Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„Czasem nie mogę wstać, bo trzymam dziecko. A czasem trzymam dziecko, żeby nie musieć wstawać” – pisze Ksenia Potępa, a ja przybijam jej piąteczkę za piąteczką i jeszcze więcej piąteczek im dalej brnę w tekst. Można autentycznie popuścić ze śmiechu. Ksenia pisze o sobie, że jest półmatką i półrysowniczką, moim zdaniem jest w 200% i jedną i drugą. Rysunki świetne, a takie macierzyństwo powinno uchodzić za wzorcowe. No bo co z tego, że ściany są pomazane farbkami (albo zupą), że włosów nie uda się przez parę dni umyć, albo, że wyjście do przedszkola zajmuje dłużej niż byśmy chcieli?

Zdaje się, że mamy dzieci prawie w tym samym wieku, czytałam więc Twoją książkę opluwając się kawą ze śmiechu. Przy okazji: polecam rano kawę w termosie, można cały dzień popijać ciepłą.

Znam ten patent. Teraz, jak już grzeją kaloryfery, odkładam kubek na grzejnik, zawsze trochę ciepła się uchowa. Ja niestety swój ulubiony kubek termiczny zgubiłam. Kubek termiczny, to w ogóle jest cudowny wynalazek! Wydaje mi się, że obok piłki do fitnessu, na której doskonale usypia się nieodkładalne niemowlaki, okazał się najbardziej przydatnym mamowym gadżetem. Nosiłam w nim wrzątek, tak w razie czego, na przykład do płukania smoka na spacerze. Chociaż to tylko przy pierwszym dziecku, wiadomo, przy drugim smoka się otrzepuje i wyciera w spodnie. Ale ciepła woda w kubku, nie raz ratowała mnie na wyjazdach, kiedy w środku nocy musiałam zrobić Małej mleko, a nie chciałam budzić całego domu. Mogłam zalać mleko, praktycznie nie wychodząc z łóżka. W ogóle to jest coś co bardzo zadziwia mojego męża. On robi zawsze wszystko tak jak się powinno, punkt po punkcie. Ja wiecznie szukam rozwiązania, które pozwoli mi zrobić to samo ale łatwiej i tak żeby jak najmniej się namęczyć.

Oglądasz czasem instagramy perfekcyjnych matek i dołujesz się myśląc jak one to robią? Ja też najchętniej karmiłabym córkę w wannie tak jak Ty. No dobra, ale jak to zrobiłaś? Napisałaś i narysowałaś książkę. Z dwójką dzieci u boku. I mężem. Jak się dzielicie obowiązkami? Jakieś żłobki, przedszkole, niania?

Wydaje mi się, że dość kluczowy tutaj jest ten mąż. Mąż, który będzie trzymał dzieci, kiedy ja chce pisać albo jeździł z nimi do babci żebym ja mogła zrobić cokolwiek. Wsparcie innych i bardzo dużo samodyscypliny było dla mnie najważniejsze. Starsza córka chodzi do przedszkola, ale młodsza cały dzień jest ze mną. Czas, którym dysponuję to ten, który wyrwę w trakcie drzemki Małej i wieczorami. I tak pracowałam nad książką. W tygodniu godzina, półtorej w ciągu dnia, a później pisanie i rysowanie do 23. W weekendy zamykałam się w pokoju i nadrabiałam to, czego nie udało mi się skończyć w tygodniu. Książka powstała dość szybko. Miałam tak to rozplanowane, że nie było miejsca na „dziś mi się nie chce” i inne wymówki. Udało się oddać wszystko na czas, bez ani jednego spóźnienia. Zresztą, mi najlepiej się pracuje jeśli mam solidny deadline.

A co do perfekcyjnych matek, to już się nie zastanawiam. Przynajmniej staram się tego nie robić. Nauczyłam się odpuszczać i może nie mam idealnego mieszkania jak z katalogu, a moje dzieci nie spędzają całego czasu na kreatywnych zabawach ale też ja się nie zamęczam w imię ładnego obrazka.

 

To jak wygląda Wasz przeciętny dzień powszedni?

Jest do znudzenia przewidywalny i powtarzalny. Ja to nawet lubię, takie utarte schematy pozwalają mi zapanować nad rodzicielskim chaosem. Zazwyczaj wstajemy o 6, bo Mała to egzemplarz z wbudowanym budzikiem, fabrycznie ustawionym na „bardzo wcześnie rano”. A ja kocham spać. Mysza też pewnie wolałaby spać jak najdłużej, ale dzielnie wstaje do przedszkola. Przedszkole również kocham. Nam się trafiło takie najlepsze na świecie, będziemy je i panie, które tam pracują, z czułością wspominać chyba do końca życia. I nie ma co ukrywać, takie przedszkole jest po prostu przydatne. Uwielbiam spędzać czas z moimi dziećmi, ale lubię też mieć szansę za nimi zatęsknić. Podejrzewam, że wielu rodziców rozumie co mam na myśli. Kiedy Mysza jest w przedszkolu, my z Małą bawimy się, gotujemy, nie sprzątamy, bo to nie ma sensu. Po południu idziemy odebrać starszą córkę z przedszkola i tak nam mija czas. Ciężko tak opowiadać o swoim dniu, kiedy nie dzieje się w nim nic ekscytującego. Znaczy, to nie jest tak, że tylko turlamy się przez nudę, ale nie ma tu żadnych fajerwerków. Są cudowne momenty, rozmowy po drodze do domu, śmieszne sytuacje, ale to takie życiowe życie, nie ma tu nic co mogłoby sprawić, że ktoś pomyśli „ach więc to tak żyją mamy-rysowniczki. Fascynujące.”.

Jak wyglądała praca nad książką? Tutaj chodzi mi o technikalia. Jak długo nad nią pracowałaś? Dotrzymałaś deadline’u? Ile dziennie udało Ci się napisać/ narysować?

Przede wszystkim nie zaczynałam od zera. Dzięki temu, że fanpage z komiksami prowadziłam niemalże od urodzenia Myszy, to miałam już sporo przemyśleń zachowanych w rysunkach i postach. Przy pisaniu książki wystarczyło je rozwinąć. Zaczęłam od stworzenia listy rozdziałów i raz w tygodniu przesyłałam do wydawnictwa wszystko co udało mi się zrobić. Miałam określoną liczbę rozdziałów do zrobienia w danym tygodniu i co niedzielę wysyłałam paczkę tekstów i grafik. Dzieliłam sobie pracę tak żeby zawsze mieć napisany tekst i dopiero do niego tworzyć ilustracje. Zazwyczaj zaczynałam pisać część rozdziału w ciągu jednego dnia i kończyłam go w następnego. Wieczorem robiłam lub planowałam do niego rysunki. W dużej mierze taki tryb spowodowany był tym, że do rysowania mogłam oglądać filmy i seriale, a do pisania nie. Więc żeby mieć chociaż namiastkę wieczornego odpoczynku na kanapie, musiałam się pilnować żeby zawsze mieć jakiś tekst do zilustrowania. Taka dodatkowa motywacja. To czego nie udało mi się napisać i narysować w tygodniu nadrabiałam w weekendy. Deadline’u udało mi się dotrzymać i jestem z tego bardzo dumna.

Wiem, że mówisz, że Twoja książka to nie poradnik, no aleeee, poradź od serca, proszę, co zrobić w sytuacji, gdy:

– obca kobieta zaczepia na ulicy mówiąc, że czemu nie ma czapeczki

– ciotka na imieninach krzywi się, że jeszcze karmisz piersią i twierdzi, że będziesz karmić do osiemnastki

– wujek mówi na wigilii: nie noś jej na rękach, bo się nie nauczy chodzić

Uciekać. To moja odpowiedź na wszystkie niekomfortowe sytuacje międzyludzkie. Nie jestem typem dyskutantki, więc jeśli ktoś mnie zaczepia, chowam się w sobie jak żółw i czekam aż „zagrożenie” przeminie. Może nie uciekam tak dosłownie, ale zawsze zakładam uprzejmy uśmiech i staram się jak najszybciej wymiksować z takiej sytuacji. Z obcymi ludźmi jest łatwiej, można uśmiechnąć się, powiedzieć coś na odczepne i odejść. Takie ciotki-dobre-rady nie robią tego żeby pomóc, ani wysłuchać naszych argumentów tylko przedstawić swoje. Z rodziną nie jest już tak prosto, bo tu raczej nie ma opcji taktycznego odwrotu. Tu i z ciotką i z wujkiem można przyjąć dwie strategie. Można próbować rozmawiać i tłumaczyć, przytoczyć stanowisko ekspertów w tych sprawach i jeśli to nie dociera, to olać. Albo olać od razu. Uśmiechnąć się, przytaknąć i dalej robić po swojemu. Na szczęście im więcej ktoś udziela niechcianych rad odnośnie dzieci, tym mniej skłonny jest sam się nimi zająć. Z dużym prawdopodobieństwem z tą częścią rodziny zobaczymy się znów za jakieś pół roku, jak nie rok. Więc po co się przejmować.

Poradź, jak przetrwać pandemiczny lockdown pracując z domu z dzieckiem/ dwójką dzieci?

Wystarczy szczerze porozmawiać z dziećmi. Wytłumaczyć im, że to dla wszystkich ciężki czas i rodzice muszą pracować w ciszy i spokoju. Nie no, żarty sobie robię. Nie mogę poradzić nic mądrego. Lockdown przerósł mnie totalnie. Jeszcze samo zamknięcie z dziećmi, choć trudne, było do zniesienia. Dorzucenie do tego pracującego męża wprowadzało wielkie komplikacje. Nasze dzieci, które już potrafią się same bawić dłuższa chwilę nagle całkowicie zatraciły tę umiejętność. Zawsze któraś z nich musiała iść sprawdzić co robi tata, co pisze, do kogo dzwoni. Nawet nie bardzo było jak się schować, bo zamknięte drzwi na pewno oznaczają, że dzieje się za nimi coś wyjątkowo ciekawego i trzeba sprawdzić co. U nas zadziałało to, że mąż zaczął jeździć do pracy, a ja pracować po nocy. A tak zupełnie na serio, na pewno warto pomyśleć o ustaleniu zasad, niekoniecznie z dziećmi, a między rodzicami. Ja jak tylko okazało się, że musimy wszyscy siedzieć w domu powiedziałam, że wprowadzamy zasadę nie czepiania się o pierdoły. Nie ma sensu do tak stresującej sytuacji dodawać jeszcze mikro kłótni o to, kto nie wsadził skarpet do pralki albo nakruszył na blaty. Ustaliliśmy też, że jeśli ktoś w danej chwili potrzebuje odpocząć, to staramy się, w miarę możliwości mu to umożliwić. To chyba najważniejsze, jak jesteśmy w takiej trudnej sytuacji, to dobrze się skupić na wspieraniu, a nie na walce ze sobą.

Jakie masz dalsze plany zawodowo-osobiste? Nad czym pracujesz? Dokąd się wybieracie, co planujecie?

Patrząc na sytuację w kraju i na świecie prawdopodobnie wybierzemy się z kanapy do kuchni i z powrotem. Zresztą nie jesteśmy wielkimi fanami podróży. Zawsze po każdym wyjeździe, nawet tym typowo odpoczynkowym, potrzebujemy co najmniej dwóch dni na regenerację i odpoczynek. O moje plany zawodowe trzeba by zapytać moje dzieci, czy pozwolą mi jeszcze coś napisać, czy już wyczerpałam limit. Niewykluczone, że następną książkę chciałyby napisać samodzielnie. Nadal chciałabym ilustrować i tworzyć komiksy. Myślałam trochę o napisaniu i zilustrowaniu czegoś swojego, ale tym razem bardziej dla dzieci. Na pewno jeśli wydawnictwo odezwie się z propozycją wydania drugiej części, to wezmę się za to bez namysłu. Praca nad tą książką była wyczerpująca, ale też dawała ogrom satysfakcji.

TUTAJ zamówisz książkę, szybko, zdążysz na święta!