Rozmowa: Wydawać mało i świadomie
Od piętnastu lat wydaje piękne książki dla dzieci. O niezależności, wolności, skokach na głęboką wodę, ale też o trudnościach w branży i o tym dlaczego warto iść pod prąd i jak skutecznie pracować z domu rozmawiamy z Magdaleną Kłos-Podsiadło z wydawnictwa Wytwórnia.
Od piętnastu lat lat wydajesz książki dla dzieci. Jak wspominasz początki Wytwórni?
To był absolutnie wyjątkowy czas. Miałam szczęście spotkać właściwych ludzi we właściwym momencie. To było połączenie naszych pasji, świeżej energii, dążenia do zmiany. Pierwsze lata Wytwórni to spółka moja i Bożeny Samojuk-Ślusarskiej, nasze dyskusje o tym, co jest dla nas ważne, dlaczego rzucamy pracę w dużych firmach, co chcemy robić jako młode mamy. Robiłyśmy to wtedy też dla naszych dzieci. Wspominam pierwsze spotkanie w pracowni Małgorzaty Gurowskiej, z Grażką Lange, Moniką Hanulak. Pamiętam poznanie Marty Ignerskiej, to było w ogródku jordanowskim, przyszła z wielką teczką swoich ilustracji. Oszałamiających ilustracji. Ich prace, myślenie o książce było dla nas olśnieniem i wyznaczyło kierunek naszych poszukiwań, nowe spojrzenie na książki dla dzieci, wydawniczą filozofię. Nie chodziło tylko o powrót do tradycji mistrzów ilustracji lat 60. Chodziło o to, by mieć odwagę podjęcia współpracy z młodymi grafikami. Zaufania im. To było ryzyko, które podjęłyśmy i to widać w książce „Tuwim” z 2007 roku. Nasz przełom. Wspominam też uczucie tworzenia czegoś nowego, od zera. Żadna z nas nie miała doświadczenia w takiej pracy. Miałyśmy marzenia, odwagę, by uczyć się czegoś nowego. Ale były też trudne momenty. Nie raz trzeba było zacisnąć zęby, popłakać w poduszkę, pożyczyć pieniądze. Założenie własnego biznesu to jednak skok na głęboką wodę. To niezależność, wolność, ale też odpowiedzialność za każdą krok. Dziś, z perspektywy 15 lat oceniam to jako najważniejszą decyzję w zawodowym życiu, która bardzo wpłynęła na całe moje życie, prywatne, rodzinne. Dziś w wydawnictwie pracuje też mój mąż Robert, nasi synowie są już prawie dorośli i staliśmy się firmą rodzinną.
Jaki tytuł wydałaś jako pierwszy?
Pierwsza książka pojawiła się w księgarniach wiosną 2005. To była zupełnie inna sytuacja niż teraz. Pięknie wydanych książek dla dzieci było niewiele. Nasze książki miały być i były inne, pod każdym względem. Przede wszystkim wyglądały inaczej, były odważne graficznie, dziś w zasadzie normalka, wtedy – co, to jest dla dzieci? Nasza pierwsza książka to „Prąd” napisana przez Witka Koroblewskiego i zaprojektowana przez Gosię Urbańską-Macias. Do dziś się broni, bo była pod prąd. Zaraz potem ukazał się „Kazio i nocny potwór” Martyny Skibińskiej z ilustracjami Anny Niemierko. Z Anią współpracujemy do dziś, to ona zaprojektowała nasz logotyp, teraz pracujemy nad kolejną wspólną książką.
Ile łącznie wyszło książek w Wytwórni?
90. Pierwsze lata to publikacje dwóch, trzech książek rocznie. Od kilku lat wydajemy już nieco więcej, 10 – 15 książek rocznie. Wydajemy po prostu tyle, ile może nasz mały zespół. Bez utraty jakości i z poczuciem, że każdy projekt jest ważny i dopieszczony. Te książki to 90 ścieżek, grup ludzi, pragnień, pomysłów, wśród których są sukcesy i porażki, radość i rozczarowanie. Ale wiesz, że kiedyś przy tym pytaniu czułam się skrępowana, że wydajemy tak mało. Dziś myślę, że to atut. Wydawać mało, świadomie, to jest kierunek, który w dzisiejszych czasach ma sens.
Jak zmieniła się Twoja praca w ciągu tych 15 lat?
Już tyle lat pracuję w domowym biurze. Lubię to. Jestem introwertyczna, zdyscyplinowana, od rana działam, nie ma mowy o chodzeniu w piżamie do 12. Mogłabym chyba szkolić, pomagać tym, którzy teraz pracują w domu, bo muszą. Mam swoje listy zadań, robię dużo notatek, piszę i odpowiadam na wiadomości, czytam. Choć dni są do siebie podobne, to praca nad każdą książką to praca w innych zespole, z innymi problemami, w innej temperaturze. To mnie bardzo inspiruje. Stawiam zawsze na słuchanie innych, na uczenie się od ludzi, którzy znają się na czymś lepiej. To się nie zmieniło. Choć dziś mam więcej doświadczenia, wyciągam wnioski ze swoich błędów i czuję się na siłach, by częściej dokładać swoje trzy grosze do każdej książki. Samodzielne podejmowanie decyzji, praca na własnych warunkach, swoboda w doborze współpracowników to luksus, który bardzo doceniam. Z biurowej rutyny odrywają mnie podróże. Dzięki swojej pracy byłam w Tokio, Bangkoku, Szanghaju, a co roku wiosną na targach w Bolonii, pierwszy raz od 15 lat nie pojechałam, targi odwołano.
Jak teraz oceniasz polski rynek wydawniczy jeśli chodzi o książki dla dzieci?
W ciągu ostatniej dekady ten rynek bardzo się zmienił. Głównie dzięki sporej grupie mniejszych wydawców, które razem tworzą ofertę na bardzo wysokim poziomie. Myślę, że jest między nami bardzo zdrowa konkurencja i wybór książek dla dzieci jest przebogaty. Od dobrych kilku lat to nasz towar eksportowy, nasza duma.
Druga strona medalu – książek w ogóle jest na rynku za dużo. To powoduje krótkie życie nowości, rabaty, płatniczą zadyszkę. A co będzie dalej? Jak poradzą sobie z tą sytuacją wydawcy? Czy mali, czy duzi, wszyscy jesteśmy połączeni, zależni od hurtowni, księgarni…
No właśnie, mało kto zdaje sobie sprawę jaki to łańcuch powiązań. Opowiedz, proszę, laikom, na czym polega praca wydawcy.
W tak niewielkiej firmie jak nasza, muszę pogodzić rolę wydawcy/wydawczyni i redaktorki naczelnej. Moim zadaniem jest zbudować katalog, plan wydawniczy, zdecydować jakie książki w danym roku Wytwórnia opublikuje, a potem powinna sprzedać. Nie piszę książek, nie projektuję ich, ale stwarzam warunki, szukam twórców, którzy się na tym znają, których cenię i podziwiam. Pilnuję też, by wszystkie książki tworzyły pewien spójny przekaz, estetyczny i literacki. To jest w pewnym sensie sposób w jaki komunikuję się światem. Co jest dla mnie ważne. Co chcę powiedzieć młodym czytelnikom. Jestem też głównym inwestorem, za wszystko muszę zapłacić: pracę autorów, druk, magazynowanie, dystrybucję i promocję. Codziennie dokonuję mniejszych i większych wyborów. To wszystko pochłania większą część mojego dnia.
Świat choruje nie tylko na koronawirusa. Chcę wierzyć, że ludzie będą chcieli więcej czytać, bo to jest czas refleksji, poszukiwań, zmiany.
Wspominałaś, że masz teraz (w kwarantannie) mniej czasu niż zwykle. Jak to wygląda?
Ten czas wymaga większej czujności, elastyczności. Podejmujemy decyzje z tygodnia na tydzień, bo konsekwencje, jakie wywoła epidemia na rynku książki są nieprzewidywalne. Już wiadomo, że to będzie dla nas rok trudny. Ale nie siedzę i biadolę, tylko działam. Pracuję w domu jak zawsze, ale intensywniej. Staram się zobaczyć w tych warunkach szanse.
Zdecydowaliśmy, by nie odwoływać wszystkich zaplanowanych na teraz premier. Drukujemy właśnie książkę „Warszawa Piżamorama” Frédérique Bertrand i Michaëla Leblonda, nasz szczególny projekt z okazji 15-lecia. Dużo zaplanowanych akcji stacjonarnych musimy odłożyć w czasie i wymyślić je od nowa, przekierować nasze myślenie na inne tory. To spore wyzwanie, pochłania dużo energii i czasu.
Na koniec pytanie o przyszłość: jak ją widzisz biorąc pod uwagę obecną sytuację? Ludzie będą więcej czytać?
Sama też szukam odpowiedzi. Słucham, co mają do powiedzenia inni. Nie unikniemy wstrząsu, to jasne. Na to nakładają się przecież problemy, które nagle nie zniknęły. Świat choruje nie tylko na koronawirusa. Chcę wierzyć, że ludzie będą chcieli więcej czytać, bo to jest czas refleksji, poszukiwań, zmiany. Wytwórnię też czeka zmiana, inne działania, nowe warunki. Przygotowujemy się do tego. Myślę, że wszyscy musimy być jednak gotowi na mniej. I poszukać w mniej czegoś więcej.