wiem, jak dziwnie to zabrzmi, ale trzeba pozbawić rolników dotacji. Bo to dotacje powodują, że stać ich na pestycydy, herbicydy i wielkie maszyny, które degradują glebę. Dotacje psują naszą sytuację, bo wielu ludzi utrzymuje ziemię tylko dla dopłat. A polskie rolnictwo można porównać do tonącego Titanica, na którym wciąż gra muzyka.

Kluczem do ratowania rolnictwa i planety jednocześnie jest dopłacanie do biodywersyfikacji upraw i skłanianie do wygospodarowania części ziemi na tę czynną biologicznie. Rolnicy muszą także zrozumieć, że lepiej odejść od monokultur na rzecz zróżnicowanej produkcji, co jednocześnie uchroni planetę i zapewni rolnikom bezpieczeństwo finansowe – gdy dany rok okaże się fatalny dla jednego rodzaju upraw, pojedynczy rolnik będzie miał w zanadrzu kilka plonów z innych upraw, co pozwoli mu wyjść cało z klęski nieurodzaju. Wydajność z hektara rolników permakulturowych jest zwykle podobna lub niewiele mniejsza niż tych konwencjonalnych, ale za to nakłady finansowe poniesione przez tych pierwszych są wielokrotnie niższe niż w przypadku rolnictwa przemysłowego.

Przykładem dużej permakulturowej farmy jest szwedzkie Ridgedale Permaculture Farm Richarda Perkinsa. Ta farma spłaciła się w pięć lat. Wzorem do naśladowania jest także Mark Shepard, który stosuje agroleśnictwo w swojej New Forest Farm. W permakulturze nakładem są nie nawozy i paliwa kopalne, ale projekt i myślenie.

Jak w permakulturze zatrzymuje się wodę?

Najprościej – w glebie. Znamy szereg technik pracy z ziemią, które spowalniają utratę wody, na przykład rowy konturowe. W krajach, gdzie permakultura jest zaawansowana, stosuje się stawy na terenach rolniczych i przyjmuje się, że powinny one zajmować minimum 20 procent powierzchni gruntów.

W Europie mamy się jeszcze z czego cieszyć, bo w niektórych stanach USA zbieranie deszczówki jest już nielegalne. Lobby korporacyjne forsują takie prawa, które zakazują obywatelom zbierania wody deszczowej z własnych dachów. Producenci wody butelkowej pobierają ją z głębokich warstw, płacąc za to groszowe sumy lub zupełnie nic, a w tym samym czasie mieszkańcy Kalifornii cierpią susze i nie wolno im nawet podlać własnego ogrodu.

Słynne powiedzenie przypisywane Einsteinowi, że trzeciawojna światowa będzie o wodę, może się niedługo ziścić, dlatego każdy praktyk permakultury powinien mieć co najmniej trzy źródła wody: przykładowo studnię, staw i zbiornik wody deszczowej. A dodatkowo stosować takie strategie jak ściółkowanie, które pozwala zmniejszyć zużycie wody aż do 90 procent czy zwiększanie zawartości materii organicznej w glebie, które z kolei wpływa na wzrost jej magazynowania. I najlepiej zacząć już teraz. Zanim się roztopimy.

zajrzyj na permisie.pl

Reklama