Rozmowa: Wszystko zaczyna się od apetytu
Od jakiegoś czasu mierzymy się z tematem tkanin artystycznych. Szukałyśmy warszawskich rzemieślników tkających na krosnach i tak wpadłyśmy na trop pani Krystyny Wojtyny-Drouet. Miałyśmy szczęście. Szybko okazało się, że to nie tylko ciekawa artystka, ale również superkobieta. Pomimo imponujących 92 lat pani Krystyna to młoda duchem, ciekawa świata i ludzi osoba, której otwartość i przewrotne myślenie o świecie sprawiły, że z miejsca ją pokochałyśmy. Spotkanie odbywa się w jej pracowni na Rakowcu. Jasne wnętrze, duże okna, widok z ostatniego piętra przywodzą na myśl studio Edwarda Krasińskiego – ma się to samo wrażenie przebywania w przestrzeni sprzyjającej twórczym działaniom.
To, co zobaczyłyśmy, robiąc krok dalej, zdało się tę teorię tylko potwierdzać. Ściany uginają się tu od nadmiaru tkanin; komody, drewniane skrzynie i kąty wypełnione są ręcznie farbowaną wełną, dziesiątkami notatek z humorystycznymi szkicami i poezją, a pudła i szafy pękają w szwach od belek materiału oraz wzbudzających naszą szczególną zazdrość ręcznie szytych sukienek, żakietów, kapeluszy. Trudno zdecydować, na czym zawiesić oko. Zaczynamy od prześwietlenia kolekcji tkanin ściennych. Naszą szczególną uwagę przykuwa praca, na której widać okrągły nieoczywisty kształt – coś nam ten obiekt przypomina, więc próbujemy zgadywać, na co patrzymy.
To jest „Zmutowany K.”, czyli Kazio, młody człowiek, który pracował w sklepie, gdzie zachodziłam. Najpierw miał długą piękną fryzurę, a potem pewnego dnia się ogolił i od tej pory tak się nosił, chyba taka moda była. Ja uważałam go za zmutowanego, bo z tyłu miał takie fałdy, które bardzo rzucały się w oczy, jak stałam naprzeciwko niego przed kasą.
Czyli to jest tył jego głowy, te linie tu to zwoje skóry, a sznurki to zapewne kępki włosów?
Właśnie tak. Musiałam go utkać, bo ta jego głowa chodziła za mną i nie dawała mi spokoju.
Często pani tak ma, że musi zrzucić to, co się wydarza w pani codziennym życiu na osnowę, papier lub płótno?
Tak, w tej chwili dużo spaceruję, więc potem muszę narysować to, co mnie spotkało. Wczoraj na przykład rysowałam jedną panią, która zafascynowała mnie swoim ubiorem. Miała na sobie wielki szal i jak przyglądałam się jej z tyłu, to wystawał znad niego tylko czubek czapeczki, a poniżej ubrana była w ogromną szeroką kurtkę, z której wychodziły dwie krzywe kreski w czarnych spodniach. To był tak abstrakcyjny widok, że jak przyszłam do domu, to musiałam ją narysować
Czy można powiedzieć, że najbardziej inspirujący są dla pani ludzie?
Ludzie i przyroda. Od zawsze lubiłam figury, moje tkaniny, malarstwo były bardzo figuratywne. Od nich właściwie zaczęły się moje sukcesy tkackie. Pan Kamiński, który w Cepelii zajmował się dystrybucją prac za granicę, wysłał moje małe portrety do Nowego Jorku, gdzie zaczęły się bardzo dobrze sprzedawać, więc robiłam coraz większe. Moja twórczość wiąże się w takim samym stopniu z przyrodą – lasem, kwiatami, pięknymi widokami. Czasem wydaje mi się, że jestem z epoki romantyzmu. Sztuka abstrakcyjna mnie nie wzrusza, ale kształt kamienia, jego forma jest dla mnie piękna, ma duszę.
Studiowała pani na warszawskiej ASP. Co zadecydowało o tym, że jako specjalizację wybrała pani tkaninę?
Profesor Włodarski mnie do tego namówił, uznał, że mam zdolności kolorystyczne. Pamiętam zabawną historię z tamtych czasów. Zaraz po tym, jak wybrałyśmy z koleżankami Wydział Tkaniny, poszłyśmy podpatrzeć na pierwsze piętro Myśliwieckiej, jak wyglądały zajęcia w pracowni profesor Plutyńskiej. Trafiłyśmy na następujący obrazek – siedziały tam tkaczki, które tkały cieniutką wełną, bardzo precyzyjną techniką, i to mnie przeraziło! Od tamtej pory zawsze szukałam grubej wełny – taki był skutek.
Dlatego korzysta pani też ze sznurka? To chyba dosyć nietypowe.
Zaczęłam używać sznurka, bo za czasów Polski Ludowej nie można było kupować wełny, to było przestępstwo. Dlaczego? Trudno powiedzieć, taki to był ustrój, mało logiczny. Trzeba się więc było bawić jakoś inaczej, ja zaczęłam używać innych surowców, które dały się przepleść, między innymi sznurka. Profesor Plutyńska wypowiedziała się potem o tym moim zwyczaju, że ode mnie wyszedł pomysł stworzenia tkaniny fakturowej, przedtem była cieniutka wełna i gładziutkie tkaniny. Potem ten zwyczaj przejęła Magda Abakanowicz.
Przeciwko czemu oprócz cienkich nici się jeszcze pani buntowała?
Jest jedna charakterystyczna rzecz u mnie – nie podkładam rysunku pod osnowę. W latach 60. była wystawa gobelinów francuskich w Zachęcie, gdzie pokazywano projekty malarskie, obok których wisiały tkaniny przedstawiające tę malarską rzeczywistość w skali 1 : 1. Cała wystawa miała na celu pokazanie kunsztu tkaczek i naprawdę trudno było rozróżnić pracę malarską od gobelinu. Mnie to bardzo zbulwersowało, zadawałam sobie pytanie: po co te tkaczki tkają, skoro efekt jest ten sam? Mnie się wydawało, że jeśli uda mi się coś namalować, to nie ma powodu, żeby to tkać, bo i po co, przecież to bez sensu. I potem nigdy już nic nie podkładałam, improwizowałam. Większość osób robi projekty, ja chciałam stworzyć coś innego niż odbitkę. Gdybym widziała mój projekt namalowany i opracowany do końca, nie mogłabym się zmusić do powtórzenia tego w tkaniu. Byłoby to już nieciekawe. Drugą rzeczą, którą zrobiłam, było wyjście z ramy prostokąta, czyli złamałam regułę tkania tylko i wyłącznie w tym kształcie, zaokrąglając na przykład dół. To był mój drugi buntowniczy krok.
Łamie pani wszelkie zasady – korzysta z grubych materiałów, stosuje sznurki, tematycznie odbiega od reszty. Jak reagowali na to potencjalni odbiorcy? Czy taka sztuka nie była zbyt niszowa dla przeciętnego klienta Cepelii?
Zrobiłam kiedyś taką tkaninę, która nazywała się Przystanek – był to klasyczny przystanek, a wokół niego różne figury, śmieszne takie, pełno było tych figurek. Chciałam potem sprzedać ją w Cepelii, ale Przystanek się tamtejszej komisji nie spodobał – grube wełny i taki niepoważny temat sprawiły, że mi odmówiono. Podzieliłam się tą historią z profesor Plutyńską, która uważała, że ta tkanina była świetna. Przejęła się na tyle, że razem ze mną poszła do Desy. Oczywiście po takiej interwencji zmieniono zdanie i tkaninę przyjęto. Co ciekawe, przetrwała zaledwie kilka dni, czwartego dnia została zakupiona przez kogoś z wycieczki Francuzów.
Jest w pani podejściu do pracy dużo swobody i twórczej wolności
Tak, bo dla mnie sztuka nie jest niczym dramatycznym, nie jest żadnym zmaganiem się. Jest realizowaniem pragnień i ucieczką od świata ograniczeń i przymusów. Jest też wyrażaniem uczuć, jakie budzi we mnie piękno przyrody. A odczucie piękna jest najcenniejszym uczuciem, jakie towarzyszy mi w życiu. W mojej twórczości nie ma pragnienia walki.
Jak ta wolność ma się do dyscypliny pracy, czy stosuje pani jakieś zasady?
Tkam dla przyjemności, więc jak zaczynam swoją pracę, to muszę być wewnętrznie wyluzowana, nie mogę pracować w stresie, w stanie zdenerwowania, najgorzej mi idzie, kiedy wiem, że coś muszę. Projekt, który robię teraz, tkam techniką „co mi się chce”. Dziś mam ochotę na taką włóczkę, to używam takiej. W trakcie pracy nad nią podupadłam na zdrowiu i w ogóle zaczęłam odczuwać bunt wobec życia, dlatego pewnie wyszła mi taka otwarta, trochę rozpaczliwa ręka. A tu miałam zamiar zrobić kapelusz, jak zaczęłam kombinować, co dalej, to wyszła mi apaszka. A tu jest drugi projekt, nad którym obecnie pracuję. Postanowiłam, że zrobię kawał – jestem już staruszką, a wymyśliłam na przekór temu, że jednym z elementów, które się tutaj znajdą, będą trochę prowokacyjne czerwone usta i kieliszek wina.
Nie lubi pani nudy, musi być przyjemnie i najlepiej z poczuciem humoru.
Takie podejście zawdzięczam moim profesorom, którzy nauczyli mnie czerpać z tkania radość i traktować ją jako największą wartość tego, co robię. Swoje dołożył pan Hurschler, który zobaczył moje prace na bienalle w Lozannie i potem przez 20 lat kupował moje tkaniny. Ponieważ wszystko, co utkałam, się mu podobało, mogłam sobie pozwolić na zupełną wolność twórczą. Nigdy nie zamawiał u mnie niczego, co miałoby narzucony temat, dlatego do niczego nie byłam zmuszana. I to mi zostało, ta wolność. Znaczenie ma to, co przynosi przyjemność, to, co mi się chce, a nie to, co muszę. Po okresie współpracy z nim nie wyobrażałam sobie zrobienia czegoś na zamówienie według określonych potrzeb, to musi być okropny ciężar. Nawet nie wiem, czy potrafiłabym zrobić coś na zamówienie.
Kim był ten wspaniałomyślny mecenas o nazwisku Hurschler?
Majętnym Szwajcarem mieszkającym ze swoją żoną w Stanach i właścicielem Fundacji Hurschler Collection of Contemporary Tapastry w Kalifornii. To była para ludzi w średnim wieku, która chciała swoje życie wypełnić czymś interesującym. Dlatego zajęli się organizowaniem wystaw i sprzedażą dzieł sztuki, między innymi tkaniną. Zajmowali się tym z wielkim entuzjazmem.
Jak ta relacja wpłynęła na pani życie?
To był przełom. Dzięki tej znajomości mogłam utrzymać swoją pracownię i zwiedzić z mężem świat. W latach 60. mieliśmy więc okazję być w Stanach, na Hawajach, zwiedzić Indie, to był najszczęśliwszy okres w moim życiu.
Brzmi jak scenariusz filmowy.
Najbardziej filmowe były podróże. Państwo Hurschlerowie przyjeżdżali do Polski bardzo często w związku z zamówieniami na tkaniny, zaprzyjaźniliśmy się i naturalną koleją rzeczy zaprosili nas również do siebie, do Los Angeles. Tam miałam okazję zwiedzić dom milionera, gdzie w niezwykłej scenerii nowoczesnej modernistycznej willi wisiała jedna z moich tkanin – jasna, bardzo prosta i pasująca do stylistyki tego minimalistycznego domu. Potem przy okazji odwiedziliśmy rodzinę, a następnie objechaliśmy dużą część Stanów – Las Vegas, park Yellowstone, wszystko po kolei. Potem były Hawaje, Indie.
Co pani pamięta z tych podróży?
Do dziś pamiętam zapach wieńca z kwiatów, którym nas przywitano na lotnisku na Hawajach. To były jakieś kwiaty z kwitnących drzew. Zapach był oszałamiający. Wieniec zostawiłam w naszym hotelowym pokoju, dzięki czemu ta intensywna woń towarzyszyła nam jeszcze przez kolejne dni. Z przygód hawajskich pamiętam też zabawną wizytę w jednym ze sklepów, gdzie przy wejściu stała papuga, która krzykiem zawiadamiała właścicielkę sklepu o nadejściu klientów.
Proszę opowiedzieć, jak wyglądało podróżowanie po Indiach w latach 60.tych?
To była wycieczka Indie – Kaszmir – Nepal, zorganizowana przez Orbis. Łącznie 13 przelotów samolotem. Kosztowało to jakieś 500 dolarów. Wtedy dolar miał swoją wartość, potem to się zmieniło, także mieliśmy szczęście, że ich nie zachomikowaliśmy, tylko zwiedzaliśmy świat. Do Nepalu lecieliśmy liniami, których właścicielem był król – wnętrze samolotu wypełniały poduszki, wszystko było niezwykle kolorowe, a trunków pod dostatkiem, wszystkie możliwe rodzaje alkoholu, czuliśmy się, jakbyśmy podróżowali w sypialni albo byli częścią haremu. Potem zwiedzaliśmy Katmandu i tamtejsze świątynie.
Czy te podróże miały wpływ na pani twórczość, czy podziałały stymulująco?
Nie wiem. Tam było tyle przeżyć, że po powrocie do domu przez następne trzy miesiące nie byłam w stanie nic utkać. Tyle czasu potrzebowałam, żeby wrócić do siebie. Nie pamiętam jednak, czy ja się jakoś zmieniłam.
Jak pani wraca po takich przeżyciach do siebie? Co zrobić, żeby wrócić do tkania, rysowania?
Wszystko się zaczyna od apetytu na coś, może to być na przykład kolor.
Na co ma pani obecnie apetyt?
Na kolor czerwony. Tłumaczę sobie, że wynika to z zimowego osłabienia, a czerwień dodaje energii. Rzadko mam natomiast ochotę na kolor niebieski, który uspokaja. W każdym okresie życia używałam innych kolorów.
Czuje się pani bardziej artystką czy rzemieślnikiem?
Z Akademii wyniosłam postawę dużego szacunku do rzemiosła. Profesor Plutyńska była patriotką i bardzo je ceniła, jako coś niezwykle szlachetnego. Była idealistką, nie myślała o tym, że jest kimś, kto może nam, studentom, coś narzucać, chciała odrodzić tkaninę polską, jeździła na Podlasie i pracowała z kobietami, które zajmowały się tkactwem; to była ogromna akcja patriotyczna. I ja to przejęłam. Od studiów myślę o rękodziele jak o wspaniałym zajęciu, bo każdy przedmiot wykonany za pomocą rąk i wyobraźni ma duszę i tworzy przyjazne otoczenie człowieka.
Co pani myśli o kondycji tkactwa dzisiaj?
Przykro jest być świadkiem zaniku rękodzieła. Tworzenie tkaniny jest uspokajające, pozwala myśleć, skupić się, tymczasem dziś ludzie nie szukają uspokojenia. Potrzebują dopingu, niepokoju, podniecenia i dużego ekranu telewizora, gdzie bez przerwy coś się dzieje, coś migocze. Obrazy, gobeliny nie są nikomu potrzebne, zbierają tylko kurz.
Nie zauważyłyśmy w pani pracowni telewizora, zaciekawiło nas za to zdjęcie Sai Baby na jednej ze ścian. Co oznacza jego wizerunek w pani pracowni?
Od zawsze interesowałam się duchowością, religiami, w tym mędrcami hinduskimi, praktykowałam jogę, chodziłam na coś takiego jak spotkania sekty hazadźata joga, która miała tu obok zebrania, brali w tym udział ludzie wykształceni, zupełnie normalni, tacy jak ja, z tą różnicą, że oni uważali na przykład, że Słońce jest bogiem, dlatego staliśmy i patrzyliśmy w stronę zachodu słońca. Z różnymi ludźmi się tam spotykałam i różnie spędzaliśmy czas. Czasami siedzieliśmy jeden za drugim i masowaliśmy sobie nawzajem kręgi, to było bardzo ciekawe. A jeżeli chodzi o religie, to mam zawsze dużo pytań, po prostu.
I co panią tak zastanawiało?
Chodzi o odpowiedź na pytanie: po co człowiek żyje na tym świecie? Religii jest wiele, ale pytanie zawsze to samo. Ciekawi mnie to, bo przyszedł w moim życiu czas, kiedy człowiek wreszcie umiera i jest zainteresowany tym, co tam jest dalej. Tkając w studiu, skazałam się na pewien rodzaj samotności. Jak się pracuje z innymi, to się rozmawia o bieżących sprawach, a jak ja siedzę tutaj sama i cierpliwie tkam, to muszę o czymś myśleć, więc myślałam o religiach. Jestem teraz umówiona ze Świadkami Jehowy, sami się zjawili, więc ja im powiedziałam „proszę bardzo”. Z góry im mówię, że się do nich nie zapiszę, ale jak chcą porozmawiać, to jak najbardziej.
Nasza wizyta dobiega końca. Marysia wspomina o swoich bólach karku, na co pani Krystyna opowiada o swoim doświadczeniu akupunktury, że uczęszcza na igły od lat i skutecznie zadziałały na jej migreny. Dodaje, że jest rodzinną masażystką i uciskanie odpowiednich kręgów też pomaga. Po czym zakasuje rękawy i zaczyna masować grzbiet Marii.
//
Materiał ukazał się pierwotnie w 17. numerze magazynu Zwykłe Życie – FANTAZJA. Do kupienia TUTAJ.