Rozmowa: „Betonia” Beaty Chomątowskiej
„Nie zamierzałam (…) pisać kompleksowej monografii bloków ani osiedli, to byłoby niemożnością; poza tym zupełnie mnie to nie interesowało – chciałam stworzyć własną opowieść o blokach” – rozmowa z Beatą Chomątowską autorką książki „Betonia. Dom dla każdego”, która w maju ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.
„Betonia” jest imponująco obszerna. Zarówno jeśli chodzi o przeprowadzone wywiady jak i zasięg tematu. Wiem, że początkowo chciałaś pisać o berlińskich osiedlach, potem pomysł ewoluował. Jak długo pracowałaś nad książką? Co było najbardziej pracochłonne?
Praca nad książką trwała około trzech lat – samo zbieranie materiałów i wywiady około dwóch lat, a także rok pisania, podczas którego po raz pierwszy skupiłam się przede wszystkim na nim, odsuwając inne zajęcia na drugi plan. Czyli w sumie nic nadzwyczajnego, bo na książkę tego rodzaju potrzeba minimum dwóch lat, jeśli nie ma być powierzchownym ujęciem tematu. Od początku byłam pewna, że praca nie może potrwać krótko, jeśli chcę stworzyć coś wartościowego, na szczęście wydawnictwo rozumiało to w pełni, nie naciskało na jak najszybszy termin i zapewniło mi komfort pracy – dość niecodzienna sytuacja w świecie, w którym trwa swoisty wyścig, kto dostarczy wcześniej kolejny materiał, najlepiej podporządkowany jakiejś rocznicy albo związany z tym, co akurat jest modne. Dwie moje poprzednie książki – „Pałac” oraz „Lachert i Szanajca” – powstały w rekordowym tempie i sporym kosztem, w trakcie pracy etatowej. Było to najzupełniej świadome – jako późna debiutantka chciałam nadrobić czas stracony w redakcjach ekonomicznych, zaciskałam zęby, wstawałam o piątej rano, pisałam w weekendy i podczas urlopów. Teraz już bym tak nie potrafiła.
Jak wspomniałaś, pomysł istotnie ewoluował w trakcie, bo nie zamierzałam pisać książki z tezą. Podczas kolejnych rozmów i docierania do różnych źródeł dowiadywałam się coraz więcej i wtedy stopniowo zaczął wyłaniać się docelowy kształt. Wiedziałam już, że nie będzie to książka tylko o Gropiusstadt ani tylko o Berlinie, ale nie zamierzałam również pisać kompleksowej monografii bloków ani osiedli, to byłoby niemożnością; poza tym zupełnie mnie to nie interesowało – chciałam stworzyć własną opowieść o blokach. Świadomość, że mam tyle czasu, ile będzie potrzeba, pozwalała na spokojne planowanie i zastanawianie się, jak ułożyć poszczególne elementy blokowej układanki. Najbardziej pracochłonna była właśnie struktura; w tym wymiarze książka składa się z kilku współgrających ze sobą warstw i po raz pierwszy rozpisywałam sobie je ręcznie w postaci nieco przypominającej klocki do zabawy. Można powiedzieć, że tworzyłam coś na kształt projektu urbanistycznego – teraz mam świadomość, jak muszą namęczyć się przy tym architekci. W zasadzie przestawiałam te klocki do samego końca, szukając najbardziej zadowalającego kształtu, który jednocześnie zapewniłby użytkownikowi wygodę, czyli w tym przypadku – przyjemność czytania!
Czy mogłabyś wyjaśnić w kilku żołnierskich zdaniach dlaczego nie każde betonowe osiedle to od razu blokowisko?
Patrząc na sprawę historycznie, blokowiska pojawiły się dopiero w latach 80., kiedy to wymyślono ten termin i wszedł do naukowego dyskursu. Blokowisko to kiepskie, chaotyczne, przytłaczające skalą, nieludzkie osiedle, w którym trudno dojrzeć jakąkolwiek spójną koncepcję. Szare, zaniedbane, wykonane z kiepskich materiałów. Jestem przeciwniczką używania tego określenia w stosunku do wszystkich osiedli, bo brzmi pejoratywnie i jest formą stygmatyzacji mieszkańców bloków i blokowych osiedli, zgodnie z tendencją, która pojawiła się w mediach pod koniec lat 90., kiedy zaczęto powszechnie tak mówić i pisać – nikt nie chciał wtedy być szarym człowiekiem z szarych bloków, po transformacji ustrojowej rozbudzano w umęczonych poprzednim systemem Polakach nowe aspiracje. Ale nie dajmy się zwariować, być może „blokowisko” już weszło do codziennego języka – na przykład Jarosław Trybuś logicznie zauważa, że ten termin może równie dobrze oznaczać po prostu „skupisko bloków”. Ja wolę neutralne określenie „osiedle”, albo bardziej poetyckie – „betonia”.
Czy apartamentowce na zamkniętym osiedlu na Wilanowie to też bloki?
Bloki to w zasadzie każda forma budownictwa wielorodzinnego. Kamienica z końca lat 30., w której teraz mieszkam, to też rodzaj bloku. Apartamentowiec na wilanowskim osiedlu również, tylko że nazwy „kamienica” czy „apartamentowiec” brzmią bardziej prestiżowo, blok kojarzy się w Polsce przede wszystkim z PRL-em. Niesłusznie, bo bloki stawia się nadal i będzie się stawiać, nie uciekniemy od nich, nie wymyślono dotąd efektywniejszego sposobu zapewnienia mieszkań dla jak najliczniejszej rzeszy ludzi.
Wiem, że bronisz się przed łatką „ekspertki od bloków”, ale jednak zapytam: jak sądzisz, czy kiedyś polskie osiedla, taki, dajmy na to, Ursynów, będą modne? Niedawno byłam w Helsinkach i najmodniejsze tam osiedle to Kallio, czyli kilka ulic zabudowanych klasycznymi wysokimi blokami.
Odnośnie bycia ekspertką i stawiania jednoznacznych diagnoz – jestem z tym ostrożna, praca nad tą książką szczególnie mnie tego nauczyła, przekreślając różne wyobrażenia, które sama miałam na temat bloków i osiedli, a które wynikały z powierzchownej znajomości rzeczy. Z modami bywa różnie. Wszystko zależy od państwa, miasta, lokalizacji bloku, jego charakteru…. W Berlinie 10-15 lat temu próbowano wytworzyć modę na bloki, żeby przyciągnąć do nich nowych lokatorów, którzy po zjednoczeniu uciekali masowo z osiedli w dawnej wschodniej części miasta. Realizowano różnego rodzaju akcje artystyczne, bardzo ciekawe – i co z tego? Nie zadziałało. Bloki znów wypełniły się ludźmi, ale z zupełnie innych powodów – w międzyczasie sam Berlin stał się modny i w centrum miasta, w starych kamienicach Mitte, Prenzlauer Bergu czy Friedrichshain zaczęło być trudno o mieszkania, zwłaszcza tanie. Największą popularnością cieszą się bloki w centrum – ale to ze względu na lokalizację. Dekadę temu można było wynająć lub kupić takie mieszkanie w miarę tanio i cieszyć się na przykład 120 metrami kwadratowymi z widokiem na całe miasto, jeśli połączyło się dwa sąsiadujące lokale o mniejszym metrażu. Wtedy wąski korytarz i niski sufit mają mniejsze znaczenie. Dziś ze świecą można szukać w nich wolnego lokum za rozsądną kwotę. Trzeba też brać pod uwagę fakt, że niemieckie czy skandynawskie bloki (z brytyjskimi już bywa różnie!) są wykonane często lepiej niż polskie, przykładano tam większą wagę do kwestii technicznych i estetycznego wykończenia.
Mam wrażenie, że Twoja książka może podbudować na duchu osoby, które wciąż wstydzą się przyznać, że wychowały się w blokach. Miałaś taki cel?
W jakimś sensie tak, choć nie piszę książek z misją, ale w momencie, w którym uświadomiłam sobie, że przecież też mogę wpleść do książki własną historię kilkunastu lat życia w bloku, wydało mi się absurdalne, że wciąż w mediach dominuje narracja o „blokowiskach”, „blokersach”, słowem: ludziach bez perspektyw, gorszej kategorii człowieka mieszkającej w blokach, jakby polskie osiedla przypominały francuskie czy brytyjskie blokowe getta, które wytworzyły się na obrzeżach miast. No proszę cię, ja nawet nigdy nie myślałam o sobie, że jestem dziewczyną z bloku, nie było to podstawą do samoidentyfikacji, a teraz może jeszcze powinnam obnosić się z tym dumnie, bo „przetrwałam na blokowisku”? W latach 80. w blokach mieszkali wszyscy. Również inteligenci. Opowieść o szarym blokowym człowieku bez perspektyw jest zafałszowana i zbyt ekstremalna. Do dziś na polskich osiedlach znajdziesz pełen przekrój społeczny. Chciałam pokazać tym wszystkim ludziom, skąd przyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Skąd wzięły się bloki, jakie kryją znaczenia, jak wyglądała polska historia blokowa na tle tych krajów europejskich, z których płynęły do nas inspiracje i technologie.
Jesteś dziewczyną z bloku?
Jak już wspomniałam, blok nie był dla mnie nigdy punktem samoidentyfikacji, może dlatego, że zupełnie nie utożsamiałam się z tymi opowieściami o strasznych blokowiskach. Dorastałam na bardzo przyjemnym, zielonym osiedlu i miło ten czas wspominam. Na pewno jednak jestem dziewczyną z bloku w takim sensie, że blok pozostawił we mnie świadomość ludzkiej różnorodności i otwartości – życia obok siebie, w osobnych czterech ścianach, ale ze wspólną przestrzenią, w której w każdej chwili można się spotkać z sąsiadem. Do dziś lubię wiedzieć, kto mieszka obok, lubię być otoczona ludźmi, podoba mi się idea miasta otwartego, nie potrzebuję się odgradzać od innych. Druga kwestia, którą zawdzięczam blokowi, to doświadczenie dorastania w różnorodnej dziecięcej gromadzie, w której pozyskiwało się podstawowe społeczne umiejętności. Byliśmy zostawiani samym sobie na długie godziny na podwórku, rodzice tylko od czasu do czasu zerkali kontrolnie z okien – dziś sytuacja już nie do pomyślenia. Dzięki temu uczysz się, że świat ma wiele wymiarów i – jak sądzę – wchodzisz w życie z większą otwartością na inne, nieznane.
Ja wychowałam się w bloku w Grudziądzu (dziękuję za przepytanie mnie pod kątem badawczym do książki). Pamiętam dokładnie przesiadywanie na murku, kolejki po bułki, zabawy na balkonach i pod balkonami, subkultury osiedlowe. A co Ty wspominasz z największym sentymentem na krakowskiej Krowodrzy Górce?
Nie chcę popadać w nostalgię, bo pamięć łagodzi kontury – dorastanie wśród bloków nie było samą sielanką, widywało się również i doświadczało rzeczy okrutnych lub przerażających. Ale dla mnie, jako wieloletniej jedynaczki, najfajniejsza była możliwość posiadania na wyciągnięcie ręki całej masy koleżanek i kolegów w zbliżonym wieku i wspólne zabawy. Między blokami Krowodrzy Górki (wtedy XXX-lecia PRL) rozciągały się ogromne, zielone przestrzenie, w wyobraźni dziecięcej jeszcze większe niż w rzeczywistości. Latem plażowało się z koleżankami na kocach wśród drzewek, przygotowywało prowiant, wodę sodową z syfonu… Podczas deszczu spędzaliśmy czas w przejściach między klatkami. Był też okres zażartej rywalizacji w grach w gumę. No a potem, w okresie już późniejszej podstawówki, eksploracje dachów, jakieś ukradkowe popalanie czy popijanie na klatkach, ciągnące się w noc dyskusje na schodach, bo w mieszkaniach było za ciasno i za blisko uszu rodziców…
Czy teraz mogłabyś zamieszkać w bloku?
Jasne! Jedyny warunek: byle był to blok o ścianach mieszkania wyższych niż przepisowe 2,5 metra, bo w takim czułabym się już klaustrofobicznie, no i taki, wokół którego jest zieleń, dobrze doświetlony, z widokiem. Po przeprowadzce do Warszawy mieszkałam zresztą przez kilka lat w socrealistycznych blokach z lat 50. i mam stamtąd bardzo przyjemne wspomnienia, także dlatego, że wtedy jeszcze budowano z cegły, a mieszkania miały wysokość około 3 metrów.