Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Benjamin Franklin podobno powiedział kiedyś, że od czasu wynalezienia sztuki kulinarnej ludzie jedzą dwa razy więcej, niż wymaga tego od nich natura. Gdyby poznał mukbang, przewróciłby się w grobie.

Pierwsze wideo Chunky włączam sobie do obiadu. Początkowo nie robi na mnie wrażenia – obraz jest niezbyt dobrej jakości, a na ścianie za nią z niewiadomego powodu krzywo rozpięta jest srebrna folia, ale gdy widzę, jak krągła, mocno umalowana i wyraźnie zadowolona dziewczyna chwyta gigantyczny jak jej kolczyki krążek cebulowy i macza go w gęstym sosie, zamieram. Powoli wkłada krążek do ust i przegryza złotą skórkę, chrupie i mruczy. Przyznaję, mam słabość do panierki, może dlatego w jednej chwili zaczynam marzyć o talerzu takich przekąsek. Jak zahipnotyzowana oglądam dalej. Chunky z pełną buzią zaczyna opowiadać o rodzajach cebuli, jakie lubi najbardziej, i wgryza się w cheeseburgera z awokado. Bierze tak łapczywe kęsy, o jakich marzy każdy miłośnik jedzenia, wybierając czasami sałatkę zamiast tego, na co naprawdę ma ochotę. Dwadzieścia minut nagrania (i mojego życia) mija błyskawicznie. Chunky zjada swój zestaw, opowiada mi wszystko o swojej matce, popija jasne piwo z litrowej butli na zmianę z dzwoniącą od lodu colą. Zastanawiam się, co zjem na obiad, i szukam kolejnego filmu. Właśnie padłam ofiarą mukbangu.

Zjawisko to narodziło się w Korei w 2009 roku, a jego nazwa pochodzi od koreańskich słów moekneun – „jedzenie”, i bangsong – „broadcasting”. Wtedy właśnie na portalu lifestreamingowym Afreeca pierwsi vlogerzy zaczęli wciągać kluski i kim chi na oczach swoich wiernych fanów. Jednocześnie opowiadali im o swoim życiu i odpowiadali na pojawiające się komentarze. Widzowie robili się głodni i łapali za pałeczki, świat wirtualny i realny siadał do wspólnego stołu. Ale nie u wszystkich oglądanie czynności jedzenia budzi jedynie apetyt – niektórych zaczynają przyjemnie mrowić plecy i szyja. To łaskotki mózgu, zwane ASMR (skrót od autonomous sensory meridian response). Zjawisko to może zostać wywołane poprzez kombinację przynajmniej dwóch bodźców: wizualnych, słuchowych, dotykowych lub zapachowych. Na odpowiednio dobrane wyzwalacze nasz mózg reaguje stanem odprężenia i lekkiej euforii. Może to być skutek uboczny wizyty u fryzjera czy masażysty, ale niektórym wystarczy krótki film. W internecie można znaleźć wiele nagrań przedstawiających szemrzącą wodę, szepczące dziewczęta, głaskanie po policzku czy obcinanie włosów nożyczkami fryzjerskimi. Niektórzy fundują je sobie przed snem, bo ASMR, co sceptyczna wobec zjawiska nauka już udowodniła, obniża nieco ciśnienie krwi i wyraźnie relaksuje. Czego jeszcze nie udowodniła, to domniemane zdrowotne działanie metody. O ile delikatne chrupanie krążków cebulowych czy międlenie łyżką w czteroosobowej porcji spaghetti z serowym sosem faktycznie wywołuje lekką błogość i przyjemne mrowienie karku, to już głośne ciamkanie wielkich kęsów – bo mukbangerzy zawsze dużo pchają do buzi i nie stosują żadnej z zasad kulturalnego jedzenia, jakie wpajały nam mamy – ma niewiele wspólnego z relaksem, a więcej z nieco chorobliwą fascynacją samym jedzeniem.

Nie wszyscy jedzą tak skromne porcje jak Chunky. Kanadyjka Veronica Wang wyrzuca na blachę zawartość dwóch dużych opakowań frytek z fastfoodowej sieciówki. Dekoruje je plasterkami jaskrawożółtego sera topionego i wkłada do piekarnika. Bierze się za sos – rzeka keczupu wpada do morza majonezu, do smaku cukier i, o ironio, ocet jabłkowy, który, jak dziewczyna oznajmia widzom, jest przecież dużo zdrowszy niż zwykły ocet. Siada przed kamerą i wbija wątły plastikowy widelec w górę sera i ziemniaków. Pierwsze kęsy są dosyć apetyczne – kto nie ma czasem ochoty na wielki, niezdrowy, tłusty i rozkoszny posiłek? W połowie tej porcji Veronica jednak traci błysk w oku. Na końcu filmu zmęczona, ale pogodna, żegna się ze swoimi widzami: „Mam nadzieję, że wasz dzień jest wspaniały, że robicie wszystko, żeby być najlepszą wersją siebie i że nie boicie się marzyć. Do następnego!”. Tak jak aktor teatralny kłania się swojej publiczności, ona wkłada maskę entuzjastycznej amerykańskiej dziewczyny i zaprasza na kolejny odcinek. Klikam więc dalej – tym razem Veronica gotuje makaron z pietyzmem godnym telewizyjnej gwiazdy kulinarnej. Po kilku minutach przygotowań stawia przed sobą dwa kilo spaghetti z sosem pomidorowym, ściera na to cegłę sera i cieszy się jak dziecko z wyzwania, które ją czeka. Wielka góra jedzenia paruje, a Veronica kręci na widelcu porcję wielkości obiadu przeciętnego Włocha i zjada za jednym zamachem. Po chwili talerz jest pusty. YouTube wyświetla mi kolejny jej film – tym razem dziewczyna siedzi w zaparkowanym samochodzie i zjada kolejno dwa duże burgery, paczkę ostrych frytek, krążków cebulowych i miseczkę poutine – to kanadyjskie danie z frytek, sosu pieczeniowego i sera. Pomiędzy kęsami opowiada o swoim dzieciństwie. Jak to się stało, że emocjonalną ucztę panny Wang obejrzano 846 tysięcy razy?

W 2015 roku firma mediowa Fine Brothers Enterteinment wrzuciła do sieci wideo, na którym amerykańskie gwiazdy oglądają i komentują azjatyckie mukbangi. Następnego dnia wskaźnik wyszukiwania tego hasła w przeglądarkach internetowych poszybował do góry, a chwilę później na YouTubie zaroiło się od… jedzenia. Amerykańskie gwiazdy social mediów wyczuły trend i pieniądz nosem, po czym zaczęły przejadać się dla dobra własnej kariery. Bohaterowie filmów najczęściej siedzą przed patelnią, garnkiem lub elektrycznym grillem, a czasem przy stole zastawionym jedzeniem. Przygotowują swoje kulinarne marzenia lub życzenia widzów, na ich oczach wykładając powierzchnię grilla całym opakowaniem boczku w plasterkach czy wsypując na patelnię kilogram tartego sera. Powoli mieszają kluski, z dziecinną nieporadnością dodają kolejne setki kalorii – rzadko kiedy gotują z wprawą – a potem jedzą prosto z blachy, garnka czy tacy. Inni testują menu fastfoodowych sieciówek, zamawiając wszystko jak leci. Za ten gastronomiczny striptiz dostają nawet 10 tysięcy dolarów miesięcznie, nie licząc płatnych kolaboracji z markami. Pod filmami komentarzy jest mniej więcej tyle, co kalorii w posiłku, czyli bardzo, bardzo dużo.

Na ich podstawie można zauważyć ciekawą zależność. Azjaci oglądają mukbangi raczej dla zabawy, dzieląc się z bohaterem wyrazami uwielbienia i podsuwając pomysły na kolejne odcinki. Reszta świata podchodzi do tego tematu zupełnie inaczej. Amerykanie i Europejczycy dużo łatwiej popadają w krytycyzm skupiony wokół tematu niezdrowego odżywiania, kwestionują estetykę wideo, a nawet czepiają się wyglądu. Bagaż kulturowy, który niesiemy na plecach, wydaje się wpływać nawet na tak drobne elementy codzienności jak stosunek do internetowych trendów. Większość mukbangerów ma prawidłową budowę ciała, do tego sporo trenuje, aby spalić zjedzone kalorie, jednak widzów najwyraźniej drażni tak jaskrawy przykład wyłamania się z reżimu dietetycznego, jaki z dużym prawdopodobieństwem sami starają się stosować. No właśnie, bo kto najczęściej ogląda mukbangi?

Są tacy, którzy twierdzą, że mukbang pełni funkcję towarzyską. Wiele osób żyje przecież samotnie, a w Korei Południowej jedna trzecia gospodarstw domowych jest jednoosobowa. Koreański portal chosun.com podaje statystyki, według których w 2035 roku co trzeci mężczyzna i co czwarta kobieta będą musieli zmierzyć się z perspektywą pozostania singlem już na zawsze. Jedzenie w towarzystwie komputera wydaje się więc logicznym erzacem kolacji z rodziną. A co z resztą świata, oszalałego na punkcie diet, czytania składów i życia w rytmie slow?

Sporą grupę fanów mukbangu stanowią osoby borykające się z zaburzeniami odżywiania, do których należy także ortoreksja – chorobliwa dbałość o zdrową dietę – a krytycy zjawiska przyznają, że może ono potęgować zachowania bulimiczne lub zachęcać do objadania się. Druga strona medalu to pojęcie „mukbang diet” – dobrze jest obejrzeć, jak ktoś inny objada się przekąskami, od których sami staramy się stronić. W dobie zmieniających się codziennie rewelacji na temat tego, czym właściwie jest zdrowe odżywianie, oraz nagonki na gluten, cukier, tłuszcz, sól, nabiał i tak dalej widok osoby, która beztrosko łamie wszystkie reguły, jest niemal tak rozkoszny jak realna porcja frytek z majonezem. Na podobnej zasadzie działa wiele kanałów, takich jak Epic Meal Time, którego twórcy spełniają wszystkie ludzkie fantazje żywieniowe, tak silne w dobie nacisku na jedzenie wyłącznie brokułów. Filmy przedstawiające lazanie, której wartość energetyczna wynosi milion kalorii (4,1 miliona wyświetleń), czy bombę z Nutelli (2,3 miliona wyświetleń) wciągają i fascynują, pobudzają apetyt i jednocześnie go zaspokajają. Stąd tylko krok do filmów o jedzeniu ruszającym się w ustach lub balansującym na granicy jadalności. Co było pierwsze: szalone fascynacje czy ich realizacje? A może miłość do jedzenia? Ciężko powiedzieć i równie ciężko jednoznacznie stwierdzić, na czym polega sukces mukbangu. Gastronomiczny voyeuryzm to przecież, obok uzależnienia od smartfonów i samotności w gąszczu mediów społecznościowych, jedno z wielu przedziwnych zjawisk charakterystycznych dla ery cyfrowej. Konsekwencje ma namacalne – światu rośnie brzuch, a co trzeci mieszkaniec Ziemi ma nadwagę, chociaż to przecież nie jedyny winny. Ja podczas pisania tego tekstu zjadłam o wiele więcej czekolady niż zwykle i ostatkiem sił powstrzymałam się od kilku obiadów w fast foodach. Jedno jest pewne – już nigdy nie będę jeść samotnie.