Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Przepytała: Agata Napiórska

Co poniedziałek zmuszam jedną osobę do nadludzkiego wysiłku. Zadanie polega na tym, by wybrać jedną książkę, jeden film i jedną piosenkę, które w jakiś sposób są ważne dla ankietowanego. Może być to wybór podyktowany nastrojem chwili, może być tzw. życiówka. I trzeba uzasadnić.

kowalska

Agnieszka Kowalska – dziennikarka i redaktorka „Gazety Wyborczej” i „Gazety Co Jest Grane”, współautorka alternatywnego przewodnika „Zrób to w Warszawie!” i blogu Domykultury.com.

Książka 

Miron Białoszewski, Chamowo, 2009.

Jak jesteś z Grochowa, to „Chamowo” Białoszewskiego i „Grochów” Stasiuka stoją na półce obok Biblii. Miron pisał ten niezwykły poetycki dziennik przez rok, od czerwca 1975, kiedy musiał opuścić plac Dąbrowskiego i wprowadzić się do bloczyska na obrzeżach Saskiej Kępy. Wtedy się urodziłam i rozpoczynałam swoje dzieciństwo na Grochowie, który on też zaczął odkrywać jak Robinson Crusoe swoją dziką wyspę. W mironowym bloku do dziś mieszka moja najlepsza przyjaciółka z liceum na Olszynce Grochowskiej. Stąd ten sentyment. Ale w „Chamowie” zachwyca mnie przede wszystkim język i sposób rejestrowania codzienności – błyskotliwy, a przecież na długo przed Masłowską czy Knausgardem. Czytam to wciąż i wciąż i nie mogę się nasycić, słuchałam też dzięki Tadziowi Sobolewskiemu nagrania czytającego Mirona. Nie zapomnę spektaklu Pawła Passiniego, odegranego na barce na Wiśle, gdzie „Chamowo” zabrzmiało wyjątkowo magicznie. Białoszewski lubił, tak jak ja, włóczyć się nad rzeką, jeździć tramwajem na Olszynkę, obserwować życie osiedla, wisieć w oknie i się gapić. I polubił tę okolicę. Pod koniec dziennika pisał: „Nazwa ‘Chamowo’ na dobrą sprawę to tu nie tak znów pasuje. Malutko tego Chamowa, uporządkowane, zakończone, z polotami, z atrakcjami. Trasa, lotnisko, step, Wisła, dżungla, most, mostki, Saska Kępa. I to wszystko w kupie. Kto ma tyle na raz?”

bialoszewski

Film

Lars von Trier, Melancholia, 2011.

Jeśli by uznać za ulubiony film ten, który obejrzeliśmy w życiu najwięcej razy, to w moim przypadku byłby to „Słodki listopad” z Charlize Theron i Keanu Reevsem. Nie bójmy się tego powiedzieć wprost. Ale „Melancholię” uważam za jedno z tych arcydzieł, które rozkładają na łopatki. Lubię to połączenie surowego, paradokumentalnego stylu von Triera z operowym wręcz rozmachem niektórych scen. Świetny jest duet aktorski Kirsten Dunst i Charlotte Gainsbourg. No i wreszcie pozornie niefilmowy temat – zmagania z depresją, pogodzenie się z nieuchronną katastrofą. Zauważyłam, że mam skłonność do takich filmów, w których pod powłoką zwyczajności wyczuwa się taki smutek i niepokój, który noszą w sobie niezwykłe bohaterki: „Przekleństwa niewinności” Sofii Coppoli, czy „Ty i ja i wszyscy których znamy” Mirandy July.

Płyta

Diana, Diana Ross, 1980.

Za nami Record Store Day. Więc napiszę o przyjemności, jaką sprawił mi ostatnio zakup starego gramofonu i powrót do winylowych płyt. Kupuję niespiesznie, zdarza się, że jedynie ze względu na okładkę. Tę płytę kupiłam pół roku temu na naszych targach muzycznych w Pałacu Kultury. Przyznam, że pierwszym impulsem była właśnie okładka z cudownie młodziutką i piękną Dianą. Ale stwierdziłam, że tak jak jej wizerunek z 1980 r., nie zestarzała się też w ogóle ta muzyka. Są tu same hity: „Tenderness”, „I’m Coming Out”, „My Old Piano”, „Give Up”. Zresztą kładziesz igłę i od razu masz „Upside Down”. I już nie możesz przestać tańczyć.

Reklama