Leniwa niedziela z Kubą Wojtaszczykiem
W „Leniwej niedzieli”, z moimi bohaterami niezmiennie rozmawiam o tym, jak spędzają niedziele. Co robią? Z kim się spotykają? I, chyba najważniejsze, czy lubią drzemki? Dzisiaj rozmawiam z Kubą Wojtaszczykiem – pisarzem i kulturoznawcą, autorem „Portretu trumiennego” oraz „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat. Naszej rozmowie przyglądał się Wojtek Affek, fotograf.
Jak wygląda zwykła niedziela Kuby Wojtaszczyka?
Dużo zależy od tego na jakim etapie pracy nad książką jestem. Więc będą to w zasadzie dwa rodzaje niedziel. Wtedy, gdy mam wolny czas i wtedy, gdy go zupełnie nie mam. Ale niedzielę ze wszystkich dni tygodnia jakoś najmniej lubię. Wszystko wtedy jest takie powolne i zbyt leniwe.
Bluźnisz.
No dobrze! W niedzielę, staram się spędzać czas z bliskimi, zdarza się, że zjem obiad na mieście ze znajomymi. Często to też jedyny dzień, kiedy mogę wyjść na prawdziwy, długi spacer z psem. Ale takie przyjemności to domena czasu kiedy dopiero zaczynam myśleć nad nową książką. To dobry czas, dużo wtedy staram się chłonąć z mojego otoczenia.
A jak już siedzisz i piszesz?
To siedzę i piszę. Nie spotykam się ze znajomymi, nie wychodzę, staram się skupić na pracy. Nie jestem wtedy miłym kolegą, raczej warczę na ludzi. Spędzam czas z moimi bohaterami, którzy w tym czasie zwykle są dla mnie najważniejsi. Wcześnie rano wstaję, spacer z psem, kawa i siadam do komputera. Trochę fejsa, trochę odpisywania na maile i zabieram się do pisania. Nie pracuję na etacie, więc taka standardowa niedziela dla mnie nie istnieje, nie mam klasycznego, wyczekiwanego weekendu.
Prekariacki los.
Tak, to mnie teraz otacza i o tym jest moja nowa książka. Jej bohaterami są prekariusze. Ten problem dotyczy naprawdę wielu ludzi bez względu na wiek, choć w powieści skupiam się na dwudziesto-, trzydziestolatkach. Umowy śmieciowe, wyzysk, nielimitowany czas pracy, niepewność zatrudnienia, „grantoza” – to codzienność dużej części moich znajomych. Ten problem mnie zainteresował, postanowiłem go pociągnąć i tak powstała „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”.
Praca nad powieścią, to raczej długotrwały proces. Masz jakieś swoje rutyny?
Zazwyczaj, gdy pojawia się wstępny pomysł, rozpoczynam risercz. Do tematów podchodzę bardzo egoistycznie. Coś musi mnie naprawdę zainteresować. Jeśli po tym wstępnym badaniu temat dalej mi się podoba, zaczynam go zgłębiać. Ta faza trwa około pół roku. Tak było z moim stypendium w Budapeszcie – trzy bite miesiące zbierałem materiały. Dopiero, gdy już mam wystarczającą ilość materiału, siadam do pisania. Najbardziej lubię okres riserczu, wtedy też powoli budują się wygląd i charaktery moich bohaterów, stawiam w głowie plany i scenografię. Pisanie jest żmudnym zajęciem, podczas którego siedzę w dresie i stukam w klawisze.
Jakiś czas temu czytałem na Dwutygodniku tekst o szatach graficznych książek, głównie o okładkach. Super ciekawa sprawa, te zabiegi wizualno-marketingowe, podszywanie się pod inne, poczytniejsze tytuły, i ta prostacka schematyczność to zdaje się duży problem polskiego rynku wydawniczego. Oczywiście, są od tego wyjątki, do których można zaliczyć również „Twoje” okładki. Jak to z nimi jest? Masz wpływ na ich wygląd?
Przy „Portrecie trumiennym” to było dosyć proste – zamówiłem grafikę. Wydawałem książkę własnym sumptem, więc ewentualne „ryzyko” było tylko moje. Na szczęście okładka się spodobała, mimo że odbiegała od tego, co standardowo było dostępne na rynku. Przy „Kiedy zdarza się przemoc…” wydawnictwo Akurat wyciągnęło wnioski z pierwszej okładki. Poszliśmy więc w tę samą estetykę i tę książkę również zaprojektował Leszek Pietrzak. Wydaje mi się, że to jest „ten dobry” schemat: ilustracje, ciekawe typo i apla w wyrazistym kolorze – będzie z tego w przyszłości piękna seria.
Na rozmowę spotykaliśmy się w MSN. Co Poznaniak robi w Warszawie?
Nie jestem Poznaniakiem i się nim nie czuję, chociaż tam mieszkam. A do Warszawy przyjeżdżam, aby odwiedzić znajomych i do pracy (przeprowadzam risercz do kolejnej książki). Zwykle nocuję u mojej przyjaciółki Uli, Pani Księgarki. Odwiedzam stare kąty i kręcę się po Muranowie, który uwielbiam.
O, proszę!
Tak! Interesuję się tematyką żydowską, Zagładą i szerzej: II wojną światową – to dla mnie naturalna destynacja. Również architektura Muranowa jest ciekawa, no i kontrowersyjna; to przecież osiedle wzniesione na ruinach getta. Ma swój klimat i przerażającą, ale jednocześnie ciekawą, przeszłość. Warszawa jest różnorodna. Lubię to miasto. I lubię tu wracać. Mieszkałem tu krótką chwilę, ale koniec końców wróciłem do Poznania.
Dlaczego?
Życie! Znalazłem tam fajniejszą pracę dla freelancera, mogę się rozwijać dziennikarsko w super redakcji. Jednak większą część mojego dochodu stanowią stypendia artystyczne. Nie ma, co ukrywać – Poznań jest też tańszy.
Ale nudny.
No nie, nie jest nudny! Od jakiegoś czasu jest w mieście świeża energia. Wiesz, „Poznań, przedmurzem Zachodu”, mamy lewicującego prezydenta, który dumnie kroczy w marszach równości. Jest inaczej i jest to odczuwalne. Mieszkam na Jeżycach, to bardzo dynamiczna i atrakcyjna dzielnica, zupełnie niewpasowująca się w schemat mieszczańskiego, nudnego Poznania. Natomiast atrakcyjność dzielnicy przekłada się niestety na jej gentryfikację, a ta galopuje. Stety, niestety. Ciężko powiedzieć czy to, co było tam wcześniej – patologie i szemrane typy w bramach, są lepsze od kolejnej, przysłowiowej „hipsterskiej kawiarni” z espresso za 10 zł.
„Kiedy zdarza się przemoc…” dzieje się w Poznaniu i to chyba nie jest do końca ten Poznań, o którym mówisz teraz.
Pomimo, że akcja książki dzieje się w niedalekiej przyszłości, to do zobrazowania Poznania posłużyłem się miastem z epoki Grobelnego, wcześniejszego prezydenta. Było to wtedy zupełnie inne miasto. Duszne i ospałe. Wszystkie fajniejsze przedsięwzięcia pozostawały w głębokiej alternatywie i na obrzeżach zainteresowania szerszego grona mieszkańców. Teraz Poznań jest otwarty. Jeśli chcesz coś zrobić, masz ciekawą inicjatywę albo dobry pomysł, masz od razu grono osób, zapaleńców, którzy Ci w tym pomogą, jest energia! Jeszcze kilka lat temu Jeżyce były nie do życia. A teraz? Powstają nowe miejsca i tworzą się lokalne społeczności. To budujące. Z dzisiejszej perspektywy, tamten Poznań z książki jest zupełnym przeciwieństwem tego, jakim miastem jest obecnie.
Jednak Poznań to tło. Jacy są Twoi bohaterowie?
Zagubieni. Potrzebujący opieki i troski. Prekariusze, których frustracja przeradza się w krwawą rewolucję. Doktorantka na polonistyce – Weronika, konformistka, wypatrująca swojej przyszłości na uniwersytecie, i para gejów – niespełniony artysta i kwiaciarz. Jest też zgorzkniały dziwak Witold, stary-maleńki, który myśli, że jest porzuconym w polskim zbożu w latach 80. trzecim synem księżnej Diany. Wszyscy mieszkają w jednym mieszkaniu i absolutnie wszyscy są niezdolni do „dorosłego” życia. Pewne wydarzenia sprawią, że wezmą udział w rewolucji „absolwentowyzwoleńczej”, którą szykują wspomniani prekariusze.
Poleje się krew, czy zapadną w chocholą drzemkę?
Poleje się krew i to z niejednej głowy! Rewolucja będzie brutalna, a moi bohaterowie odkryją, że przemoc sprawia im pewnego rodzaju przyjemność, a wręcz ich oczyszcza. O drzemce, nawet u Witolda, mowy nie będzie.
A u Ciebie jak jest? Lubisz je?
Nagminnie je stosuję, ale z wielkimi wyrzutami sumienia! Zazwyczaj kładę się punkt trzynasta i nastawiam budzik w telefonie na „za czterdzieści minut”. Wyłączam wibracje, przykrywam się kocem i już mnie nie ma. Sjesta freelancera.
I ostatnia rzecz. Dokończ proszę zdanie. Jest niedziela wieczór, kładę się spać i myślę…
…że nie powinienem iść spać, tylko popracować jeszcze trochę.
//
Kuba Wojtaszczyk
Rocznik ’86, pisarz, kulturoznawca, absolwent Gender Studies UAM. Publikował i publikuje m.in. w „Czasie Kultury”, „Blizie”, „Kulturze u Podstaw”, „Lampie”, antologii „Nowe Marzy” 10. MFO. W 2014 r. debiutował powieścią „Portret trumienny”. Druga książka „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat. Tłumaczony na niemiecki, węgierski i ukraiński. Stypendysta m.in. Prezydent m.st. Warszawy oraz Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego.