Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Muszę się przyznać do czegoś wstydliwego: tęsknię za moimi rodzicami. Wyjechali na te swoje romantyczne wakacje, bo podobno czasem muszą przypomnieć sobie czasy, gdy mnie i Henryka nie było na świecie. No ale skoro już zdecydowali się mieć dzieci, to nie powinni ich tak zostawiać. Na tyle czasu. Z babcią. To znaczy: z naszą babcią. Babcia jest super, nie zrozumcie mnie źle, ale ostatnio zgadza się zupełnie na wszystko. I nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Już po tygodniu stęskniliśmy się za zakazami i tym, że zwyczajnie nie ma w tym domu o co walczyć. Właściwie jedyne, czym musimy się zajmować, to wyprowadzanie naszego jamnika Grażynki.

– Babciu, babciu, mogę dzisiaj na śniadanie, obiad i kolację jeść kulki czekoladowe z mlekiem? – zapytał rano mój młodszy brat. (Mama nie pozwala nawet wspominać o kulkach czekoladowych i miodowych kółeczkach, bo przecież w naszym domu jemy owsiankę.)

– Tak, Henryczku, jedz sobie co chcesz – odpowiedziała babcia, nie odrywając wzroku od monitora.

Potem ja zapytałam, czy mogę oglądać horror, który można oglądać od 15 roku życia. I wyobraźcie sobie, że też się zgodziła. I na to, żebym leżała w wannie po 22 czytając tak zwaną prasę kobiecą i na to, by Henryk oglądał kreskówki praktycznie cały dzień.

Wcześniej tak nie było. Wcześniej babcia była babcią. No ok, zawsze lubiła oglądać Eurosport, głośno kibicując a to skoczkom narciarskim, a to siatkarzom. Komentowała przy tym, który jest przystojny, a który wręcz przeciwnie. Ale też gotowała pyszne jedzenie i grała z nami w gry planszowe. I mówiła, że tego nie wolno, a tamtego nie można lub nie wypada.

Wszystko zmieniło się miesiąc temu, gdy moja mama zapisała ją do portalu randkowego. I babcia się zakochała. Jeszcze na początku był z nią jakiś kontakt. Co rusz dzwoniła do mnie, by zapytać na przykład, jak na klawiaturze robi się duże „Ś” lub jak się w mejlu załącza załącznik. Ale od kiedy wie takie rzeczy, jesteśmy jej zbędni. Nie dość, że na wszystko się zgadza, to musimy też radzić sobie sami w takich sprawach jak zakupy i gotowanie. Ba! Właściwie to my opiekujemy się babcią. Bo ona z tej miłości zapomina, że trzeba jeść i spać. Przedwczoraj Henryk powiedział, że nie idzie do szkoły. Babcia tylko machnęła ręką mówiąc: raz się żyje!

Ten jej internetowy chłopak ma na imię Stach. Podobno kiedyś był sportowcem. Lekkoatletą. Skakał przez płotki i w dal. To strasznie imponuje mojej babci. Bo ona zawsze kochała się w sportowcach. Wyjątek zrobiła jedynie dla naszego dziadka, który sportem gardził, oddawszy serce nauce. A „serce nie sługa” – jak mawia babcia. I jeszcze „co się odwlecze, to nie uciecze”. Bo teraz wreszcie ma chłopaka sportowca.

Dzisiaj zawołała mnie do komputera pokazując czarno-białe zdjęcie swojego Stacha skaczącego w piach. Właściwie nic nie było na tym zdjęciu widać. Zapytałam: Babciu, a jak pan Stach wygląda teraz, bo na tych zdjęciach to widać tylko, że jest dużo młodszy.

I wyszło szydło z worka! Babcia nie widziała jeszcze Stacha na żywo!

– Babciu, musisz się z nim spotkać! – zawołał podekscytowany Henryczek.

– Tak! Babciu, zaprośmy do nas pana Stacha! Może na obiad? – dodałam, myśląc również o swoim żołądku.

– Ale czy to nie za wcześnie? Znamy się niecały miesiąc… – powiedziała babcia.

– Babciu, chodzi o to, że właśnie wcale się nie znacie! – powiedziałam ja.

– Raz się żyje! – zawołał Henryk.

– Ale kiedy ja się boję, że mu się wcale nie spodobam, wiecie, mam już swoje lata! – posmutniała babcia.

No nie dało się ukryć, że babcia nie jest już nastolatką. Ale, jak mawia nasz tata: po co się martwić rzeczami, na które nie ma się wpływu?

– Babciu, a może to on nie spodoba się tobie? Też ma już swoje lata – mój młodszy brat Henryczek bywał naprawdę błyskotliwy. Na pewno ma to po mnie.

W końcu udało się nam przekonać babcię do spotkania ze Stachem. To była okazja, by wprowadzić jakiś porządek i plan w nasze pełne chaosu życie. Tak, dwa tygodnie robienia tego, co nam się żywnie podoba, dały nam już w kość.

Babcia zaprosiła Stacha na obiad. I to na dzień następny (Na co tu czekać – przekonywał mój spontaniczny brat Henryk.) Okazało się, że miłość mobilizuje. Babcia wyłączyła komputer i nagle zrobiła się sobą sprzed miesiąca. Tylko ten błysk w oku miała nowy. Zaordynowała podział obowiązków – Helena, idziesz po zakupy, tu masz listę. To nie jest takie ciężkie, poradzisz sobie. Wyczytałam z tej listy, że na pewno będzie ciasto drożdżowe z owocami! Hurra!

– Henryk, zajmiesz się odkurzaniem i powycierasz kurze. (I wyobraźcie sobie, że mój brat, który normalnie w takiej sytuacji chowa się pod łóżko lub udaje śmiertelnie chorego, nagle szalenie podekscytował się zwykłym odkurzaczem!)

– Ja w tym czasie zastanowię się, co na siebie włożyć! – zawołała babcia.

A jak skończycie swoje, zabierzemy się do lepienia pierogów.

Pierogi!! Nie wyobrażacie sobie naszej radości. Po dwóch tygodniach jedzenia prawie wyłącznie kanapek, ciastek i płatków z mlekiem, pierogi były spełnieniem naszych marzeń. Uwinęliśmy się w mgnieniu oka. Do końca dnia, a była to sobota, babcia nie zasiadła już do komputera i wszystko było jak kiedyś: graliśmy w gry, dostaliśmy po kawałku drożdżówki (tylko kawałek, żeby coś zostało dla Stacha!) i oglądaliśmy jakieś nudnawe kino familijne. – Żadnych horrorów! – przypomniała sobie babcia.

A od rana następnego dnia, babcia prasowała sukienkę, „robiła fryzurę”, pozwoliła mi pomalować sobie paznokcie, i zwróciła uwagę na to, że Henryk od tygodnia chodzi w tym samym, poplamionym podkoszulku. Mieszkanie było posprzątane (na ochotnika zgłosiłam się nawet do polerowania sztućców!) Emocje rosły aż do 14. I wreszcie dzwoni domofon. Punktualnie za minutę 14.

– O jejku, rety, wielkie nieba! Co to będzie, co to będzie! – babcia przeżywała, a szczekaniem wtórowała jej nasza Grażynka. Takiej babci nie znaliśmy. Grażynka szczekała też jakby głośniej.

– Punktualność dobrze świadczy o człowieku – powiedział spokojnie Henryk. (Skąd on bierze te swoje mądrości?)

Ding-dong! Dzwonek do drzwi oznaczał, że już nie ma odwrotu.

Wielki bukiet kwiatów przysłaniał pana Stacha. Skąd on wiedział, że nasza babcia uwielbia czerwone gerbery? – zdążyłam pomyśleć.

I nagle zobaczyliśmy jak babcia najpierw pąsowieje, potem blednie, a potem robi się cała czerwona.

– Stasiek?? – co ty tutaj robisz? – powiedziała babcia.

– Irenko. Wybacz, ten portal randkowy to była moja ostatnia deska ratunku. Kiedy spotkałem przypadkowo twoją córkę i powiedziała mi, że tam jesteś, nie czekałem ani chwili i też się zapisałem!

Wszystko stało się jasne. Że też babcia nie skojarzyła faktów: jej kolega z klasy skakał przez płotki. Tyle, że wtedy miał na imię Stasiek. Potem poszedł na studia do innego miasta, stracili kontakt, ona wyszła za dziadka. On też miał żonę. Potem widywali się przypadkowo co jakiś czas. Najczęściej na cmentarzu.

– Irenko, zawsze mi się podobałaś. Jakoś wtedy nie miałem śmiałości. No ale teraz zebrałem się w sobie i pomyślałem: raz się żyje! – zakrzyknął, a wtórowało mu echo w postaci Henryczka.

I w jednej chwili zrozumieliśmy, co oznacza przysłowie „stara miłość nie rdzewieje.”