Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„Taśmy rodzinne” to debiutancka powieść Macieja Marcisza, która dopiero co ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B. Dzikie lata 90. raczkujący kapitalizm, młody artysta multimedialny z rosnącymi długami i jego rodzinna historia. Rozmawiamy jednak nie o samej treści książki (z nią zapoznajcie się sami, bo warto), ale o tym jak Maciej Marcisz pracuje na co dzień, w promocji książek, oraz jak pracował nad swoją pierwszą książką.

Zajmujesz się zawodowo promowaniem książek, od pewnego czasu jako szef działu promocji w wydawnictwie W.A.B. Jak na co dzień wygląda Twoja praca? Siedzisz w wydawnictwie od 9 do 17? Ile tytułów i ludzi masz pod swoimi skrzydłami? 

Żeby uściślić: nie tylko w W.A.B., ale w Grupie Wydawniczej Foksal, do której należą brandy W.A.B., Wilga, Buchmann, Uroboros, Foxgames i YA!, zatem trochę tego jest (śmiech) – jakieś 700 książek i gier, ale nie wszystkie promujemy. Kiedyś miałem taką rozmowę z przyjaciółką i zażartowaliśmy sobie, już nie pamiętam czy ona czy ja, że moja praca przypomina raczej pracę pastora, w tym sensie, że zawsze jesteś na służbie. Dzień zaczynam od sprawdzenia topek największych księgarń internetowych. Pracę zaczynam około dziewiątej, choć lubię te dni, kiedy udaje mi się przyjść na ósmą, biuro jest puste i ciche. Większość mojego czasu to spotkania z ludźmi – dużym zespołem (trzynaście osób), autorkami i autorami, ludźmi z innych działów, zarządem, redaktorami, partnerami i tak dalej.

Po drodze maile, wiadomości na mesendżerze, wiadomości na Instagramie, esemesy, maile, maile, maile. Kocham moją pracę, przynosi mi mnóstwo przyjemności i satysfakcji, i też to co chyba jest dla mnie najważniejsze, czyli poczucie sprawczości: wymyślam coś i praktycznie od razu mogę to realizować, bez czekania na akcept szef i klienta (przypomina mi się poprzednia praca w agencji). Lubię też to, że można się tylu rzeczy dowiedzieć w trakcie pracy, zawsze jest jakiś nowy kawałek świata, który się poznaje – z racji tego, że rynek książki jest w wiecznym poszukiwaniu i wynajduje nowe tematy do sprzedania. I tak nagle zagłębiasz się w temat obróbki drewna, bo wydajemy „Wióry lecą”, dostajesz wkręty na punkcie roślinek domowych bo ukazuje się „Projekt rośliny”, poznajesz Kasię Dowbor i bijesz się w głowę, że nie wiedziałeś do tej pory jaką spoko jest osobą, odkrywasz że rodzice małych dzieci potrzebują je zająć czymś w trakcie kąpieli i że istnieją książeczki kąpielowe dla bobasów (śmiech), czytasz książkę, po którą nigdy byś sam nie sięgnął – np. „Jedwabne szlaki”. Albo robisz coś takiego jak #SEXEDPL, pracujesz w namiocie na Pol’and’Rock i widzisz parę nastolatków, która właśnie przeżyła swój pierwszy raz i trzymając się za ręce, przychodzą po poradę. Zresztą, z #SEXEDPL związałem się na dłużej.

To, że trafiłem do GWF to dla mnie naprawdę duże szczęście, bo mogę tutaj robić też rzeczy poza swoimi „ustawowymi” obowiązkami. Na przykład inicjować książki – rok temu do księgarń trafiła antologia „Znowu pragnę ciemnej miłości” pod redakcją Asi Lech.

Jestem pracoholikiem, to na pewno jest niezdrowe, pewnie powinienem się leczyć, ale nie chcę. Mam zespół cudownych i kompetentnych, na maksa zaangażowanych ludzi. Każda i każdy mają jakiś super skill. Na wiadomości odpowiadam o każdej godzinie dnia i nocy – jakby co, nikt mnie do tego nie zmusza, ogólnie uważam że ludzie powinni wychodzić z pracy punktualnie i odpoczywać, o co też, mam nadzieję, dbam w przypadku mojego zespołu, sam się tylko nie stosuję. Jedyne czego nie lubię to spotkań autorskich, nudzą mnie i unikam ich.

Jedna z Twoich koleżanek po fachu napisała kiedyś na FB zachęcając do lektury książki, którą promowała zawodowo, ale też osobiście bardzo przypadła jej do gustu, że „nikt już nie wierzy promotorom książek”. Też masz takie wrażenie?

Nie wiem. Chyba nie, pewnie koleżanka mówiła o gronie krytyków i krytyczek literackich – oni powinni być nieufni promocji, na tym między innymi polega ich zadanie. Ale książki, gdzie zdanie krytyczek i krytyków ma znaczenie, to mały procent planu wydawniczego.

Potrafisz skutecznie wypromować tytuł, który nie przypadł Ci do gustu?

Jasne. Większość to książki, które nie są w moim guście i nie ma w tym nic złego. Nie przeczytałem do końca nigdy żadnego kryminału ani thrillera. W tej pracy w ogólnie nie chodzi o żaden gust, tylko o dotarcie do grupy docelowej. W biurze myślę o książkach jako o produktach, które są albo trafione, albo nie. Nie lubię niedobrych produktów. Tylko o to w tym chodzi.

Przyznaję, że byłam zaskoczona jak zobaczyłam okładkę książki „Taśmy rodzinne” z Twoim nazwiskiem w miejscu autora. Pomyślałam: Jak oni to sobie wyobrażają? Opowiedz, proszę, jak do tego doszło, że wydawnictwo, w którym pracujesz na co dzień, wyda Twoją książkę? Będziesz układał jej plan promocyjny? 

Skoro to robię, to liczę, że da się to jakoś pogodzić (śmiech). Trafienie na rynek wydawniczy raczej ostudziło moje pisarskie zapały. Pierwszą pracę zacząłem w bardzo niszowym wydawnictwie, takim wydającym literaturę z Angoli, albo Gruzji, te klimaty. Pierwsze miesiące, kiedy zobaczyłem kartony zwrotów, w których nasze książki były wypchane innymi, zmiażdżonymi książkami stanowiącymi zastępstwo folii bąbelkowej, to był mały wstrząs w głowie studenta marzyciela (śmiech). Wtedy zrozumiałem, że nie ma co myśleć o pisaniu jako pomyśle na życie, jestem na to zbyt pragmatyczny. Stwierdziłem, że jeśli coś napisze, to bez spinki, bo w większości wydanie książki nie zmienia życia ani nie doprowadza do regularnych zarobków pozwalających na przeżycie. Pisałem więc sobie spokojnie.

Kiedy miałem już większość, tekst pokazałem Marcinowi Mellerowi, dyrektorowi wydawniczemu u nas. Powiedział, że jeśli mu się nie spodoba, to bez żadnej obrazy, z tekstem mogę zrobić co chcę. Udało się. Ale wiedziałem też, że mam dosyć ograniczone pole możliwości. Wydanie książki pod pseudonimem to w praktyce jej zamordowanie na wstępie, bez bronienia tytułu swoją twarzą nie ma większej szansy na dotarcie do czytelniczek i czytelników. Inną opcją było wydanie jej gdzie indziej, co też mogło być problematyczne – i dla W.A.B., i dla tego, kto ewentualnie by się na to zdecydował. Fajnie, że skończyło się tak, jak się skończyło. Plan promocji układała Gosia, superspecjalistka z zespołu. Miałem na niego wpływ, tak jak każdy autor – różnica jest pewnie taka, że mam większą wiedzę na temat tego co może zadziałać, a co nie. Przy czym trzeba też przyznać, i pewnie dlatego ten rynek jest taki emocjonujący – że nigdy nie jesteś w stanie do końca przewidzieć ani sukcesu, ani porażki.

Jak pracowałeś nad „Taśmami”? Masz co robić w wydawnictwie. Długo pisałeś tę książkę? Kiedy? 

Tak, dosyć długo, poczekaj sprawdzę na Google Drive żeby odpowiedzieć dokładnie (śmiech). Okej, mam. Nad konspektem zacząłem pracować cztery lata temu, skończyłem go w rok. Później, pewnie jak każda i każdy, próbowałem różnych metod – wstawanie rano o 5 i pisanie przed pracą (porażka), wracanie z pracy, zimny prysznic i kawa (porażka), wyjeżdżanie w trakcie urlopu do jakiejś głuszy (porażka). Potrzebowałem systematyczności, ale też spokoju, więc pisałem po prostu w weekendy. Na czas pisania życie towarzyskie przesunąłem na dni robocze, w weekendy żadnych imprez, muzeów, zakupów i wyjazdów. Wstawałem w soboty i niedziele tak jak zwykle wstaję do pracy, czyli o szóstej lub siódmej i zaczynałem pisać, kończyłem około szesnastej, siedemnastej, potem odpoczynek. W sumie nic specjalnego.

Marcin Małys i Maciej Marcisz – rozumiem, że to zamierzone podobieństwo? 

Zamierzone podobieństwo i zamierzona różnica.

Świetnie udało Ci się przedstawić klimat dzikich polskich lat 90. – nic dziwnego – wychowałeś się w tych latach. Domyślam się jednak, że przygotowując się do pisania bazowałeś nie tylko na własnych i cudzych opowieściach, ale tez na filmach i lekturach. Zdradzisz na czym konkretnie?

Dzięki. Korzystałem z YouTube’a (śmiech). Nie no, żart, nie tylko. Ale tak właściwie to nie jestem fanem przeresearchowanych powieści nie chciałem by moja taka była. Zawsze wychodziłem od opowieści – głównie moich rodziców i dziadków, którzy byli ze mną w trakcie całego procesu powstania książki. Czyli szybki telefon do mamy: mamuś, jakie oglądałaś dobranocki? A później wieczór z dobranockami, by wczuć się w klimat. By napisać rozdziały o dzieciństwie Jana Małysa w latach 70-tych, czytałem dużo Alfreda Szklarskiego, którego uwielbiał mój tata. Oczywiście, byłem też po lekturze „Duchologii” Olgi Drendy, jasna sprawa. Jednak najwięcej oglądałem filmów, filmików, seriali i programów: przerażające „Matki, żony i kochanki”, „Randkę w ciemno”, teledyski Various Manx, „Nocne Graffiti”, reklamy. W ogóle zobaczcie jeśli dawno nie widzieliście „Straciłam swój rozsądek” Kasi Kowalskiej na YT. Tekst tej piosenki, obraz to lata 90-te w pigułce, wspaniałe, samotne, smutne i jeszcze raz smutne. Dużą pomocą była dla mnie cudowna i najwspanialsza Ela Kalinowska, redaktorka „Taśm”. Bez jej uwag typu „TAK SIĘ WTEDY NIE MÓWIŁO” albo „CZEGOŚ TAKIEGO NIE BYŁO” na pewno byłoby gorzej (śmiech). Podsumowując, bardziej wierzę w klimat niż w konkret.

Uważam, że to naprawdę dobry debiut. Gratuluję, przeczytałam jednym tchem! Czy czujesz się onieśmielony nową rolą na rynku książki?

Dzięki. Stresuję się. Niby takim jestem chojrakiem, a w roli autora przeżywam wszystko bardzo bardzo. Jednak nie zdawałem sobie sprawy, że wystawienie tego co robisz na widok, ocenę publiczności, to takie obciążenie psychiczne. W ogóle to chyba fajne doświadczenie, myślę, że pozwoli mi lepiej zrozumieć autorki i autorów, z którymi pracuję, poszerzyć pole empatii.

Będziesz pisał dalej?

Jasne, chciałbym, ale na tej samej zasadzie: powoli, bez spinki, wtedy kiedy mam czas. Pewnie jeśli odbiór będzie wystarczająco dobry, zachęci mnie to do zabrania się za to szybciej. A jeśli będzie niewystarczający, to następnym razem jak będę miał do wyboru w weekend pisać albo pojechać na rower, wybiorę rower.

To, że da się pogodzić etat z pisaniem po godzinach, wiemy z doświadczeń wielu osób piszących. Ale czy da się pogodzić pracę w branży wydawniczej na Twoim stanowisku z byciem pisarzem? Jak myślisz?

Chyba nie jestem jedyną osobą z branży wydawniczej, która wydała książkę. Role na tym rynku mieszają się non stop. Autorzy recenzują, krytycy przyjaźnią się z autorkami, promotorzy redagują, a redaktorzy wydają swoje książki. Ale gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości czy to możliwe – to jak właśnie widzisz, zamierzam to udowodnić.

Tu kupisz książkę