Rzemiosło: Pierwsze własnoręcznie zlutowane druciki
Artystka i rzemieślniczka. Projektowanie studiowała na ASP, rzemiosła nauczyła się sama. O codziennej pracy, precjozach z osobistej szkatuły i inspiracjach do tworzenia własnej biżuterii opowiada Marcie Mach
Marta Mach: Skąd pomysł żeby zająć się biżuterią?
Laura Pawlikowska: Studiowałam wzornictwo, później projektowanie mebla, a równolegle zajmowałam się amatorsko biżuterią. Po pewnym czasie zrozumiałam, że małe formy to mój świat. Podoba mi się, że mam kontrolę nad całym procesem powstawania biżuterii oraz, że łączy ona w sobie rzemiosło ze sztuką. Trzeba nauczyć się materiału, z którym się pracuje, poznać masę narzędzi, wyrobić sobie oko, zaplanować proces produkcji. Jest zarazem bardzo męską, jak i kobiecą dziedziną projektową
MM: Stawiasz na ręczna robotę. Opowiedz proszę o procesie produkcji. Współpracujesz z rzemieślnikami? Sama uczyłaś się rzemiosła?
LP: Uczyłam się. Głównie sama przez Internet. Bazowałam na filmikach, ale też pytałam doświadczonych złotników, szukałam informacji na forach i w książkach. To, że potrafię wykonać własnoręcznie swoje projekty jest dla mnie ogromnym sukcesem. Do teraz mam pierwsze zlutowane dwa druciki. Obecnie na stałe współpracuje z dwiema firmami, którym powierzam część pracy, choć wciąż większość robię własnoręcznie.
MM: A projekty? To też tylko Ty, czy współpracujesz z innymi projektantami?
LP: Projektuję sama. Często spotykam się z opinią, że za rett frem stoi wiele osób – nic bardziej mylnego. Działam w pojedynkę.
MM: Wyznajesz zasadę, że biżuteria powinna być wykonana tylko ze szlachetnych materiałów?
LP: Prawie wszystkie moje projekty wykonane są ze srebra. Lubię ten materiał, znam go, codziennie z nim pracuję. Jest szlachetny, ale zarazem przystępny, można wykończyć jego powierzchnię na wiele sposobów. Nie chcę tworzyć sezonowej biżuterii. Byłoby to sprzeczne z wizą marki. Moim zdaniem biżuteria to przedmiot szalenie osobisty. Ubrania nosimy w zależności od pogody, sytuacji, nastroju, ukochaną biżuterię możemy nosić bezustannie. Dlatego wybieram szlachetny materiał do swoich projektów, ale nie dyskredytuje innych.
MM: A jak to jest z tym pozłacanym srebrem? Mam kilka takich pierścionków i z czasem złoto się z nich ściera. Co z tym robić?
LP: Pozłocić ponownie. W przypadku złoconej biżuterii bardzo ważna jest grubość powłoki złota. Ja pokrywam srebro 1-2 mikronami. Dzięki takiej grubości złoto chroni srebro przed czynnikami zewnętrznymi. Warto dopytać o grubość powłoki, kupując złoconą biżuterię. Jeżeli wybierzemy pierścionek pokryty 0,5 mikrona to musimy się liczyć, że złoto szybko się zetrze.
MM: Czy można oddać do ciebie biżuterię do naprawy?
LP: Jeszcze mi się nie zdarzyło naprawiać cudzych projektów, ale jeśli chodzi o typowo rzemieślnicze zlecenia, to coraz częściej otrzymuje zamówienia indywidualne. Głównie są to zlecenia na bardzo drobną, delikatną biżuterię.
MM: Sama masz dużo biżuterii? Opowiedz o ważnych dla ciebie precjozach.
LP: Mam szkatułkę, w której trzymam przepiękne stare modele, głównie z okresu PRL-u. Zebrałam je dla samej chęci posiadania, bo większość do mnie nie pasuje. Noszę głównie biżuterię zaprojektowaną przez siebie, między innymi dlatego, żeby ją testować. Precjoza bardzo bliskie memu sercu to: złote bigle od mojej babci, które ubieram tylko na specjalne okazję i srebrny pierścionek z onyksem mamy.
MM: Najnowsza kolekcja inspirowana jest kulturą Słowian.
LP: Chciałam stworzyć biżuterię nawiązującą do biżuterii ludowej, która będzie równocześnie nowoczesna. Pierwsze skojarzenie jakie przychodzi do głowy, gdy słyszymy „ludowa” to sznury korali i wzory z kolorowych kwiatów. Chciałam odejść od tego skojarzenia, stworzyć kolekcje subtelną, nawiązującą do tradycji, ale bez wielu zdobień. W „Dziewannie” pojawiają się odwołania do kwiatów czy do plecionkarstwa, ale efekt jest minimalistyczny i delikatny. Każdy pomysł na wzór, kształt czy kolor opiera się na materiałach źródłowych, do których udało mi się dokopać podczas długotrwałych poszukiwań.
MM: Mitologia słowiańska nie jest zbyt dobrze w Polsce znana. Program szkolny skupia się raczej na kulturowych korzeniach ze Starożytnej Grecji i Biblii. Jak myślisz dlaczego tak jest?
LP: W momencie, kiedy chrześcijaństwo wchodziło do Polski, nasza rodzima kultura była niewygodna dla kościoła, więc wszystko z nią związane niszczono. Obecnie materiałów o mitologii Słowian zachowało się znacznie mniej niż tych o kulturze chrześcijańskiej, a sama religia często kojarzona jest z pogańskimi obrzędami i magią. Myślę, że dzieci w polskiej szkole nigdy nie poznają jej dokładnie i bardzo tego żałuję.
MM: Masz swoją ulubioną słowiańską opowieść?
LP: Lubię legendę o toruńskich piernikach, pewnie dlatego, że pochodzę z Torunia. Opowiada o mistrzu piekarskim Bartłomieju oraz czeladniku Bogumile. Bogumił zakochał się w córce piekarza – Rózi. Chcąc obdarować swoją ukochaną poszedł za miasto nazbierać niezapominajek, tak błękitnych jak jej oczy. W trakcie zbierania kwiatów zauważył w jeziorze topiącą się pszczołę, wyłowił ją, ratując jej życie. Po chwili obok na gałązce pojawiła się mała osóbka w koronie – królowa krasnoludów. Podziękowała za uratowanie matki roju i zdradziła mu sekret: „Otóż pomnij, że jeśli oprócz zagranicznych korzeni i przypraw dodasz do pierników, które wypiekasz, jeszcze i wonnego, słodkiego miodu, smak ich będzie niezrównany. Zaś pszczoły, jako żeś dobry był dla ich matki i krzywdy im nie czynisz, zawsze cię swoim miodem obdarzą”. Bogumił oczywiście zastosował się do rady i upiekł tak dobre pierniki, że nawet król był oczarowany. Dzięki jego łasce mógł ożenić się z Rózią, a Toruń otrzymał po wszystkie czasy przywilej wypiekania pierników miodowych.