Łukasz Barys: Pabianice mnie jeszcze trzymają
Łukasz Barys jeszcze nie skończył studiów, a już jego pierwsza powieść Kości, które nosisz w kieszeni okrzyknięta została jednym z najciekawszych debiutów ubiegłego roku. Wczoraj zresztą został za nią również uhonorowany Paszportem Polityki. Serdeczne gratulacje! Łukasz mieszka w Pabianicach, gdzie toczy się życie jego bohaterki Uli. Ile Łukasza jest w Uli, ile Masłowskiej jest w Barysie, jak ochłodzić się w upalny dzień i skąd się wzięła dziura w ziemi – rozmawiamy na zoomie w jesienne, pochmurne popołudnie.
Opowiedz o dorastaniu w Pabianicach.
Pabianice to zwyczajne miasto. Niezbyt duże, ale też nie bardzo małe. Dorastałem trochę w Pabianicach, a trochę Piątkowisku, pobliskiej wsi. Mieszkańcy miasta twierdzą zgodnie, że tutaj nic nie ma. Panuje dość przygnębiająca atmosfera bylejakości, która sprawia, że ludzie stają się cyniczni. Większość moich rówieśników od zawsze planowała emigrację albo za granicę, albo do większego miasta. Ja, szczerze mówiąc, też planowałem. Na razie jeszcze tu mieszkam. Dla mnie Pabianice mają swój urok. Wszędzie jest blisko. Lubię krążyć po miejscach, po których włóczyłem się z przyjaciółmi w gimnazjum i liceum.
Czyli nie dopadł cię pabianicki cynizm?
Udziela mi się. Frustruję się głównie wtedy, gdy szukam w Pabianicach pracy. Bo rzeczywiście ciężko tu coś znaleźć. Miasto to wielka sypialnia. Każdy pracuje gdzie indziej. Po włókniarskim przemyśle, który tu kiedyś rozkwitał, nic już nie zostało. Pabianice są senne. Wszystko tu dzieje się powoli i z opóźnieniem. Rządzą kościoły i supermarkety.
A dzieciństwo tutaj miałeś szczęśliwe?
Tak, raczej tak. Choć wydawałoby się, że nie jest to miasteczko bezpieczne dla dzieci. Według miejskiej legendy po parku grasował słynny ekshibicjonista, który zaczepiał dzieciaki, ale ja nigdy go nie spotkałem. W liceum dopadało nas malkontenctwo i narzekanie na prowincjonalność, brak bodźców i perspektyw. Potem wybudowali nam McDonalda i zaczęły się żarty, że jeśli ktoś jest humanistą i nie potrafi nauczyć się matematyki, to będzie tam pracował. Miałem wielkie kompleksy z powodu tych żartów. Dziś akurat nie uważam, że praca w McDonaldzie jest gorsza albo lepsza od innej, ale w liceum bałem się tam „skończyć”.
Te pabianickie miejsca, ważne dla ciebie w szkole, pojawiają się w twojej książce? Przeprowadziłeś Ulę po swoich ulubionych spotach czy stworzyłeś dla niej zupełnie inną
niż twoja osobista mapę miasta?
Pabianice fascynują mnie bardziej jako twórcę niż jako mieszkańca. Wyzwaniem było dla mnie umiejscowienie tu akcji powieści. Zwłaszcza że w polskiej literaturze rzadko opisuje się konkretne prowincjonalne miasteczka. Powieści dzieją się w miastach, z którymi czytelnicy mogą się utożsamiać: w Warszawie, w Krakowie. Powieść osadzona w Pabianicach to był eksperyment. Spodziewałem się, że wydawnictwo może zasugerować zmianę. Ale było odwrotnie. Ciekawostką jest, że nie utrzymała się tutaj nigdy żadna kawiarnia. Od kiedy pamiętam, jedna za drugą się otwierały, ale po roku już ich nie było. Między innymi z tego powodu głównym punktem spotkań młodzieży jest Ośrodek Sportu i Rekreacji, który nazywamy Lewityn. To taki park z dużym stawem, po którym pływają kaczki. Można wynająć kajak. Są schodki, jak w piosence Maty, na których sobie siadywaliśmy i piliśmy piwo. Późnym wieczorem robił się tam straszy bałagan, ale koło dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej przychodzili bezdomni i prosili o puszki. Staw jest dość brudny i co roku, gdy zaczynają się upały, pojawiają się w nim sinice i nie wolno się kąpać. Na studiach, gdy pracowałem w „Nowym Życiu Pabianic”, gazecie, która się pojawia w powieści, prowadziłem śledztwo w sprawie tych sinic. Jeździłem wokół stawu na rowerze, robiłem zdjęcia, zadawałem pytania w urzędzie. Niczego się jednak nie dowiedziałem. Urzędnicy nic nie chcieli powiedzieć. Pewnie się wstydzili, że dzieci kąpią się w stawie, który co roku jest tak samo brudny i nikt z tym nic nie robi. W „Nowym Życiu Pabianic” prowadziłem też śledztwo w sprawie dziury w ziemi, która pojawiła się nagle znikąd na drodze i z jej powodu stała się nieprzejezdna. Ten moment, gdy w powieści Ula brnie w upale przez lepkie, śmierdzące szambem miasto to są chyba powidoki tych moich studenckich praktyk, gdy jeździłem na rowerze w godzinach pracy po zastygłych Pabianicach. Prowadziłem też sondę uliczną w sprawie, jak się ochłodzić latem.
I jakie były odpowiedzi?
Ach, różne. Pić dużo wody, pić wodę z solą. Nie wspominam dobrze tego sondażu. Miasto było opustoszałe, a ja jestem nieśmiały. Niezwykle trudno było mi zaczepiać ludzi na ulicy. Ale były też fajne zadania. Przeprowadzałem wywiady z młodymi sportowcami, którzy wygrywali zawody: a to karateką, a to dżokejką. To były moje pierwsze publikacje
Ale do szuflady pisałeś już wcześniej.
Tak. Zacząłem pisać w liceum. Tworzyłem wiersze i opowiadania. Na początku dobrze wychodziły mi tylko wiersze, opowiadania raczej średnio. Musiałem przejść przez fazę pisania poezji, żeby się nauczyć pisać. Robiłem to w tajemnicy. Nigdy się nie chwaliłem kolegom, że piszę. Nawet gdy potem na studiach wygrywałem konkursy. Miałem wielki kompleks bycia humanistą. W liceum nauczyciele podśmiewali się z artystyczno-społecznikowskich zapędów. Liczyły się wiedza praktyczna i perspektywa fachu w rękach. Dlatego premiowane były nauki ścisłe. Poszedłem za dobrymi radami i wylądowałem w klasie matematyczno-fizycznej, a i tak wybrałem po maturze polonistykę. Z tych szkolnych traum, mam wrażenie, jeszcze nie wyrosłem.
Powoli oswajasz się z sukcesami?
Raczej nieufnie podchodzę do pochwał.
To powiedz o współpracy z wydawcą.
Powieść wysłałem do kilku wydawnictw, które, moim zdaniem, mogłyby się nią zainteresować. Wśród nich było Wydawnictwo Cyranka. Konrad, redaktor, zareagował szybko i entuzjastycznie, ten entuzjazm początkowo mnie onieśmielał. Nasza współpraca układała się właśnie tak, że Konrad był nastawiony pozytywnie, a ja sceptycznie, ale paradoksalnie dzięki temu dość szybko się z pracą nad książką uwinęliśmy.
W powieści jest mnóstwo wątków autobiograficznych, ale główną bohaterką jest dziewczyna. Skąd ta decyzja?
Pierwszym powodem było to, że nie chciałem, by ludzie, którzy będą czytać powieść, myśleli, że główny bohater to ja. Nie chciałem, żeby czytelnicy przykładali to, co dzieje się w powieści jeden do jednego, do mnie, i żeby zwątpili, że jest to fikcja. Poza tym ułożyła mi się ta powieść w dziewczęcą narrację. Ula buntuje się przeciwko pabianickiemu, i nie tylko pabianickiemu, światu. Doświadcza go mocniej, niż doświadczałby chłopak, który standardowo łatwiej się adaptuje do surowych warunków. W ogóle Kości… to jest opowieść o kobietach. Mężczyźni tutaj występują jedynie w tle.
Przeciwieństwa się w Kościach… przyciągają. Poezja i wulgarność, patologia i kultura wysoka…
Tak, bohaterka zawieszona jest między światem żywych i umarłych, biedą i bogactwem, literaturą piękną i brzydotą dnia codziennego. Kontrasty rzeczywiście wszędzie tu wybrzmiewają. Myślę, że dzięki temu historia nie przytłacza. Poza tym ważna była dla mnie walka ze stereotypem. Ludzie uprzywilejowani myślą często o osobach biednych, wykluczonych w sposób protekcjonalny i odmawiają im głębokich przeżyć wewnętrznych. Sprowadzają ich życie do patologii i zaspokajania jedynie podstawowych potrzeb. Dlatego chciałem opisać świat uczuć i emocji nastolatki z bardzo biednej rodziny. Dać jej głos. Ula od wulgarnej codzienności ucieka w świat literatury. Ucieka na oślep, bo nikt jej przecież nie poprowadzi, nikt jej nie doradzi. Dlatego czyta, co popadnie, i wzrusza się Redutą Ordona. Utożsamiam się w tym z nią. Mi też nikt nie doradzał w wyborze lektur. Czytałem wszystko, jak popadnie.
Tytułowe kości pojawiają się w książce wielokrotnie, dosłownie i metaforycznie. Ja zaznaczyłam sobie taki fragment: „Zdarzało się, że nasze ciała pobudzała różdżka wzrostu, hormony dostawały się pod skórę i sprawiały, że się rozciągała powiększającym się prędko kościom i podobnym do świńskich płatów mięśniom, które usiłowały rozepchać stare, zużyte spodnie, bluzki i kurteczki, poluzować każdy szew i rozerwać każdą nitkę”. Pomyślałam, że gdyby chcieć opisać tę powieść w jednym krótkim zdaniu, to można by powiedzieć, że jest to opowieść o dojrzewaniu.
Dlatego bohaterka ciągle rośnie. Dojrzewa mimo przeciwności, które zewsząd ją otaczają. I nie chodzi mi tylko o ubóstwo. Jedną z pierwszych inspiracji do napisania tej książki było uświadomienie sobie ogromu trudności, które stoją dziś przed młodymi ludźmi. Trudny klimat polityczny, globalne ocieplenie i wizja katastrofy klimatycznej. Bardzo dotykają mnie wieści i raporty o samobójstwach wśród młodzieży, braku psychologicznego i psychiatrycznego wsparcia. A przecież w wieku dojrzewania przeżywa się wszystko najmocniej. Gdy byłem w gimnazjum, widoczna była bardzo subkultura emo. Ludzie się podśmiewali z emo, a ja właśnie sądzę, że ten smutek i mrok nie jest głupi, tylko mądry. I chciałem właśnie napisać emoksiążkę.
Czytając Kości…, nie da się oprzeć skojarzeniu z twórczością Doroty Masłowskiej.
Nie jesteś pierwsza, która to mówi. Redaktor Michał Nogaś wspomniał w Radiu 357, że według niego jestem nową odsłoną Doroty Masłowskiej. Twórczość Masłowskiej poznałem dopiero na studiach, więc dość późno. Widzę, że wielu młodych pisarzy stara się imitować jej dresiarski język i najczęściej niezbyt dobrze im to wychodzi. Dlatego pisząc, bardzo się pilnowałem, żeby nie imitować. No ale Masłowska to dla mojego pokolenia klasyka i pewnie trochę jej jest w moim podejściu do świata i języka. Wojna polsko-ruska na pewno była dla mnie oszałamiająca, nie wiedziałem, że w ogóle można tak pisać. Bardzo lubię też dramaty Dwoje Rumunów mówiących
po polsku i Między nami dobrze jest. Mam wrażenie, że ja jestem wobec moich bohaterów bardziej empatyczny, a mniej drwiący i ironiczny niż Masłowska.
A gdybyś miał wymienić bez dłuższego zastanowienia kilka książek, które wywarły na tobie największe wrażenie, w jakiś sposób były dla ciebie przełomowe, to które by to były?
Uch, trudne pytanie. Ale pewnie: Kamień na kamieniu Myśliwskiego, Umiłowana Toni Morrison, coś Olgi Tokarczuk, niech będzie Dom dzienny, dom nocny, z książek z dzieciństwa: Lessie wróć i Biały Kieł, a ulubiona lektura szkolna to Dziady część II.
Wspomniałeś na początku naszej rozmowy schodki z piosenki Maty. Słuchasz hip-hopu?
Lubię hip-hop, bo jest ciekawy językowo. Pop pod względem tekstów jest najczęściej miałki, a hip-hop mnie rozbudza. Lubię Matę. Wiem, że ostatnio jest na cenzurowanym. Ale ja mu wybaczam. Umyka zaszufladkowaniu. Niby banan, ale umie się odciąć. Uważam, że jest naprawdę utalentowany tekstowo. Poza tym słucham Quebo, Taco Hemingwaya – tych mainstreamowych wielkomiejskich raperów.
Planujesz ruszyć ku wielkiemu miastu?
Coraz bardziej się ku temu skłaniam. Ciągnie mnie do miejsca, gdzie coś się dzieje, bo tutaj naprawdę nie dzieje się nic. Ale jestem też silnie związany z rodziną, z moimi duchami tutaj. Te Pabianice mnie jeszcze trzymają.