Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„(…) bombardują nas obrazy zrealizowanych projektów, odniesionych sukcesów, gotowych, skończonych, dobrze wykadrowanych osiągnięć. Piękne obrazki pięknych pasji, które stają się sposobem na zarobek. Tylko, że za tą pasją zawsze idzie przeogromny nakład pracy, rzesza pomocnych ludzi i fart” – szczera rozmowa z Agatą Królak o tym, jak tworzy się niezależny magazyn. Podpisujemy się wszystkimi redakcyjnymi rękoma.

Za tobą trzy numery pisma „Trzy czte ry”. Jak wrażenia początkującej wydawczyni? 

Ja cieszę się przede wszystkim z tego, że magazyn powstał. To było moje wielkie marzenie – pojawienie się na polskim rynku dobrze zaprojektowanej, świetnie zilustrowanej, innej i bazującej na polskich twórcach gazety dla dzieci. Co do innych wrażeń, to chyba trudno ogarnąć mi do końca to wszystko co stało się od początków aż do teraz – magazyn powstał prawie kompulsywnie. Spotkałyśmy się z Marysią Dek i po jednej rozmowie stwierdziłyśmy, że robimy to, bo po prostu trzeba to zrobić. I tu dodam, że proces tworzenia magazynu był postawiony na głowie, bo zrobiłyśmy to bez żadnego przygotowania, wiedzy i doświadczenia. Najpierw powstał pierwszy numer, później zaczęłyśmy odkrywać co to znaczy prowadzić magazyn i jak wiele musimy się jeszcze dowiedzieć. Na przykład o tym, że powinnam zarejestrować tytuł w Sądzie Okręgowym dowiedziałam się chyba dwa tygodnie po wydrukowaniu pierwszych egzemplarzy. Potem dochodziły sprawy dystrybucji, umów, rozliczeń (żadna z nas nie prowadzi działalności gospodarczej) – wszystko więc prowadzone jako wielka improwizacja i wielka partyzantka. Tego jednak nie żałuję, bo z jednej strony dzięki temu, że działałyśmy tak impulsywnie magazyn powstał znacznie szybciej i na naszych warunkach, z drugiej strony te ostatnie ponad pół roku to kopalnia nowych doświadczeń i wiedzy. To także szalenie wykańczający czas, co tu dużo mówić, to czas wyzwań, wyrzeczeń i harówy, ale to chyba oczywiste. Chociaż tak mało się o tym mówi w dzisiejszych czasach, w których bombardują nas obrazy ZREALIZOWANYCH PROJEKTÓW, ODNIESIONYCH SUKCESÓW, GOTOWYCH, SKOŃCZONYCH, DOBRZE WYKADROWANYCH OSIĄGNIĘĆ. Piękne obrazki pięknych pasji, które stają się sposobem na zarobek. Tylko, że za tą pasją zawsze idzie przeogromny nakład pracy, rzesza pomocnych ludzi i fart.

Czuję to niesamowite przesycenie naszej kultury treściami wizualnymi. Po drugie przez ostatnie parę dobrych lat dałam się ponieść myśli pasji jako pracy i pracy jako pasji. Może to zupełnie subiektywne, ale mam wrażenie, że żyjemy w czasach niesamowitego skupienia na pracy, etosu realizowania projektów i wokół tej pracy i tych projektów budujemy swoją tożsamość. To wspaniałe, ale niebezpieczne zarazem.

Kwartalnik stworzyłyście we dwie z Marysią Dek. Co was połączyło? Od jakiegoś czasu prowadzisz „Trzy czte ry” sama. Co was rozdzieliło?

Kwartalnik stworzyłyśmy razem z Marysią Dek, z którą znamy się dzięki pracy w podobnej przestrzeni – ilustracji dzieciocentrycznej i książki obrazkowej. Poza tym mamy podobną etykę pracy i sposób działania – jesteśmy totalnymi pracoholiczkami, w związku z czym działamy szybko i intensywnie, co nota bene przyczyniło się do tego, że tuż po premierze pierwszego numeru Marysia skończyła w łóżku z rozwalonymi plecami, a ja zaliczyłam chwilowy pobyt w szpitalu z rozwalonym brzuchem (brawo my!). Na marginesie dodam, że to wszystko działo się kiedy ja wracałam po urlopie rodzicielskim z roczną Julką i doktoratem na karku, a Marysia otwierała w Białowieży hostel i pracowała nad kilkoma książkami równolegle. Od trzeciego numeru prowadzę jednak magazyn sama. Decyzja była zgodna i obopólna, a wyniknęła z tego, że Marysia coraz intensywniej działa na polu książki obrazkowej (i odnosi na nim wspaniałe sukcesy!) i nie mogła pozwolić sobie na pełne zaangażowanie w nasz projekt. Dla mnie zaś, jak wspomniałam, to od początku była realizacja marzenia – „Trzy czte ry” to moje wydawnicze dzieciątko. Poza tym, praca nad magazynem zbiegła się w moim życiu z czymś na kształt kryzysu zawodowego. Czułam, że potrzebowałam przewartościować dotychczasowe decyzje zawodowe, poddać w wątpliwość sposób myślenia o pracy, poszukać, poeksperymentować, zastanowić się nad tym, co lubię i chcę robić, w czym jestem dobra, a projekt „Trzy czte ry był i jest dla tego kryzysowego czasu bardzo dobrym partnerem.

Czy inspirowałąś się jakimiś zagranicznymi pismami?

TAK! Oczywiście główną motywacją i inspiracją do działania jest magazyn „Anorak” z Wielkiej Brytanii założony przez Cathy Olmedillias. To z „Anoraka” wziął się pomysł, by każdemu numerowi towarzyszył motyw przewodni.

Zwykle dużą inspiracją są też treści zaabsorbowane w dzieciństwie – jakie tytuły prasy i książek wspominasz z sentymentem?

No i tu nie jest tak łatwo, bo jako dziecko nie pamiętam dużego przywiązania do magazynów – oprócz „Kaczora Donalda”, a i to tylko ze względu na prezenty – nota bene, najlepszy jaki pamiętam to zestaw sztuczek magicznych. To, co wspominam natomiast jako bardzo ważny element mojego dzieciństwa to opasłe zeszyty z aktywnościami – kolorowankami, labiryntami, grami i zabawami – te uwielbiałam. Poza tym, i tu może mała kontrowersja, to, co wydaje mi się jakoś dziwnie łączyć „Trzy czte ry” z moim dzieciństwem to Cartoon Network, kanał który oglądałam pasjami. W CN wspaniała w latach 90. była różnorodność języków plastycznych, sposobów narracji, animacji – bogactwo bohaterów i historii w jednym miejscu – klasyki filmów animowanych łączyły się z pop kulturą i awangardą.

Masz dużo pracy, to oczywiste. Ale gdybyś zechciała wymienić, co masz na głowie w ramach pracy nad kwartalnikiem…
No to tak,  zajmuję się kompletowaniem twórców, ogólną koncepcją numeru, layoutem, składem i przygotowaniem do druku, dystrybucją i prowadzeniem kanałów społecznościowych oraz księgowością. Tutaj jednak chcę zaznaczyć, że siłą i największą wartością tego magazynu są właśnie współtwórcy – ilustratorzy, autorzy tekstów, Asia – nasza korektorka.  Przy każdym numerze grupa niesamowicie utalentowanych, mądrych i wrażliwych osób realizuje ze mną magazyn, właściwie bez jakiejkolwiek kurateli i wytycznych (poza narzuconym tematem, zestawem barw i bardzo podstawowym layoutem).

A poza tym masz inne prace.

Poza magazynem obecnie pracuję jako asystentka w pracowni ilustracji prof. Jadwigi Okrassa na ASP w Gdańsku i jako ilustrator- freelancer.

Jakie są twoje dalsze plany wydawnicze, i nie tylko?

Mój plan jest następujący: pracować mniej. Tu znowu może kontrowersja ale spójrzmy prawdzie w oczy – praca to praca, a praca to nie całe życie i tego CAŁEGO życia ostatnio trochę mi zabrakło. Niezależnie od satysfakcji płynącej z realizacji „Trzy czte ry” i innych projektów oraz swoistego poczucia MISJI coraz częściej myślę o tym, że to wszystko co robię to przecież tylko obrazki. Oczywiście to ogromne uproszczenie, bo za tymi obrazkami idzie myśl o stymulowaniu dziecięcej kreatywności i wrażliwości, potrzeba porządkowania przestrzeni wizualnej i wspierania alfabetyzacji wizualnej, chęć dzielenia się doświadczeniem i potrzeba zarażania innych twórczą aktywnością ale… to tylko obrazki. Co to znaczy? Po pierwsze czuję to niesamowite przesycenie naszej kultury treściami wizualnymi. Po drugie przez ostatnie parę dobrych lat dałam się ponieść myśli pasji jako pracy i pracy jako pasji. Może to zupełnie subiektywne, ale mam wrażenie, że żyjemy w czasach niesamowitego skupienia na pracy, etosu realizowania projektów i wokół tej pracy i tych projektów budujemy swoją tożsamość. To wspaniałe ale niebezpieczne zarazem. Tak trudno w tym paradygmacie utrzymać ten work-life balance, jak to się ładnie po angielsku mówi. Czuję, że przy okazji tych wspaniałych, pięknych, przynoszących satysfakcję projektów i kolaboracji, trochę ten balans straciłam i teraz potrzebuję na nowo go zbudować. Zmęczyłam się, tak po prostu, po ludzku. Poza tym mam córę, która bardzo łatwo sprowadza mnie do pionu i pokazuję co jest ważne i ważniejsze.

Co to wszystko znaczy dla „Trzy czte ry”? Na razie nic – idę do przodu, tylko troszkę wolniej i spokojniej, przy okazji rozglądając się za współpracownikami i inwestorami.

Śledzisz kwartalnik na FB?