Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

 

zamek5

Tekst: Margarita Slepakowa

Zdjęcia: Teatr Wielki – Opera Narodowa/fot. K. Bieliński

Współpraca Teatru Wielkiego-Opery Narodowej i nowojorskiej Metropolitan Opera jeszcze kilka lat temu pozostawała w sferze marzeń. Początek 2015 roku przyniesie nam jednak prawdziwy noworoczny prezent.

Już 26 stycznia na deskach MET – czołowego teatru operowego na świecie wystawiona zostanie polska produkcja Jolanta/Zamek Sinobrodego, która warszawską premierę miała zaledwie w grudniu 2013 roku pod batutą Valery’ego Giergieva. Jest to początek partnerstwa dwóch teatrów otwierający nowy rozdział w historii polskiej sceny operowej, będący przyczynkiem do rewaloryzacji polskiego wkładu w światowy rozwój tego gatunku. Już samo otwarcie sezonu 2014/2015 MET nosiło silny polski akcent. Dwaj Polacy Mariusz Kwiecień i Piotr Beczała, których nie trzeba nikomu przedstawiać i którzy już na stałe umocnili swoją pozycję operowych gwiazd światowego formatu wraz ze słynną rosyjską sopranistką Anną Netrebko wcielili się w głównych bohaterów Eugeniusza Oniegina Piotra Czajkowskiego.

Styczeń zaowocuje kolejnym polskim „ciosem” tym razem za sprawą wizjonerskiego duetu reżysersko – scenograficznego Mariusz Treliński i Boris Kudlička, którzy już od kilku lat zmieniają oblicze warszawskiej opery przenosząc ją na poziom światowy. Duet ten w swoich realizacjach zdaje się przesuwać granice tego, co rozumiemy pod pojęciem opery. W realizacjach Trelińskiego – reżysera o filmowym rodowodzie – śpiewacy muszą wykazywać się nie tylko wirtuozerią wokalną, ale w pełni wykształconymi umiejętnościami aktorskimi o wręcz kinematograficznej wiarygodności. Natomiast scenerie, w których rozgrywają się spektakle swoją śmiałością i bezkompromisowością scenograficznych rozwiązań, zdają się wytrącać wszystkie argumenty, tym którzy jeszcze upierają przy opinii, jakoby gatunek operowy był jedynie zaśniedziałym reliktem przeszłości. Wystarczy wspomnieć wystawianego w 2012 roku Latającego Holendra, podczas którego scenę warszawskiej opery zalewano hektolitrami (ciepłej!) wody, w deszczu której brodzili bohaterowie, a nad ich głowami zawieszono połyskującą kopułę księżyca, spowijając całą scenę w mroku i srebrze.

unnamed

Tym bardziej ekscytujący jest fakt, że nowojorska publiczność jako pierwszą polską inscenizację na scenie MET zobaczy jedną z najbardziej olśniewających produkcji tych twórców. Składa się ona z dwóch jednoaktówek: Jolanty Piotra Czajkowskiego – ostatniego dzieła operowego mistrza dojrzałego romantyzmu oraz Zamku Sinobrodego Beli Bartoka – perły muzycznego modernizmu wyzbytej z okowów tradycyjnej harmoniki funkcyjnej i strukturalnej schematyczności. W pracy nad tą realizacją Mariusz Treliński pozostał jak zwykle wierny swoim filmowym ideałom. Inspiracją były dla niego thrillery psychologiczne z lat 40. i nurt kina noir, który przedstawiając świat pełen zbrodni i perwersji ucieka od moralizatorstwa i jasnego podziału pomiędzy dobrem i złem, pozostawiąjąc miejsce na niedopowiedzenia i wieloznaczność. Źródeł napięcia, jakie powstaje dzięki konfrontacji Jolanty i Zamku Sinobordego – tych na pozór tak różnych dzieł, można upatrywać właśnie w paralelach i niepokojących splotach wątków, które budują z dwóch oddzielnych historii wspólną, mroczną narrację. Oba dzieła są baśniami, oba mają charakter ludowych przypowieści i znaczenie obydwu budują symbole. Jolanta (napisana do libretta Modesta Czajkowskiego – brata Piotra) to opowieść o ślepej dziewczynce, która nie wie o swojej ślepocie, bo prawdę o tym ukrywa przed nią ojciec. Myślą przewodnią całej historii jest idea jakoby świadomość i wola były kluczami do uzdrowienia ciała i duszy. Aby wyzdrowieć to jest przejrzeć na oczy Jolanta musi po pierwsze uświadomić sobie swoją ułomność a po drugie pragnąć ozdrowienia. W interpretacji Trelińskiego (jak dowiadujemy się z wywiadu dołączonego do programu spektaklu) jest to historia uzależnienia i traumy relacji z silnym, dominującym mężczyzną, który pod pretekstem opieki i ochrony córki ukrywa ją przed światem, chcąc mieć ją tylko dla siebie. Nieświadomość własnej ślepoty pogrąża bohaterkę w ciemności – światło, które ujrzy kiedy zostanie wyleczona równoznaczne będzie z doświadczeniem poznania w sensie bardziej kosmicznym i uniwersalnym aniżeli tylko odzyskania wzroku.

Druga opera Zamek Sinobrodego również dotyka zagadnienia poznania. W tym przypadku rządza odkrycia prawdy popycha bohaterkę z powrotem w mrok. Treliński widzi w Judycie postać Jolanty, która wybierając odzyskanie wzroku i małżeństwo z ukochanym porzuca jednocześnie swój dar intuicji, widzenia wgłąb i wkracza w świat płytkiej mieszczańskiej egzystencji. Zamek Sinobrodego jest więc możliwą kontynuacją Jolanty i zastaje bohaterkę w chwili desperackiej próby powrotu do tego, co utraciła – dominującej męskiej energii. To z tego powodu przychodzi do Sinobrodego (o którym prawdopodobnie wie, że jest seryjnym mordercą) i skłania go do otwierania kolejnych pokoi, które odsłaniają prawdę o jego zbrodniach. Nie zważając na jego ostrzeżenia zamiast zawrócić Judyta/Jolanta brnie coraz głębiej w „ciemność”, odkrywając w kolejnych pokojach coraz więcej potworności, aby w finale skonfrontować się wreszcie z samą sobą, z możliwością tego, że kolejne pokoje były jej własnymi projekcjami i tym, że nie może uciec przed własnym, jak to określa reżyser, „przymusem powtarzania”.

Libretto Beli Belazsa napisane w 1910 roku wpisuje się w modernistyczny duch epoki, w której dramaty symboliczne już nie raz stawały się librettami operowymi. Pięć lat wcześniej w Dreźnie odbyła się premiera Salome Ryszarda Straussa do dramatu Oscara Wilde’a, a w 1903 została wystawiona Peleas i Melizanda Claude’a Debussy’ego do sztuki Maurice’a Maeterlincka. Echa tych dzieł, rapsodyczny literacki styl, specyficzna melodyka, atmosfera napięcia, ascetyczność (Belazs używa tylko takiej ilości słów, jaka jest naprawdę konieczna), nawiązania do psychoanalizy, a przede wszystkim przesycenie tekstu znaczeniowością, to wszystko z jednoczesnym zachowaniem narodowego węgierskiego pierwiastka plasuje dzieło Belazsa na równi z dokonaniami współczesnych mu symbolistów. Kompozytor pokroju Beli Bartoka dobrze wiedział co robi, wybierając właśnie ten tekst i otaczając go swoją genialną, nowatorską muzyką. Z tej współpracy powstaje prawdziwy thriller psychologiczny – dzieło niezwykłe, przejmujące i szokujące zarazem. Dzieło idealne dla Mariusza Trelińskiego i Borisa Kudlički, którzy pozostając w pełnej kontrastów, mrocznej estetyce kina noir ubierają każdą scenę i każdy odsłaniany kolejno pokój w nową historię, nową perpektywę, żonglują symbolami, tworzą wizje straszne i niewiarygodnie piękne jednocześnie. Wystarczy wspomnieć tylko o parującej świetlistej wannie z kosztownościami w pokoju – skarbcu w której kąpie się naga, ale dyskretnie spowita w cienie Judyta, pełnej erotyzmu i brutalności scenie w sali tortur, w której ubrana w olśniewającą szmaragdową suknię przekonuje Sinobrodego o swoim uczuciu, czy scenie w ogrodzie, w której drzewa (które pamiętamy z Jolanty) rosnące teraz w jednej z pałacowych sal (zamek jako budowla jest tu często traktowany bardziej umownie) unoszą się wraz z wyrwanymi korzeniami kilka metrów nad ziemią w blasku księżyca.

Chociaż warszawska premiera cieszyła się znakomitą obsadą (wystarczy wspomnieć Tatianę Monogarovą w roli Jolanty, Sergeia Skorohkodova jako Vaudemonta czy Gidona Saksa jako Sinobrodego) obsada nowojorska jest równie ekscytująca. Ze śpiewaków warszawskiej inscenizacji pozostaje fenomenalna Nadja Michael jako Judyta – bogaty mezzosopran o niezwykłych możliwościach aktorskich (współpracująca również wielokrotnie z Krzysztofem Warlikowskim) i Alexei Tanovitsky – wspaniały bas i artysta często współpracujący z MET, który wykona partie Ibn-Hakii i Króla Rene w zależności od daty spektaklu. Jolantę zagra tym razem sama Anna Netrebko, która wcielała się już w tę postać w inscenizacji Mariusza Trelińskiego w Teatrze Maryjskim w 2006 roku. Natomiast rolę jej amanta księcia Vaudemonta zagra Piotr Beczała. Partię Sinobrodego tym razem przygotował Mikhail Petrenko – bas stosunkowo młody, ale już szeroko rozpoznawalny i wielokrotnie nagradzany. Spektakle poprowadzi ponownie Valery Giergiev.

Dla tych, którzy nie znajdą się w gronie szczęściarzy na nowojorskiej premierze, Opera Narodowa przygotowała transmisje spektaklu 14 lutego w ramach cyklu MET live in HD.