Cisza i spokój – rozmowa z Natalią Sosin-Krosnowską
Natalia Sosin-Krosnowska od paru lat prowadzi program „Daleko od miasta” (Domo+), na podstawie rozmów z ponad setką bohaterów programu napisała książkę. „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” to poradnik i przewodnik dla tych, którzy myślą o przeprowadzce na wieś, ale o wsi wiedzą niewiele. Autorka nie zachęca ani nie zniechęca – w krótkich reportażowych opowieściach rzeczowo przedstawia jak wygląda życie byłych mieszczuchów, którzy podjęli decyzję o wyprowadzce.
Agata Napiórska: Ciągle słyszy się historie jak to ktoś rzucił wszystko (za wszystko najczęściej rozumie się tutaj pracę w korporacji i miejskie rozrywki) i przeprowadził się na wieś, żeby żyć w ciszy i spokoju. Jak te Twoje tytułowe „Cisza i spokój” mają się do rzeczywistości? Dlaczego tyle osób chce rzucić miasto i zająć się trudną, często żmudną i wyczerpującą fizycznie pracą na wsi?
Natalia Sosin-Krosnowska: Powody są różne. Czasami są wypaleni zawodowo, nie widzą przyszłości dla siebie w tym miejscu, w którym są. Albo następuje jakiś zwrot w ich życiu, na przykład zwolnienie z pracy, które jest szokiem, momentem uświadomienia sobie jak bardzo to “wszystko”, rozumiane jako dobre zarobki, stanowisko, czy karierę, można stracić. Czasami powodem są dzieci – które są, małe, niewinne, ukochane, dla których chcielibyśmy życia w lepszym, mniej skażonym, bezpieczniejszym środowisku. Albo przeciwnie – na tyle duże, że można je zostawić w mieście i wyprowadzić się na wieś, by zacząć tam “drugie życie”. W niektórych ludziach jest potrzeba bycia w naturze, czują ten zew. Inni kochają grzebanie w ziemi, albo mają poczucie “nierealności” swojej pracy. Jeszcze inni chcieliby robić rzeczy, które można robić tylko daleko od miasta, albo chcieliby tworzyć coś, co można wziąć do ręki i powiedzieć – o, fajne. Tomek i Marta z Siedliska Pasieka, którzy po studiach zdecydowali, że wyjeżdżają do pracy w Szkocji i stamtąd wrócą już do swojego domu na wsi. Nie wyobrażali sobie zakładania rodziny i wychowywania dzieci w mieście. Igor, prezes spółki notowanej na giełdzie, nazywa proces przemiany „uniezależnianiem się od Matrixa”, czyli tego, co nas zniewala – systemu zakazów, nakazów, przymusowych ubezpieczeń, jedzenia tego, co serwują nam wielkie koncerny i brania leków, które produkują inne wielkie koncerny. Dla niego próba uniezależnienia się, jedzenia wyłącznie tego, co sam wyprodukował, była niezwykle pouczająca, choćby dlatego, że zrozumiał jak bardzo nie da się funkcjonować poza systemem. To znaczy, da się, ale dla jednej osoby to funkcjonowanie na granicy przeżycia. Z kolei Wojtek wyprowadzając się na wieś zrozumiał… że wcale nie chciał żyć na wsi. Był wypalony zawodowo, rozgoryczony rozwodem, ale na wsi nie znalazł spokoju, bo ten można znaleźć tylko w sobie. Zakładając, że wieś coś za nas „załatwi” popełnimy ogromny błąd. Tam nie ma odpowiedzi, prostych rozwiązań, a problemy jakie mamy przeprowadzą się razem z nami do nowej scenerii. I tak dalej, i tak dalej. Ile historii, tyle powodów.
AN: Jak dobierałaś rozmówców i historie? Wracałaś do osób, które poznałaś podczas kręcenia „Daleko od miasta” czy szukałaś nowych bohaterów?
NSK: Szukałam nowych bohaterów, choć w międzyczasie nakręciliśmy kolejny sezon programu i część się nakładała, ale były to osoby które “znalazłam” do książki i poleciłam do programu. Nie wyobrażam sobie “recyklingu” tego, co zrobiłam już w programie. Po pierwsze, byłoby to nieuczciwe, po drugie ja potrzebowałam dowiedzieć się zupełnie innych rzeczy. W “Daleko od miasta” skupiamy się na temacie domu – oprowadzanie, historia urządzania, to spora część programu. Ja podeszłam do sprawy bardziej reportażowo, chciałam trochę pogrzebać w tym, co trudniejsze i mniej ładne, trochę odczarować sielankę.
AN: Jak wyglądała praca nad samą książką, już taka fizyczna przy biurku? I jak udało Ci się w swoje liczne obowiązki wcisnąć jeszcze to? Narzuciłaś sobie jakiś regularny rytm pracy?
NSK: Przede wszystkim w pewnym momencie powiedziałam sobie, że nie da się tego napisać po godzinach, że albo wkładam w to całą energię i serce i robię to na 100% albo wcale, bo inaczej nie ma sensu. No i zwolniłam się z pracy w redakcji. Po etapie wywiadów i zbierania materiału musiałam narzucić sobie kierat: codziennie rano siadałam przy biurku i wstawałam o 16. Nie narzucałam sobie ile mam napisać, po prostu pisałam tyle, ile byłam w stanie. Jak miałam lepszy dzień i szło mi gładko, to pisałam większe bloki tekstu, jak miałam gorszy, to robiłam poprawki w tym, co już miałam, albo dodawałam jakieś mniej wymagające elementy. Udało się dzięki mojej mamie, która w tym czasie opiekowała się dzieckiem oraz producentom “Daleko od miasta”, Magdzie Kovcin i Maciejowi Ostoja-Chyżyńskiemu, którzy udostępnili mi biurko w firmie, dzięki czemu nie musiałam pisać z szalejącym trzylatkiem za drzwiami (choć i tak bywało). Natomiast na pytanie “jak to się udało”? Nie jestem w stanie odpowiedzieć inaczej niż: jakoś. Nie wiem jak. Po prostu jak musisz coś zrobić to się spinasz i robisz.
AN: Bardzo podoba mi się struktura książki. Nie tylko opowiadasz historie ludzi, ale też przekazujesz ich i swoje rady.
NSK: Dziękuję, zależało nam z wydawcą na tym, żeby czytelnik poza ciekawymi historiami dostał jakiś konkret, dowiedział się czegoś pożytecznego. Nie przepadam za poradnikami i nie jest to też taki “typowy poradnik”, bardziej zbiór reportaży o ludziach, którzy wyprowadzili się na wieś, są tam szczęśliwi, robią coś, co ich pasjonuje i dzielą się z czytelnikiem swoją wiedzą, obserwacjami. To rady, jakich udzieliliby swoim przyjaciołom albo sobie z początku tej przygody: co zrobić, na co zwracać uwagę, ile może trwać remont i jakie to mogą być koszty – co jest bardzo cenną i otwierającą oczy wiedzą; i wiele, wiele innych kwestii. Opowiadam też o zakładaniu ogrodów, hodowli, uprawie, no i o tym, co często jest pomijane – kosztach emocjonalnych, życiu rodzinnym, wpływie takiej zmiany na dzieci. Bardzo się cieszę, jak piszą do mnie czytelnicy, że dzięki mojej książce trzeźwiej spojrzeli na swoje marzenia o życiu na wsi i czują się lepiej przygotowani do podjęcia tego kroku. O to chodziło!
AN: Podoba mi się, że pokazujesz także historie osób, którym wieś nie przypadła do gustu. Jeden z Twoich rozmówców wspomina o samotności z jaką się zderzył. Bardzo sugestywna opowieść.
NSK: Na tym też mi zależało – żeby pokazać, że to nie jest sielanka i prosta recepta dla każdego. Że jak nie wiemy, o czym marzymy, to są mrzonki a nie marzenia. Że nie każdy potrzebuje aż tyle ciszy, spokoju i samotności i że od radykalnej zmiany swojego życia można zwariować. Wojtek, o którym wspominasz, uczciwie mówi: to był błąd, ja potrzebowałem długich wakacji, a nie wyprowadzki. Ale zauważ, że jego historia też w sumie jest pozytywna: wyprowadzenie się na wieś i bolesne zderzenie z rzeczywistością były drogą do celu, dzięki temu trudnemu doświadczeniu poznał lepiej siebie i zdefiniował czego naprawdę potrzebuje. On upatrywał rozwiązania w ucieczce od problemów, które miał w mieście, a problemy i rozwiązanie były w nim.
AN: Natalia, to jak to jest – jedną nogą już żyjesz na wsi, ale mogłabyś na stałe?
NSK: Mogłabym, ale nie chcę. Ja wychowałam się na wsi, moi rodzice przeprowadzili się pod Kraków pod koniec lat 70. Wiem, z czym to się wiąże i wiem, że na razie nie jestem na to gotowa. Mój mąż ma pracę silnie związaną z Warszawą, byłoby to skomplikowane. Jako dziecko byłam na wsi szczęśliwa, bo to życie wolne i dzikie. Jednocześnie miałam kontakt z miastem – mama woziła mnie dwa razy w tygodniu do szkoły muzycznej, wracałam po zajęciach wieczorami, rano do zwykłej szkoły i tak dalej. Problemy pojawiły się wraz z pójściem do liceum w Krakowie – dojazdy, dojazdy, dojazdy. W końcu wybrałam miasto i to największe z polskich. Bardzo lubię swoje życie warszawskie – lubię miejski ruch, lubię się ładnie ubrać, lubię popatrzeć na ludzi, pochodzić bez celu uliczkami, wejść do kawiarni, spotkać się z przyjaciółmi, żyć spontanicznie. Kocham też wieś, naturę, spokój, ale nie czuję pragnienia by osiąść tam na stałe. Przynajmniej na razie. Poza tym, ja mam ten luksus, że w każdej chwili mogę pojechać do mamy, odpocząć, naładować baterie. Niedawno dotarło do mnie na czym polega ta różnica miasto-wieś. Na możliwości. Nie musisz chodzić co chwilę do teatru, kina, na piwko nad Wisłą, czy na Kazimierzu, ale sama świadomość, że w każdej chwili masz taką możliwość, jest miła. A dla innych miła jest świadomość tego, że w każdej chwili mogą zabrać psa i iść z nim do lasu. Każdemu jego szczęście. Moja wersja marzeń o ucieczce na wieś to ucieczka do ciepłego kraju, gdzie mogłabym żyć nad morzem i jeść codziennie świeże owoce. Może kiedyś. A może wystarczą porządne wakacje.
tutaj możesz kupić książkę bezpośrednio od wydawcy - wydawnictwa Czarna Owca