Rozmowa: Okresowe rytuały
Tematem najnowszego numeru są rytuały. Z tej okazji postanowiłam sprawdzić, jakie rytuały na świecie związane są z okresem. Wszystkie, jakie znalazłam, są opresyjne, wykluczają kobiety z życia społecznego czy religijnego. Możemy się cieszyć, że żyjemy w takiej kulturze, która nie zakazuje kobiecie robienia czegoś tylko dlatego, że krwawi. Ale czy na pewno mamy tyle szczęścia? Czy same się nie ograniczamy? Wstydzimy się rozmawiać o okresie, ukrywamy, że go mamy, oburzamy się na pokazywanie krwi menstruacyjnej w przestrzeni publicznej, chociaż nie razi nas ta związana z przemocą czy chorobą.
O tym, dlaczego nie potrafimy swobodnie rozmawiać o okresie, zapytałam Kaję i Marka, założycieli marki Your KAYA, oferującej ekologiczne produkty do higieny intymnej dla kobiet, które o rzeczach naturalnych chcą i potrafią rozmawiać naturalnie.
Ewelina Klećkowska: Zacznijmy od początku. Jak się poznaliście i kiedy postanowiliście stworzyć markę z produktami do higieny intymnej dla kobiet?
Kaja Rybicka: Poznaliśmy się ponad dziesięć lat temu przez wspólnych znajomych, kiedy grupą przyjaciół pojechaliśmy na letni obóz. Jeden z naszych kolegów wziął wtedy ze sobą Marka i od tamtej pory jesteśmy nierozłączni.
Marek Gut: Nie jest to skorelowane w żaden sposób z powstaniem Your KAYA. Zupełnie szczerze przyznajemy, że wcześniej nie myśleliśmy o tym, by robić coś wspólnie. Wyszło to trochę przypadkowo i okazało się, że to jeden z najszczęśliwszych przypadków, jakie nam się przytrafiły. Na początku wizja zakładania wspólnej firmy była trochę abstrakcyjna, mimo że zawsze chciałem prowadzić własny biznes.
EK: Ale pewnie nie myślałeś o marce z ekologicznymi tamponami.
MG: Jako student nie miałem do końca sprecyzowanej wizji, tego, czym dokładnie chciałbym się w przyszłości zajmować. Na pomysł stworzenia marki z produktami do higieny intymnej dla kobiet wpadliśmy dość spontanicznie. Pierwszym bodźcem, który spowodował, że pomyśleliśmy o takich produktach i modelu biznesowym opartym na subskrypcji, był One Dollar Shave Club, czyli amerykańska firma, która wprowadziła subskrypcję na żyletki. Prezentowała bardzo ciekawe, pozbawione zbędnej otoczki podejście do komunikacji. Zaczęliśmy myśleć o tym, co jeszcze by się sprawdziło w takiej formie sprzedaży. I pierwszymi produktami, które przyszły nam na myśl, były właśnie produkty do higieny intymnej dla kobiet, których konsumpcja w naturalny sposób jest bardzo cykliczna.
EK: Jak przeszliście od pomysłu do realizacji?
MG: Najpierw pomysł odłożyliśmy na bok. Nie był to moment, w którym wykrzykujemy „eureka!”, od razu zakładamy firmę i rewolucjonizujemy rynek. Traktowaliśmy to po prostu jako ciekawy pomysł, nad którym warto się zastanowić. Zacząłem zgłębiać temat i moją uwagę zwróciły problemy z transparentnością składu tych produktów oraz ogólny brak świadomości, z czego są zrobione. Szybko pojawiły się takie hasła jak dioksyny, czyli związki, które wytwarzane są przy bieleniu chlorem, niebezpieczne pestycydy używane do konwencjonalnej uprawy bawełny, plastik i pochodne poliestru, z których robi się magiczne owijki mające ułatwiać aplikację tamponu – lista nie miała końca. Wtedy spytałem Kaję, czy wie, z czego są zrobione tampony. Nie wiedziała.
KR: Z perspektywy czasu wydaje mi się to zupełnie absurdalne, ale rzeczywiście tak było! I szybko się okazało, że nie byłam wyjątkiem. Niezależnie od wieku wszystkie moje znajome odpowiadały to samo: „Nie wiem… z bawełny?”. Spotykamy się z tą niewiedzą na co dzień. Mimo że tampony, podpaski i wkładki to produkty, które towarzyszą większości z nas przez prawie całe życie (zużywamy ich średnio 10 tysięcy sztuk w ciągu swojego życia), to niestety nie zdajemy sobie sprawy z tego, z czego są zrobione.
EK: W tym, że tampony są zrobione z bawełny, utwierdzają nas tym dodatkowo reklamy popularnych marek, a Europejska Agencja ds. Leków nie wymaga od producentów tamponów i innych artykułów higieny intymnej podawania składów ich produktów.
MG: Te produkty mają często etykietki cotton feel, ale gdybyśmy zajrzeli do składu, którego zresztą najczęściej nie ma na opakowaniu, to okazuje się, że tak naprawdę jest to sztuczny materiał lub celuloza, która jedynie w dotyku ma przypominać bawełnę.
Do problemu z transparentnością składu produktów doszły jeszcze inne elementy, które się nam nie podobały w tej branży, przede wszystkim cała komunikacja. Mówiąc wprost: wydawała nam się beznadziejna. Reklamy sugerują, że okres to wstydliwy temat i kobiety powinny się z nim ukrywać. Spoty, w których dziewczynki w szkole chowają podpaski do szafek, tak aby nikt ich nie zauważył, a ich koleżanki sugerują im, że tampony są lepsze, bo można je schować do kieszeni i nikt się nie dowie, że masz okres, od najmłodszych lat utrwalają nas w przekonaniu, że okres to temat tabu. Uważamy, że dobra reklama powinna edukować społeczeństwo, a nie promować krzywdzące stereotypy. Kolejnym problemem był dla nas infantylny branding – ptaszki, perełki, kwiatki… Czy to z tym ma nam się kojarzyć kobiecość?
EK: Kaja, nie miałaś żadnych wątpliwości, nazywając markę swoim imieniem?
KR: Na początku nie traktowałam tego zbyt poważnie. Tworząc bardzo wstępną wersję strony, musieliśmy podać nazwę – a ponieważ nic wyjątkowego nie przychodziło nam do głowy, to któreś z nas zażartowało, że może w takim razie po prostu Kaja? Tylko tak bardziej „światowo”, przez „y”. Później już w ogóle o tym nie myśleliśmy, a wszystko zaczęło się rozkręcać tak szybko, że nie mieliśmy ani chwili, by zastanowić się nad jakąś zmianą. I tak już zostało. Raczej nie mam z tym problemu, chociaż gdy jestem na jakimś spotkaniu, na którym ktoś pyta mnie o to, czym się zajmuję, to czasem sobie myślę, że Kaja, która ma markę Your KAYA, brzmi trochę próżnie. Mocno się jednak z nią utożsamiam, więc jest to już dla mnie w pewnym sensie naturalne.
EK: Jak na początku wyglądał wasz podział obowiązków w Your KAYA, a jak jest teraz?
MG: Żeby się podzielić obowiązkami, musieliśmy oprzeć się na swoich dobrych stronach. Kaja zawsze była świetna w komunikacji i chciała rozwijać się w tym właśnie kierunku, tworzyć strategię i myśleć o tym, jak marka będzie odbierana.
KR: To prawda. Mam zresztą wrażenie, że w Your KAYA widać moją osobowość. Sposób, w jaki komunikuję markę, jest bardzo podobny do tego, jak to robię prywatnie. Od początku budowałam bliską i ciepłą więź z naszymi klientkami, dbam o ich zadowolenie i jak najlepsze doświadczenia związane z zakupami u nas. Do tej pory jestem również odpowiedzialna za opowiadanie o naszych produktach oraz informowanie, co u nas nowego i ciekawego, i muszę przyznać, że przychodzi mi to bardzo naturalnie.
MG: Ja z kolei większość czasu spędzam na szeroko pojętej analizie – wszystkim tym, co związane z poprawą UX naszego sklepu, tak żeby nawigacja po nim była jak najprzyjemniejsza, z doborem odpowiednich kanałów dotarcia do nowych klientek, organizacją produkcji nowych produktów oraz strategią reklamy. Na samym początku, gdy jeszcze raczkowaliśmy, wszystkie obowiązki bardzo mocno się ze sobą łączyły i łapaliśmy się, czego tylko mogliśmy, ale wraz ze wzrostem skali ciężko jest zachować taki sposób działania. Obecnie zdecydowaną większość strategicznych decyzji nadal podejmujemy wspólnie, ale jesteśmy już na takim etapie, że mamy obowiązki, które są całkowicie od siebie niezależne. A od jakiegoś czasu dużo więcej zadań zaczęliśmy powierzać innym.
KR: Dlatego cały czas szukamy osób, które budowałyby markę razem z nami i przejęły część trwających projektów lub zaczęły rozwijać nowe, o których myślimy, a na które zwyczajnie nie starcza nam już czasu. Nasza lista „pomysłów do zrealizowania” jest naprawdę długa!
MG: Jeśli czyta to ktoś, kto szuka nowych wyzwań i chciałby razem z nami podziałać, to bardzo zapraszamy do kontaktu, napiszcie do nas!
EK: Wspomnieliście o projektach, którymi się zajmujecie obok produkcji i sprzedaży produktów do higieny intymnej. Jednym z nich jest blog, na którym poruszacie ważne tematy związane z edukacją seksualną, zdrowiem i prawami kobiet. Od początku zakładaliście, że będziecie się zajmować również edukowaniem i uświadamianiem kobiet?
MG: Tak, od samego początku chcieliśmy, żeby towarzyszyła nam misja i przekaz odpowiadający naszym wartościom, edukacja społeczeństwa i łamanie tematów tabu. To było, jest i będzie dla nas bardzo ważne – to część naszego DNA.
KR: Blog powstał równolegle z marką. Mamy ogromne szczęście, że trafiliśmy na świetne dziewczyny, które go z nami współtworzą. Gdy ponad rok temu ruszyliśmy z naszą kampanią #mensTRUEacja, zaczęliśmy w otwarty sposób pisać o endometriozie, o tym, dlaczego społeczeństwo boi się widoku krwi menstruacyjnej, czemu większość reklam tamponów i podpasek wygląda, jak wygląda. Artykuły wywołują kontrowersje, ale i pobudzają dyskusję, na której nam zależy. Im szersza dyskusja, tym więcej osób ją zobaczy i może dowie się czegoś nowego. Blog to platforma, która daje nam możliwość prowokowania tego typu burzliwych rozmów, dlatego też zamierzamy go rozwijać i trochę przebudować. Chcielibyśmy, aby w przyszłości mogły tam pisać wszystkie osoby, które chcą się wypowiedzieć, czyli nie tylko dziewczyny współpracujące z nami, ale też na przykład nasze klientki.
EK: Z jakim odbiorem bloga się spotykacie? Jest więcej pozytywnych czy negatywnych opinii?
MG: Media, szczególnie te społecznościowe, są stworzone w taki sposób, że dużo bardziej motywują do zostawienia negatywnego komentarza. Gdy przeglądasz jakiś portal społecznościowy i trafiasz na artykuł, który bardzo cię zainteresuje, to najczęściej po przeczytaniu go nie zostawisz komentarza „super tekst!” albo „fajnie się czytało”, a co najwyżej dasz like’a. Jeżeli z kolei trafisz na artykuł, zdjęcie, wideo, z którym się nie zgadzasz, to istnieje dużo większe prawdopodobieństwo, że podejdziesz do tego bardziej emocjonalnie i w ramach protestu napiszesz komentarz. W naszym wypadku jest różnie. Gdy pod postem pojawia się negatywny komentarz, często prowokuje on reakcję drugiej strony, która staje w obronie naszego sposobu myślenia i w ten sposób tworzy się (uważamy, że bardzo nam potrzebna) dyskusja. Świetnym tego przykładem była nasza kampania wideo #mensTRUEacja, która wywołała taką burzę komentarzy, że nie nadążaliśmy z ich czytaniem. Podobnie było z opublikowanym przez nas zdjęciem pączka z czerwoną marmoladą.
EK: Co było szokującego w pączku?
MG: Sam pączek, z którego wypływa marmolada, nie jest niczym kontrowersyjnym, ale treść odnosiła się do naszych produktów, więc wyobraźnia w tym przypadku zaszalała. W treści posta bezpośrednio nawiązaliśmy do tego, żeby zerknąć na zdjęcie pączka i zastanowić się, z czym się kojarzy, następnie opisaliśmy, czym się zajmujemy i powtórzyliśmy pytanie o skojarzenie. Zgodnie z naszymi przewidywaniami ludzie czasami reagowali agresywnie i w sekcji z komentarzami wylał się kubeł hejtu. Uważamy jednak, że dobrze się stało, bo dzięki temu wywiązała się kolejna debata i obie jej strony miały szansę swobodnie wymienić się swoimi argumentami. Spotykamy się często ze stwierdzeniem „menstruacja to żadne tabu, po co o tym rozmawiać?”. Sam fakt, że pączek z marmoladą budzi w nas tyle emocji, świadczy jednak o czymś innym.
Moglibyśmy, tak jak większość dużych koncernów, być neutralni i nie poruszać „niewygodnych” tematów, mając tym samym nadzieję, że taką nijaką komunikacją uda nam się przekonać do siebie wszystkich. W rzeczywistości próby przypodobania się wszystkim kończą się z reguły dotarciem do nikogo, dlatego stawiamy na szczerą komunikację, która oddaje to, kim jesteśmy.
Jakie treści wywołują najwięcej kontrowersji?
KR: Jeśli chodzi o materiały graficzne, to na pewno wszystkie posty stworzone w naszej minimalistycznej estetyce, które mają pokazywać na przykład krew menstruacyjną.
MG: Lub cokolwiek, co miałoby tę krew przypominać. Pojawia się też sporo komentarzy mówiących o tym, że to miła odmiana, bo w końcu ktoś pokazał coś, co nie jest niebieską cieczą. Również część feministycznych tematów spotyka się z dużym hejtem, i to bardzo często ze strony kobiet.
KR: Właściwie to tylko ze strony kobiet. Chyba nie mamy żadnych komentujących mężczyzn. Myślę, że trochę chłopaków nas obserwuje, ale po prostu nie zabierają głosu. Kobiety za to chętnie wszystko komentują (i to jest super!). Potrafią jednak odpisywać innym uczestniczkom dyskusji naprawdę straszne rzeczy. Tępimy takie zachowania, bo nie zgadzamy się na obrażanie kogokolwiek, niezależnie od tego, jak bardzo nasze zdania się różnią.
EK: Zastanawialiście się, dlaczego właściwie rozmawianie o menstruacji wśród kobiet wzbudza takie emocje, a łączenie jej z czerwoną cieczą jest tak bardzo krytykowane? Połowa populacji krwawi, a my nadal nie możemy się z tym oswoić.
MG: To nie tylko problem tematu menstruacji.
EK: Tak, to w zasadzie dotyczy wszystkich kwestii związanych z fizjologią kobiecego ciała, w tym także porodu i połogu.
KR: Nie jesteśmy nauczeni rozmawiać na te tematy w normalny sposób. Ciężko się rodzicom rozmawia z dziećmi o seksie i wszystkim, co się z tym wiąże. Dziewczynki, które są zaraz przed pierwszą menstruacją, często nie wiedzą, czym jest okres, więc gdy się pojawia, są zszokowane, bo rodzice ich na to nie przygotowali. Tak właśnie się uczymy, że o niektórych rzeczach nie możemy rozmawiać, choć każdy przez nie przechodzi. Ostatnio udostępniliśmy zdjęcie przedstawiające kobietę z urodzonym kilka godzin wcześniej niemowlakiem na rękach, ubraną w poporodowe majtki z siateczki. Uznaliśmy, że to zdjęcie jest piękne – w końcu pokazywało zupełnie naturalną kobietę z jej malutkim dzieckiem. Czyli coś, co każdej innej kobiecie, która się w takiej sytuacji znalazła, jest znane i nie powinno jej gorszyć. Mimo to post skomentowało wiele kobiet, które poród miały już za sobą, pisząc, że w życiu by się tak nie pokazały. Taka osoba przyznaje się przed sobą, że była w tej samej sytuacji, jednak świat ma się nie dowiedzieć, że to się wydarzyło, a przede wszystkim jak wyglądało.
MG: Nie chodzi jedynie o to, byśmy nauczyli się otwarcie rozmawiać. Już samo oswojenie się z pewnymi tematami niesie większą świadomość. Dla przykładu: istnieje powszechne przekonanie, że okres ma boleć. W ekstremalnych przypadkach u kobiet, które cierpią na endometriozę (1 na 10 kobiet na świecie), nie jest ona diagnozowana, między innymi dlatego, że kobiety przyjmują ból za normę. Powinno boleć i już, koniec i kropka. Nawet wśród niektórych lekarzy panuje takie przekonanie, dlatego też endometrioza bardzo rzadko jest diagnozowana. Wychodzimy z założenia, że dzięki otwarciu dyskusji na jakiś temat możemy pomóc osobom, które pewnych problemów zwyczajnie nie są świadome.
EK: Widzicie, żeby coś się ostatnio zmieniało w podejściu do tych tematów?
KR: Myślę, że tak. Dużo zaczęło się o tym mówić. Nadal nie tyle, ile się powinno, ale dzięki wielu wydanym ostatnio publikacjom coraz więcej osób się otwiera. W powszechnej opinii są to nadal kontrowersyjne tematy, ale docierają do większej liczby osób.
MG: Miejmy nadzieję, że niedługo przestaną być kontrowersyjne. Mamy przecież już oscarową produkcję o okresie (Okresowa rewolucja w reżyserii Rayki Zehtabchi i Melissy Berton). Mam wrażenie, że otwarte rozmawianie o cielesności i seksualności staje się coraz bardziej „modne”, i uważam, że to świetne zjawisko. Pewnie część osób dołącza do tego nurtu w sposób nieświadomy, właśnie pod wpływem mody, ale należy to potraktować jako pierwszy krok w dobrym kierunku i pamiętać, że im większa skala tego zjawiska, tym większy ma to wpływ na kreowanie opinii publicznej. Jeśli bycie cool oznacza jednocześnie bycie otwartym i tolerancyjnym człowiekiem, to mamy tu klasyczny scenariusz win–win.
EK: Czy znacie jakieś rytuały związane z menstruacją? Mam na myśli te pozytywne, bo negatywnych, wręcz drastycznych, w różnych kulturach jest bardzo wiele.
KR: Z pozytywnych znam jeden rytuał, który naprawdę mnie zachwycił. W Polsce jeszcze chyba go nie praktykujemy, ale mam nadzieję, że to się niedługo zmieni. W bardziej otwartych społeczeństwach z okazji nadejścia pierwszej miesiączki wyprawia się imprezy z prawdziwego zdarzenia. Jest wtedy tort, są balony, w gronie najbliższej rodziny i przyjaciół celebruje się ten szczególny etap w życiu dziewczynki. Szalenie mi się to podoba i jeśli kiedyś będziemy mieli córkę, to bardzo chciałabym właśnie tak z nią świętować. To świetny sposób na oswajanie okresu już od pierwszych chwil.
Nie wiem, czy znam drugi tak pozytywny przykład, ale właśnie pracujemy nad czymś, co ułatwi mamie lub starszej siostrze wprowadzenie córki czy siostry w tematy związane z pierwszą miesiączką i sprawi, że później będzie się o niej łatwiej rozmawiało.
EK: Opowiedzcie o tym projekcie.
KR: Pracujemy nad nim już od jakiegoś czasu – będzie to zestaw składający się przede wszystkim z książki pod tytułem Witaj w klubie i kilku naszych produktów, tak skomponowanych, by były idealnie dopasowane do potrzeb najmłodszych użytkowniczek.
MG: Oprócz samej wartości edukacyjnej zależy nam na tym, żeby książka była zachowana w takiej estetyce, której młoda kobieta nie będzie musiała się wstydzić. Znowu – żadnych ptaszków, kwiatków i ostrego różu. Wychodzimy z założenia, że to, co podoba się nam, (jeszcze przez chwilę) dwudziestoparolatkom, będzie się również podobało nastolatce.
KR: To, co powiem, będzie bardzo nieskromne, ale wydaje mi się, że pięknie nam to wyszło. Książka została napisana przez Paulinę Pomaskę, która jest z nami już od dawna i pisze w sposób absolutnie wyjątkowy i bardzo osobisty. W środku znalazły się jej historie, wspomnienia dotyczące pierwszej miesiączki i rozmów z mamą, na przykład o goleniu nóg czy kupowaniu podpasek – to naprawdę bezcenne! Książkę czyta się z niezwykłą łatwością dzięki licznym anegdotom przeplatającym się z solidną wiedzą. To wszystko ozdabiają piękne ilustracje wykonane przez Brand Care.
EK: Kaja, a czy w twoim domu otwarcie mówiło się o menstruacji?
KR: Tak – mam to szczęście, że moja mama jest otwartą osobą, która raczej się nie krępuje i od zawsze miałyśmy bardzo bliskie, przyjacielskie relacje. Chociaż oczywiście wiadomo, że w szkole wszystkie z okresem musiałyśmy się kryć… to było coś strasznego!
MG: No właśnie… Ja też chodziłem do szkoły i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zauważył, aby któraś z moich koleżanek z liceum czy gimnazjum miała okres…
KR: To pokazuje jedynie, że młode dziewczyny bardzo ukrywają się z miesiączką.
EK: Marku, a czy ty zawsze tak otwarcie rozmawiałeś na tematy, o których często nawet kobiety wstydzą się ze sobą rozmawiać?
MG: Myślę, że nie będzie to przesadą, jak powiem, że w moim życiu przed Your KAYA temat menstruacji pojawiał się bardzo rzadko. Jako dziecko nie byłem świadomy tego, że moja mama ma okres i kiedy go dostaje. Oczywiście później, gdy wkraczałem w dorosłość, stawałem się coraz bardziej świadomy, od początku otwarcie rozmawiałem też o tym z Kają, ale najszersza wiedza przyszła dopiero wraz z założeniem Your KAYA. To idealny dowód na to, że im częściej spotykamy się z tematem, który jest powszechnie traktowany jako tabu, tym łatwiej przychodzi nam później rozmawianie o nim.
KR: Teraz dla nas obojga takie rozmowy są zupełnie naturalne. Zresztą dla naszych najbliższych przyjaciół również – nie mieli innego wyboru. Nawet jeśli na początku temat menstruacji ich trochę krępował, to ze względu na to, jak ogromną częścią naszego życia jest Your KAYA, zwyczajnie musieli się z nim oswoić.
MG: Receptą na wstydliwe podejście do tematów związanych z menstruacją jest mówienie o niej w sposób bezpośredni, a nie szeptanie po kątach. Jesteśmy przekonani, że wszystkim wyjdzie to na dobre.
—
Rozmowa ukazała się w 21. nr magazynu Zwykłe Życie, RYTUAŁY