Rozmowa: Wszystko może się wydarzyć, ale nie musi nic
Mija 18 lat od pierwszej rezydencji artystycznej w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. To jedyny tak prężnie działający program w Polsce i jeden z przodujących w Europie. Z możliwości pobytu w Zamku Ujazdowskim skorzystało już ponad 200 kuratorów, artystów, badaczy i projektantów. O tym, jak to jest prowadzić enklawę wolności artystycznej, gdzie rodzi się sztuka i dlaczego relacje są tak ważne, opowiadają twórczynie programu – Ika Sienkiewicz-Nowacka oraz kuratorki Marianna Dobkowska i Julia Harasimowicz.
Czeka was poważny jubileusz – program rezydencji będzie w tym roku obchodził swoje 18 urodziny.
Ika Sienkiewicz-Nowacka: Ha, nie uwierzysz, ale nawet o tym nie pomyślałam.
Ika Sienkiewicz-Nowacka
Jak to się wszystko zaczęło?
ISN: Zaczęło się ode mnie, a właściwie od Milady Ślizińskiej, u której pracowałam. W 1998 roku zostałam jej asystentką, a do moich zadań należało pomaganie artystom podczas ich pobytu w Warszawie, a przede wszystkim – wspieranie ich w sensie produkcyjnym. W skrócie – byłam odpowiedzialna za dostarczanie im materiałów czy inspiracji potrzebnych do stworzenia ich prac. Asystując im na co dzień, wciąż się od nich uczyłam. W związku z tym, że skończyłam studia o profilu antropologicznym, najistotniejsi byli dla mnie właśnie artyści i ich perspektywa. Wciąż szukałam odpowiedzi na proste pytanie: gdzie rodzi się sztuka. I spotkania z takimi legendami jak David Hammons [amerykański artysta konceptualny, szczególnie znany dzięki swoim pracom w przestrzeni Nowego Jorku i Los Angeles w latach 1970–1980 – przy. red.] czy Christian Boltanski [francuski rzeźbiarz, malarz i fotograf – przyp. red.] pozwoliły mi poznać ten proces. Doświadczenie pracy u Milady i możliwość bycia obserwatorem magicznego procesu kreacji głęboko zapadło mi w pamięć. A potem przyszedł czas na mój pierwszy wyjazd na rezydencję.
Miałaś wtedy dwadzieścia parę lat, a Polska wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. To musiało być mocne doświadczenie.
ISN: Tak, to był intensywny czas. Zostałam wysłana do akademii Schloss Solitude w Stuttgarcie. W tym czasie Polska i Badenia-Wirtembergia były w bliskich relacjach, dyrektorzy naszych instytucji dobrze się znali i wpadli na pomysł stworzenia u nas wystawy o stuttgarckich rezydencjach. Dostałam więc zadanie ściągnięcia prac wybranych artystów do Warszawy. Stuttgart kompletnie mnie zaskoczył – Solitude to wielki, wrzący tygiel kulturowy. Rezydenci przyjeżdżają tam z całego świata: Korei, Ukrainy, Rosji, Palestyny, Izraela. Przez trzy miesiące żyliśmy bardzo blisko – obserwowałam
współpracę artystów z różnych dziedzin, ich wzajemną fascynację. Nie było wykładów ani zajęć, ale wszyscy czuliśmy, że zdobywamy niepowtarzalne doświadczenie, dla wielu było to doświadczenie życia. Wtedy też postanowiłam, że aby opowiedzieć o Schloss Solitude, potrzebne jest coś znacznie większego niż wystawa. Chciałam oddać głos tej różnorodności. Wpadłam na pomysł zorganizowania festiwalu. Do Warszawy przyjechało wtedy około 20 osób – mieszkali tu, spotykali się ze sobą, wymieniali inspiracjami. To była taka prarezydencja.
W tamtym czasie w CSW mówiło się już o planach zapraszania artystów na podobnych zasadach co w Stuttgarcie.
ISN: Tak, ówczesny dyrektor Wojciech Krukowski marzył o tym, żeby u boku CSW powstało Międzynarodowe Centrum Artystyczne, natomiast chciał to osiągnąć nieco inaczej. Próbował zacząć od zdobycia grantów na stworzenie odpowiedniego miejsca, by móc zapraszać do niego artystów. Ale wtedy pojawiłam się ja. Przy wsparciu Jeana Baptiste’a-Joly’ego, ówczesnego dyrektora Schloss Solitude, zorganizowaliśmy pierwszy, bardzo kameralny program rezydencyjny. Na poddaszu Zamku zbudowaliśmy dwa studia. W tym samym czasie do mojego zespołu dołączyła Marianna i zaczęłyśmy budować ten program na poważnie.
Marianna Dobkowska
Byłyście pionierkami, wykuwałyście ten program same. Jakie uczucia wam towarzyszyły?
ISN: Niosła nas energia tworzenia czegoś nowego. Meble i wyposażenie organizowaliśmy na zasadzie barteru, a za wszystkim stało mnóstwo zaangażowania wolontariuszek i stażystek. Dodatkowo sprzyjało nam to, że na świecie rezydencje stawały się narzędziem dyplomacji kulturalnej i wspierania demokratyzacji biedniejszych, bardziej wykluczonych miejsc. Powoli wszystko zaczęło się rozwijać, a nasz program stawał się coraz bardziej popularny.
Marianna Dobkowska: Tak. Wszystkie od początku czułyśmy, że rezydencje są bardzo specyficznym medium. Było mnóstwo oczekiwań i mitów, z którymi same musiałyśmy się rozprawić. To był czas, w którym tworzyłyśmy nie tylko definicję rezydencji, ale też naszej w nich roli. Stawałyśmy się kuratorkami relacji.
Podczas kształtowania tych definicji mogłyście korzystać jedynie z przykładów ze świata – w Polsce nie było programów tego typu. Jak udało wam się wypracować własny model prowadzenia rezydencji?
ISN: Rzeczywiście, miałyśmy kilka przykładów – ja miałam okazję zbadać model ze Stuttgartu, a także brać udział w rezydencji w Bazylei. Ale tam artyści dostawali klucz do studia, fundusze na zrealizowanie projektu, i tyle. Od początku wiedziałam, że my będziemy robić to inaczej.
MD: Zawsze wiedziałyśmy, że takie elementy jak gościnność, zaufanie i otwartość są kluczowe, ale do pewnego momentu nie chciałyśmy tego przyznać. U mnie ten zwrot nastąpił na początku pracy nad projektem Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem. W 2013 roku opowiadałam w Dżakarcie o naszych rezydencjach i właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że to, co było dla mnie źródłem kompleksów, jest tak naprawdę powodem do dumy. Krytyka feministyczna pozwoliła mi zrozumieć, że troska i empatia to specyfika naszej pracy. Dziś wiem, że bycie kuratorką relacji jest wspaniałe!
ISN: To prawda. Długo nie byłyśmy w stanie przyznać, że to, co związane z opiekuńczością i otwartością na drugiego człowieka, jest tak samo ważne jak kompetencje kuratorki sztuki.
Julia Harasimowicz
Wstydziłyście się tego, bo opiekuńczość i empatia są kulturowo przypisywane głównie kobietom, a co za tym idzie – mniej cenione?
MD: Nie tylko. Status kuratorek rezydencji i sytuacji jest kłopotliwy także z punktu widzenia produktywności. Kuratorzy i kuratorki wystaw osiągają widoczny wynik, który mogą umieścić w portfolio. W naszym wypadku nie ma platformy autoprezentacji, a efekty naszej pracy są często efemeryczne. Dlatego warto sobie uświadomić, że o ile obiekty artystyczne są ważne, to w przypadku rezydencji kluczowy jest proces, w którym uczestniczymy, i to, że możemy go wspierać.
W rzeczywistości tabel, terminów, budżetów i jarzma efektywności wasz projekt wydaje się enklawą wolności. Zapytam wprost: jak wy to robicie, dziewczyny?
ISN: Bardzo dużo tej wolności zawdzięczamy finansowaniu miasta, które umożliwiło nam rozwijanie autorskiego programu o zasięgu globalnym. Dało nam mnóstwo wolności i zwyczajnie nam zaufało.
MD: Poza tym większości naszych projektów zwyczajnie nie da się wpisać w żadne tabelki, budżety, harmonogramy. Może najlepiej pokaże to przykład Christopha Draegera, urodzonego w 1967 roku, który miał wielkie marzenie, żeby przeżyć „lato miłości” i rewolucję końca lat 60. Ika spotkała go podczas festiwalu, gdzie prezentował inny projekt, ale jego postać tak ją zachwyciła, że postanowiłyśmy zaprosić go na rezydencję.
Jak wyglądało wasze lato miłości?
MD: W ciągu trzech miesięcy stworzyliśmy tymczasowy kolektyw rewolucyjny. Christoph odwiedził chyba każdy pchli targ w Warszawie, kupowaliśmy razem ubrania, płyty, bardzo dużo czytaliśmy, słuchaliśmy, inspirowaliśmy się nawzajem. W ramach tego projektu otworzyliśmy nawet prawdziwy psychodeliczny klub The Egg w podziemiach Zamku, zorganizowaliśmy festiwal muzyczny w parku przed Zamkiem, a nawet manifestację pokojową, którą sama rejestrowałam w Ratuszu. Nie obyło się bez przykrych doświadczeń – po pierwszej imprezie w naszym klubie wybuchł pożar. Spłonął wystrój, kolekcja płyt, sprzęt muzyczny. Dzień później nad wszystkimi krążyła frustracja, ale ponieważ był to akurat 15 sierpnia – dzień oficjalnej parady wojskowej nieopodal Zamku, spontanicznie wyszliśmy na ulicę całą grupą. Christoph z gitarą, my w hipisowskich strojach i makijażu, z pacyfistycznymi banerami, śpiewając Give Peace a Chance, stworzyliśmy własny pochód i manifestację pokojową. Wszystko działo się na żywo i bez scenariusza. Prawdziwa rewolucja!
Mimo wszystko reprezentujecie publiczną instytucję, musicie czasem wpisać się w system grantów i dotacji. Czym zapracowałyście sobie na taką wolność, jaką macie dzisiaj?
MD: Myślę, że nasz główny fundator przez te lata doskonale zrozumiał, czym są rezydencje. Że dobre relacje i wzajemna nieformalna edukacja to podstawa tej działalności. Na szczęście nikt nas nie prosi o listę nawiązanych przyjaźni, ale gdyby coś miało być miernikiem naszej pracy, to właśnie one. Szczególnie cieszymy się z tych kontaktów, które nasi rezydenci zdobyli poza Zamkiem. Dzięki temu sieć relacji puchnie i gęstnieje.
ISN: Miasto, które inwestuje w nasze rezydencje, potem korzysta z ich efektów. Bo za powroty tych artystów do Warszawy i kolejne współprace już nie płaci.
Jaką różnicę w rezydencjach zauważyłyście w ciągu tych kilkunastu lat?
MD: Po pierwsze, sam autorytet naszej instytucji, który wzrastał równolegle z naszym programem, ułatwia ich prowadzenie – zapraszanie artystów, ubieganie się o fundusze, zapewnianie materiałów. Po drugie, całe know-how, które zdobyłyśmy przez te lata, sprawia, że organizowanie czasu naszym rezydentom przychodzi nam z większą łatwością. Po trzecie, osiągnęłyśmy pewną harmonię między wsparciem i opieką a wolnością niezbędną do procesu twórczego. Wiemy, że równie ważne jak pośredniczenie w kontaktach z lokalną społecznością czy dostarczanie materiałów do konkretnych instalacji, są takie elementy jak sympatia, troska i empatia. Dajemy naszym rezydentom czas na rozpoznanie terenu, chcemy, by najpierw sami się zorientowali, co się tutaj dzieje, a dopiero później zaczęli współpracować z nami. To się sprawdza zwłaszcza podczas rezydencji badawczych, których mamy ostatnio coraz więcej.
ISN: Rzeczywiście, w dużej mierze chodzi o zmianę w nas. Gdy miałyśmy dwadzieścia dwa lata, byłyśmy na zupełnie innym etapie życia, łatwiej nam było nosić te kołderki pomiędzy domem a studiami rezydentów, a potem przesiadywać u nich godzinami i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Dzisiaj nie jesteśmy już nadopiekuńcze.
Julia Harasimowicz: Dołączyłam do dziewczyn w październiku i dopiero od dwóch dni mam pod opieką pierwszego rezydenta. Ten model pracy jest dla mnie nowy, ale swoją rolę widzę jasno od samego początku. W badaniach antropologicznych istnieje kategoria odźwiernego, czyli osoby, która pośredniczy w kontaktach między badaczem a osobami, które chce badać. Dzięki autorytetowi dużej instytucji, którą mam na wizytówce, łatwiej mi załatwić pewne rzeczy, nawiązać kontakty ze specjalistami i specjalistkami różnych dziedzin i tym samym pomóc rezydentom w ich działaniach.
MD: Muszę zaznaczyć, że ta zmiana zaszła nie tylko w nas samych. Zmieniło się też CSW, zmieniła się sama Warszawa. Dziś jesteśmy „bliżej świata”. Ludzie znają polską sztukę, spotkali w życiu przynajmniej jednego Polaka. Bywa i tak, że artyści, którzy wysyłają do nas swoje aplikacje, robią to ze względu na znajomych, których mają w Polsce.
Troska i empatia to podstawy gościnności. Wygląda na to, że jesteście w tym specjalistkami. Zorganizowałyście nawet seminarium na ten temat. Skąd ten pomysł?
ISN: To były początki kryzysu uchodźczego, gościnność zamieniła się wtedy w temat polityczny. Byłam akurat w Madrycie na spotkaniu przedstawicieli różnych ośrodków rezydencyjnych i zostałam poproszona, żeby napisać coś na temat troski i opiekuńczości wobec rezydentów właśnie. Zbiegło się to w czasie z projektem europejskim, w którym chciałyśmy wziąć udział, a w którym wątek gościnności wobec obcego był bardzo silny.
MD: Mowa o Politics of Food organizowanym przez brytyjską fundację Delfina. Program dotyczył gościnności rozumianej wprost – jedzenia, gotowania, goszczenia. To wszystko sprawiło, że postanowiłyśmy zebrać nasze projekty dotyczące gościnności i opowiedzieć o nich szerzej.
Które z nich najbardziej zapadły wam w pamięć?
MD: Chyba te znacznie wykraczające poza sztukę rozumianą bardzo tradycyjnie. Naszą rezydentką była między innymi Juliette Delventhal, która wprowadziła nas w arkana gościnności przy stole. Juliette to szefowa kuchni z San Francisco, która, choć nie jest „gotującą artystką”, ze wspólnego przygotowywania i spożywania posiłków uczyniła sztukę. To z jej inicjatywy w 2012 roku powstał tutaj piec, przy którym nadal organizujemy kolacje.
ISN: Takich projektów było oczywiście więcej. Podczas rewitalizacji budynku wyrzucono stąd przepiękne kasetonowe okna. Jedna z naszych rezydentek postanowiła wykorzystać je do budowy szklarni. W rezultacie powstało ich pięć, a w środku zasadziliśmy chwasty porastające teren za Laboratorium.
MD: Przełomowe były także pomysły włoskiego duetu Brave New Alps. W ramach projektu My Castle is Your Castle ze swojego studia wydzielili jeszcze jedno, mniejsze, i postanowili podzielić się tą przestrzenią oraz stypendium z innymi artystami.
Polityczny potencjał jedzenia i roślin jest już dzisiaj dobrze rozpoznany. Wspomnieć można choćby prace Karoliny Grzywnowicz, którą także gościłyście. Czy widzicie pewien napływ tematów politycznych w aplikacjach rezydentów?
ISN: Artyści, którzy wprost deklarują swoje zaangażowanie polityczne, pojawiali się u nas w różnych momentach. Jedną z naszych pierwszych rezydentek była Christine Meisner [austriacka artystka, w 1996 roku ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Wiedniu – przyp. red.] znana ze swojej politycznej działalności i walki o prawa uchodźców z terenów Konga. Natomiast wydaje mi się, że dziś nawet jeśli projekty naszych rezydentów nie są polityczne, to zaczęły być tak odbierane. Nie uchylamy się od tematów trudnych.
MD: Pracujemy z artystami, którzy działają bardziej w dziedzinie relacyjnej, a nie rynkowej, co także sprzyja ich społecznemu zaangażowaniu. Nawet jeśli ich praktyka artystyczna nie jest per se zaangażowana, to oni, jako ludzie, często już tak.