Zwykłe rzeczy, cuda wianki Moni Krajewskiej
„Porozmawiajmy o wnętrzu” – długofalowa akcja marki VOX mówi o tym, że we wnętrzach, znacznie bardziej niż dekoracyjne style, takie jak boho czy scandi, liczy się to, jak żyjemy i jak chcemy żyć. My pod tą ideą podpisujemy się obiema rękami, a dzięki wsparciu VOX, wznawiamy nasz lubiany i długo nie publikowany cykl „Zwykłe rzeczy, cuda, wianki”. Trzy bohaterki, które na codzień w różny sposób organizują sobie czas pracy i odpoczynku, a przez to i przestrzeni życiowej, opowiadają nam o swoich wnętrzach i ważnych dla nich przedmiotach, które tworzą ich klimat. W pierwszym odcinku przepytujemy Monię Krajewską, założycielkę ceramicznej marki Maison Fragile.
Malutkie mieszkanko na warszawskich Szczęśliwicach. Dziewczęca energia i mnóstwo pamiątek z podróży. Monika, która przeleciała świat wzdłuż i wszerz, pracując w liniach lotniczych, dziś z radością prowadzi osiadły tryb życia i zajmuje się rzemiosłem artystycznym. Jej marka Maison Fragile prężnie się rozwija, a flagowe podstawki-dłonie mają już niemałą rzeszę fanów wśród miłośników polskiego designu.
Tamborek z wyhaftowanym szkicem Egona Schiele dostałam na urodziny od mojej najlepszej przyjaciółki Eweliny, która prowadzi markę Lucky Shirt. Poza przyjaźnią łączy nas zamiłowanie do ręcznej roboty.
Początki Maison Fragile sięgają dawnych, nastoletnich czasów, kiedy w liceum rzeźbiłam. To jest jedna z moich pierwszych rzeźb i pierwsze próby pracy z gliną. Od tamtego czasu kilka razy upadła, straciła szyję, ale nie mam serca jej wyrzucić.
Maison Fragile właśnie się rozkręca. Czekam na mój pierwszy własny piec, co oznacza, że koniec z przepłacaniem za wynajem. Wciąż nie mam własnej pracowni, więc komoda VOX służy mi wspaniale jako magazyn dla najnowszych „wypieków”. Zobaczcie. Mam tego mnóstwo. Komoda łączy funkcjonalne przechowywanie z tym, że ładnie wygląda i idealnie wpasowuje się w moje dziewczęce wnętrze, a musicie przyznać, że te dwie cechy nieczęsto łączą się w jednym meblu.
Tę mapę kupiłam w Dubaju w czasie, gdy pracowałam jako stewardessa. Zaznaczyłam tylko niektóre, ulubione miejsca, w których byłam. Wyprawa, która najbardziej zapadła mi w pamięć to lot do Rio de Janeiro. Zasadą w moich liniach lotniczych było, że tę destynację otrzymują tylko doświadczeni pracownicy, którzy latali minimum trzy lata. Ja pracowałam wtedy dopiero trzy miesiące, więc szanse były praktycznie żadne. Raz w roku odbywa się okres nazywany „stand by”. Polega to na tym, że pracownicy linii przychodzą na lotnisko ze spakowanymi na wszystkie pory roku walizkami i czekają na zastępstwa. Mi udało się wskoczyć za chorą pracowniczkę na lot do Rio i Buenos Aires, a właśnie zaczynał się karnawał. Niezapomniana wycieczka: mnóstwo tańca, pysznego jedzenia i pozytywnej energii.
Tę statuetkę Buddy akurat nie ja przywiozłam z podróży. To prezent od siostry, która wróciła z Indonezji.
Książki układam kolorami. To dlatego, że mieszkanko jest małe i dzięki temu unikam poczucia chaosu i nieporządku. Moje ukochane tytuły do których często wracam kupuję na Bazarze Banacha na stoiskach z używanymi książkami. Uwielbiam w nich przebierać. Mam sporą kolekcję Faulknera i Hemingway’a. „Dzikie palmy” Faulknera to moja ulubiona książka. Ten egzemplarz kupiłam za 3 zł.