„Korzystaj z życia tak mocno, jak się da”
Spotkałem kiedyś w Tel Awiwie pewnego człowieka, któremu zostało kilka tygodni życia. „Jestem spełniony, bo żyłem tak, jak chciałem. Po swojemu” – powiedział, kiedy się żegnaliśmy. Na koniec kilka razy powtórzył mi swoją mantrę – nie bój się korzystać z życia, inaczej życie wykorzysta ciebie. Wziąłem jego słowa do serca. Dziś mam prawie tyle samo lat co on, a wciąż tryskam energią. Przepis na udane życie? Bardzo prosty. Choć moja historia to gotowy scenariusz na film.
– Kiedy poznałem tamtego mężczyznę, miałem jakieś dwadzieścia lat – mówi mi Gil Shkedi, właściciel Shkedi’s Camplodge, praktyk mindfullnessu, zapalony podróżnik. Spotykamy się w dużej otwartej kuchni w samym sercu kempingu. W tle leci Kiasmos, słychać rozmowy. Wokół cały czas kręcą się ludzie. Joginki z Polski kroją warzywa, Włoch przyszedł z butelką wina, Izraelczycy zasiadają do kolacji. Gil z każdym wymienia słowo, uśmiech, uścisk dłoni. To wulkan energii, ciągle roześmiany, buzia mu się nie zamyka. Kiedy zaczyna karmić pięć dorodnych kotów, pytam go, skąd się tu wzięły.
– Same do mnie przyszły – mówi, sprawdzając, czy wszystkie zjadły po równo. – Jak większość rzeczy, które widzisz dookoła.
Przewrotnie pytam go, czy ja też mogę mieć, co chcę. To dobry moment na filiżankę czarnej kawy, więc siadamy w ogrodzie.
Zmiany, zmiany
Gil pochodzi z Tel Awiwu. Po odbyciu obowiązkowej w Izraelu służby wojskowej zaczął pracować w reklamie. Okazało się, że jest w tym bardzo dobry.
– Przyszłość rysowała się jasno. Mieszkałem w stolicy, firma prosperowała. A jednak tamta rozmowa była niczym punkt zwrotny. Po raz pierwszy zadałem sobie wtedy pytanie, czy jestem szczęśliwy. Wróciłem do mieszkania i rozejrzałem się wokół. Miałem wszystko. A jednak wciąż czułem pustkę.
Niedługo później znajomy, z którym służył w wojsku, zaproponował mu wyjazd na pustynię. Planowali krótką wycieczkę, raptem kilka dni pieszej wędrówki po górach. Okazało się, że tamtejszy klimat działa terapeutycznie, kojąco.
– Dostałem propozycję zostania przewodnikiem zagranicznych wycieczek. Pojawiło się sporo angielskojęzycznych grup. Potrzebowali tłumacza. Zgodziłem się bez wahania.
Dwa tygodnie przeciągnęły się do dwóch miesięcy.
– Wróciłem do Tel Awiwu i powiedziałem mojemu wspólnikowi: „Zatrzymaj firmę, ja biorę tylko motor”. Spakowałem się i wróciłem na pustynię. Wiedziałem, że nie mogę tak po prostu rzucić wszystkiego i zostać pustelnikiem. Czekało mnie spore wyzwanie. Musiałem wymyślić całkiem nowy plan na życie. Jedyne, czego byłem pewny, to tego, że chcę żyć po swojemu. Na własnych zasadach, blisko natury.
Rycerz na białym koniu
– Czy wierzę w przypadki? – Gil przeczesuje ręką gęste kręcone włosy. – Nie wiem. Może to, co jedni ludzie nazywają przypadkiem, inni określą zrządzeniem losu, znakiem, wiarą, przeznaczeniem? Albo energią, która kumuluje się w nas, kształtuje wszechświat? Cokolwiek to było, sprawiło, że już pierwszego dnia po przeprowadzce tu, do Ne’ot HaKikkar, małego moszawu nad Morzem Martwym, poznałem miłość swojego życia. Lilah od razu zwróciła moją uwagę. „Inspirująca, ciekawa kobieta” – pomyślałem. „Coś mogłoby się między nami wydarzyć”.
Jednak kilka dni później Lilah wyjechała do Amazonii. Musiały minąć aż cztery lata, zanim udało im się ponownie spotkać. W tym czasie Gil urządzał się na pustyni, a ona zwiedzała świat. Oboje próbowali nowych rzeczy, zbierali doświadczenia.
– W końcu nasze drogi ponownie się zeszły. Tym razem na dobre. Dziś ta kobieta to moja żona, matka moich dzieci. I dalej mnie fascynuje – zaczęła studiować tematykę gender, regularnie jeździ do Tel Awiwu trenować taniec.
Choć Gil nie jest wierzący, ma sporo mistycznych historii do opowiedzenia. Nie tylko tych związanych z pustynią, choć ich jest najwięcej.
– Ludzie twierdzą, że tutejsze tereny są wyjątkowe. Morze Martwe, którego lustro wody znajduje się w najniżej położonym punkcie Ziemi i ciągle się obniża, działa jak soczewka. Widać je aż z kosmosu – tłumaczy, rysując na piasku mapę Izraela. Sprawdzam w internecie. Faktycznie. Jarzy się seledynowym światłem. Na zdjęciach satelitarnych wygląda jak mały podłużny szmaragd wciśnięty w zakamarki szyi, otulony fałdami biszkoptowej skóry.
Słyszę, że to bardzo energetyczne miejsce. Dlatego ponoć dostrzega się tu więcej, czuje inaczej, doświadcza intensywniej.
– Pewnego razu wracałem po pracy do domu. Jechałem jakieś 40 kilometrów na godzinę po wyboistej glinie w zupełnej ciemności. Środek nocy, dookoła pustka. Monotonna czerń, przecięta tylko ostrym światłem reflektorów. Wszechogarniający mrok i… obezwładniająca senność. Zatrzymałem auto, postanowiłem się przespać. „W końcu jestem pośrodku niczego, poza utartymi szlakami, zupełnie sam pod gołym niebem, obojętne więc, gdzie stanę” – pomyślałem. Zbudziłem się o świcie. Na masce leżały jakieś śmieci. Podszedłem do wozu i zobaczyłem, że to gotowe śniadanie. Serwetki, chleb, daktyle, świeże owoce, sok. Na dołączonej kartce napis: „Dla mężczyzny na białym koniu – smacznego”. Wspiąłem się na dach mojego białego jeepa i rozejrzałem się po okolicy. Byłem pewny, że ktoś zrobił mi kawał. Wyobrażałem sobie, jak schowana za skałą ekipa ukrytej kamery pęka ze śmiechu. Ale wokół nie było absolutnie nikogo. Tylko ja – zupełnie sam pośród piasku i tężejącej w upale ciszy.
Kwiaty na pustyni
Żona Gila mawia, że energia pustyni Negew jest tak potężna, że aż obezwładniająca. Trzeba uważać. Sposób, w jaki oddziałuje na ludzi, trudno porównać do czegokolwiek. Bywa, że osoby, które idą na pustynię medytować, wracają w popłochu. Nie wytrzymują. Majestatyczne góry poprzecinane są wąwozami, które podczas ulewnych burz zamieniają się w rwące rzeki. W ciągu dnia powietrze delikatnie drga, faluje. Ciszę przerywa tylko brzęczenie owadów. Nocą bywa nieprzeniknione, gęste jak krew. Chcę poczuć to na własnej skórze.
Umawiamy się z Lilah na poranny spacer po górach. Godzinna wędrówka ma się zakończyć sesją jogi z Gerardem i Gosią, nauczycielami z Katowic, którzy są w Shkedi’s częstymi gośćmi. Słońce dopiero wschodzi. Okazuje się, że przodkowie Lilah pochodzą między innymi z Polski i ze Słowacji. Narzucam na głowę kaptur, bo jest jeszcze dość chłodno. Rozmawiamy o tym, że przeszłość tego regionu jest kulturowo i religijnie tak nasycona, że sama świadomość bogactwa warstw historii onieśmiela.
Lilah i Gil często odwiedzają pustynię samotnie, ale lubią też wspólne wędrówki. Mówią, że relację trzeba pielęgnować tak, jak pielęgnuje się wrażliwe kwiaty. Dokarmiać. Podlewać. Poświęcać im uwagę. Kiedy zostajemy sam na sam, Gil dodaje:
– Kiedy idziesz równym tempem, krok za krokiem, wpadasz w stały rytm. Łatwo popaść w rutynę. Tak jak i w życiu. Lilah wytrąca mnie z tej marszruty. Uśmiecha się i mówi: „Stop. Zatrzymaj się. Rozejrzyj się dokoła. Poczuj to, co tu i teraz”.
Pustynia to inny wymiar. Jeśli jednak otworzysz się na nią, wniknie ci głęboko pod skórę.
Drogocenne śmieci
„Ciekawe rzeczy dzieją się, gdy się ich nie spodziewasz, ale jeszcze ciekawsze – kiedy próbujesz realizować własny plan” – tak mogłoby brzmieć hasło reklamowe fundacji pomagającej spełniać marzenia, gdyby Gil kiedykolwiek zdecydował się ją założyć.
– Tam, gdzie inni widzą śmieci, ja dostrzegam możliwości – mówi Gil, kiedy idziemy obejrzeć neonowy autobus przerobiony na dom dla gości na tyłach kempingu. – Na początku, zaraz po tym, jak przeniosłem się na pustynię, natknąłem się na opuszczone wagony. Okazało się, że właściciel chętnie mi je odda, pod warunkiem że sam je wyczyszczę. Pozbyłem się śmieci, zrobiłem remont. To był ciekawy projekt. Mówili o nim w mediach. Mój obecny kamping, Shkedi’s, też właściwie zbudowałem od zera – można wręcz powiedzieć, że z niczego. Ciężka praca, ale kocham wyzwania. Przyjeżdżają do nas ludzie z całego świata, bo czują się tu jak u siebie. Czerpię dobrą energię z tych spotkań. Ostatnio odwiedziła nas para, która postanowiła przejść pieszo z Paryża do Jerozolimy zainspirowana książką o pieszej pielgrzymce. Postanowili odtworzyć opisaną tam trasę. Zajęło im to osiem miesięcy. Chciałem podrzucić ich do najbliższej autostrady, ale odmówili. Chwycili plecaki i odmaszerowali.
Niektórzy z gości zostają na dłużej, a nawet na stałe, jak Jakob. Pochodzi z Berlina. Jest tu już kilka dobrych miesięcy. Wcześniej mieszkał w Tel Awiwie, uczył się tańca współczesnego u Ohada Naharina. W międzyczasie wyjechał do Nowej Zelandii, ale ostatecznie wrócił na pustynię. Przyjmuje gości, dogląda kempingu, karmi koty. Stał się częścią rodziny. Wszyscy mówią do niego Jake. Jeśli w tle leci techno, to na pewno on stoi za barem.
Wesoły migdał
Gil nie przestaje snuć planów. Jego kolejny projekt marzenie to hostel w odrestaurowanym samolocie.
– Znalazłem już nawet idealny egzemplarz, który czekał na zezłomowanie, bo wylatał rekord mil. Wynegocjowałem z przewoźnikiem dobre warunki i w zamian za promocję ich marki zaoferowali mi Boeinga 747. Chciałbym, aby stanął u podnóża twierdzy Masada.
Izraelskie realia to jednak często ściana biurokracji. Wcześniej Gil działał na przekór systemowi. Najpierw budował, potem zbierał pozwolenia. Ale przy tak dużym przedsięwzięciu to niemożliwe. Inwestycja warta kilka milionów szekli to projekt życia.
Bywa trudno, ale Gil nie lubi narzekać. Wybrał akceptację.
– Kto wie, może wcale nie będzie to Masada, tylko Kostaryka? Może nie samolot, a statek? Zobaczymy – śmieje się Gil. – Mam mnóstwo pomysłów. Wiesz, że moje imię i nazwisko można przetłumaczyć jako „wesoły migdał”? I jak tu nie być pozytywnie nastawionym do życia?
Z dżungli do kibucu
Czasem jednak sama akceptacja to za mało. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.
– Kiedy kilka lat temu podróżowałem po Wietnamie, przytrafiła mi się osobliwa historia. Po kilku dniach przebijania się motorem przez dzikie tereny, natknąłem się na grupę lokalnych rolników. Wśród nich była turystka z Madagaskaru.
Zaczęliśmy rozmawiać. Szybko dowiedziałem się, że ma męża i czworo dzieci, w tym dwoje adoptowanych. Kiedy usłyszała, że pochodzę z Izraela, aż podskoczyła: „Byłam na wakacjach w Izraelu w 1963. Poznałam tam chłopca. Do dziś jest miłością mojego życia”. Uśmiechnąłem się w duchu. „Co jeszcze pamiętasz?” – zacząłem niewinne śledztwo. „Oboje mieliśmy mniej więcej 21 lat, jego rodzice wyemigrowali z Tunezji. Na imię miał Amnom”. Moje szare komórki zaczęły intensywnie pracować. „Powiedz mi, gdzie wtedy mieszkaliście” – przeszedłem do ofensywy. „W kibucu, na pustyni Negew” – odparła. Tyle mi wystarczyło. „Wsiadaj na motor, jedziemy szukać wi-fi. Najbliższy bar jest 40 kilometrów stąd. Mam nadzieję, że będę mógł stamtąd zadzwonić do przyjaciela, który może nam pomóc. Znajdziemy twoją miłość” – rzuciłem, ruszając w stronę skutera. „Ale jak to? Tak po prostu? Teraz…?”. Francuzka była w głębokim szoku. „A co, masz coś lepszego do roboty? Na wakacjach w wietnamskiej dżungli, pośrodku pola ryżowego?!”
Znalazłem sieć, odpaliłem apkę. Przyjaciel wysłuchał mnie uważnie. „Poczekaj, oddzwonię” – rozłączył się, żeby wykonać kilka telefonów. W całym Izraelu mieszka niecałe 9 milionów ludzi, ale kibuców nie ma wcale tak dużo. Zwłaszcza tych na pustyni Negew. „Chyba znalazłem twojego chłopca” – powiedziałem z satysfakcją. Po chwili znałem już jego telefon i adres mailowy. Nastąpiła wymiana aktualnych zdjęć i pozdrowień. „Nie wierzę, że to naprawdę on” – usłyszałem na pożegnanie.
Minęło kilka tygodni, wróciłem do domu. Pewnego dnia dostałem wiadomość z podziękowaniami od francuskiej znajomej. Pisała, że wkrótce wybiera się w odwiedziny do Izraela. Historia doczekała się epilogu. Wierzę, że rzeczy i ludzie są w życiu po coś – znalazłem się w Azji w danym miejscu i czasie. Może właśnie po to, żeby tych dwoje się spotkało?
Puzzle zwane życiem
W Shkedi’s każdy przedmiot ma jakąś historię. Za barem piętrzą się zdjęcia, pocztówki, pamiątki przywiezione z zagranicy lub pozostawione przez gości.
– Lubię podróżować. Sam i z bliskimi. Dobrze jest mieć swoją przestrzeń. Móc zatęsknić, docenić – mówi Gil, częstując mnie świeżymi daktylami. – Wiele razy zwiedzałem Azję. Zakochałem się w Tajlandii. Często tam wracam. Znajomi pytają mnie, czemu się tak na co dzień męczę z własnym biznesem, urzędnikami, biurokracją. Mógłbym przecież na rajskiej wyspie pić drinki pod palmą… Ale ja kocham działać. Uwielbiam tworzyć, kreować, robić coś z niczego. Przez całe życie staram się przekuwać wyzwania w pasję. Chyba wychodzi mi to całkiem nieźle.
Pustynia to mój dom. Wciąż jednak od czasu do czasu powtarzam mojej żonie, że chciałbym w przyszłości wrócić do Tel Awiwu. Powód? Tamtejsze teatry, muzea, kultura i sztuka – pielęgnowanie w sobie ciekawości świata to jedyny znany mi sposób, żeby zachować młodość… A jest jeszcze przecież tyle do przeżycia.