Pocztówka z wakacji: Ferropolis, elektro i plaża
Wakacje to czas festiwali muzycznych. Kto nie ma znajomego, który w czerwcu, rusza na pierwszy festiwal, a we wrześniu dumnie prezentuje całą gamę kolorowych opasek zdobiących rękę, opowiadając o najlepszych i najgorszych koncertach, jakie udało mu się w tej festiwalowej gorączce zobaczyć? Ja w tym roku zdobyłam tylko jedną kolorową opaskę, ale nie byle jaką, bo z Melt Festival!
Melt to jeden z największych festiwali muzyki elektronicznej w Niemczech, od prawie ćwierć wieku przyciąga ponad dwudziestotysięczną publikę z całego świata. Od 1999 roku festiwal odbywa się na półwyspie, w samym środku sztucznie utworzonego jeziora Gremminer, niedaleko Dessau. To niecałe 700 kilometrów od Warszawy, które autostradami pokonuje się w około sześć godzin. Zdecydowaliśmy się na podróż zapakowanym po sam dach autem. To najwygodniejsze rozwiązanie, jeśli trzeba wziąć ze sobą kempingowy zestaw pierwszej potrzeby – namioty, śpiwory, jedzenie i napoje dla czterech osób.
Ferropolis, „miasto z żelaza”, muzeum przemysłu powstałe w 1995 roku po zamknięciu kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Golpa-Nord, jest jednym z 850 punktów Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego. Na terenie dawnej kopalni wciąż można zobaczyć pięć gigantycznych koparek. Industrialna sceneria zrobiła na nas duże wrażenie. Byliśmy na Melcie po raz pierwszy, więc ogromnym zaskoczeniem był dla nas widok płomieni buchających z maszyn w rytm muzyki, podgrzewających i tak już gorącą atmosferę.
Muzyka na Melcie nie cichnie. Dobiega z siedmiu rozmieszczonych na półwyspie scen, z tym że na jednej można bawić się bez przerwy przez 24 godziny na dobę, tam impreza zaczyna się już w czwartek, a muzyka rozbrzmiewa aż do poniedziałkowego południa. Zrealizowaliśmy z nawiązką ustalony wcześniej plan minimum i między innymi: na koncercie M.I.A. śpiewaliśmy w deszczu Paper Planes, ogłuchliśmy na The Kills (nie wiedzieliśmy, że powszechne wśród festiwalowiczów jest zaopatrywanie się w zatyczki do uszu), pobujaliśmy się na Bonobo, poskakaliśmy przy Hercules and Love Affair i podczas naprawdę świetnego koncertu Die Antwoord zobaczyliśmy tyłek Ninji w deszczu konfetti!
Z Ferropolis wracaliśmy zmęczeni, z lekkimi poparzeniami słonecznymi i pewnością, że co by się nie działo, wrócimy tu za rok.