Rozmowa: Kolekcjoner zapachów
Każda osoba schodząca w dół warszawską ulicą Tamka zna ten niewielki lokal o zawsze odświętnie udekorowanej witrynie. To tutaj pięć lat temu powstało niezwykłe miejsce na mapie Warszawy – Mood Scent Bar, wyjątkowa perfumeria, jakiej nie znała Polska, ba, Europa!, o asortymencie równie wyjątkowym jak ona sama. O niszowych perfumach, przyjemności z obcowania z zapachami i planach na przyszłość rozmawiam z Victorem Kochetovem, kolekcjonerem zapachów i założycielem MSB.
Mateusz Bzówka: Trzeba było mieć nie lada fantazję i wykazać się niebywałą odwagą, żeby pięć lat temu otworzyć na warszawskim Powiślu, wtedy trochę pozostającym z boku i brudnawym, butik z autorskim wyborem perfum. Jak to się stało, że do tego doszło?
Victor Kochetov: Zabrzmi to zabawnie, ale początkowo w ogóle nie brałem pod uwagę tego, że Mood Scent Bar będzie perfumerią z autorskim wyborem zapachów. To pomysł na MSB był autorski, natomiast na półkach pojawiło się to, co w tamtym momencie chciałem i mogłem pokazać. Dzisiaj w naszym asortymencie jest już dużo więcej marek, ale wtedy zaczynaliśmy od dziesięciu i moim nadrzędnym zadaniem, myślą przewodnią, która towarzyszy mi po dziś dzień, było posiadanie takiej kolekcji niszowych perfum, która odpowiedziałaby na każdą potrzebę. Gdy zaczynaliśmy na Tamce, wszyscy, łącznie z naszą konkurencją, się z nas śmiali, nie wierzyli, że to miejsce wypali. Ale w momencie, gdy już się tutaj zadomowiliśmy, obok otworzył się STOR, a w naszej okolicy powstało mnóstwo ciekawych, kreatywnych miejsc, dzisiaj, po zaledwie kilku latach, no cóż… każdy chce tutaj być.
MB: Co to znaczy, że marki perfumeryjne są niszowe, niezależne? Moje pierwsze skojarzenie, uprzedzam, że niezbyt oryginalne, jest takie, że są piekielnie drogie.
VK: To mit! Perfumy niszowe, czy niezależne, nie są wcale droższe do tych, które można dostać w sieciowej perfumerii w centrum handlowym. Najważniejsza różnica polega jednak na tym, że są one dostępne w specjalnych, dedykowanych im miejscach czy w liczących się domach handlowych typu Harrods, Barneys lub Beau Marché. Trudność wiążąca się z ich zdobyciem to przejaw współczesnej kultury zapachów – to, co jest niedostępne, a przynajmniej z pozoru takie się wydaje, budzi pożądanie. Jednak ta „niszowość” jest bardzo względna. Dajmy na to Dom Rosa o zapachu róży i szampana w Stanach Zjednoczonych jest bardzo popularny, w Barneys był numerem jeden wśród sprzedających się perfum. Natomiast w Europie nadal pozostaje czymś nieznanym, wciąż jest świeży i wyjątkowy. I to świetnie! Bo perfumy właśnie po to są – aby po ich użyciu czuć się wyjątkowo. Ta „niszowość” ma też jeszcze jeden aspekt. Nie każdy zapach nadaje się na co dzień. Niektóre zapachy są niszowe również pod względem sytuacji, w których się ich używa, lub przypadają do gustu bardzo nietuzinkowym osobom. Dlaczego? Bo zwykle te zapachy są inne, trudniejsze w odbiorze, bardziej skomplikowane i złożone, daleko im do standardowych, popularnych zapachów, które znamy „z ulicy”.
MB: Skąd w tobie takie zamiłowanie do zapachów?
VK: Nie będą opowiadał ckliwych historii, jak to od dzieciństwa wszystko wąchałem i poznawałem świat przez nos, bo tak oczywiście nie było. Przed MSB zajmowałem się biopsychologią i reklamą, ale rzeczywiście ten temat zawsze się gdzieś u mnie przewijał. Od dawna jestem świadomym użytkownikiem perfum, a moją ulubioną marką niezmiennie jest Commes des Garçons, z którą od dawna współpracuję i której poświęciłem dwanaście lat życia.
MB: Zakładając Mood Scent Bar, spodziewałeś się, że ten pomysł wypali, a samo miejsce stanie się ważnym punktem na perfumeryjnej mapie świata?
VK: Wszystkie moje początkowe założenia, misja, która wyłania się z manifestu MSB, oraz konsekwencja i pewien rodzaj patrzenia w przód doprowadziły do momentu, w którym jesteśmy teraz. Naszą dużą zaletą jest umiejętność dopasowania perfum w taki sposób, aby zapach na danej osobie ożył i poruszał zmysły przechodniów, których nasz gość czy gościni, wychodząc z MSB, spotka na swojej drodze. Udany wybór i zadowolenie odwiedzających nas osób to dla nas podstawa.
MB: Mówiąc o MSB, mówisz często „my”. Powiedz, proszę, z kim współpracujesz. Kto należy do zespołu MSB?
VK: Możesz się zdziwić, ale MSB jest obecnie firmą rodzinną. Ale rodzinną nie w rozumieniu czegoś zakurzonego, do czego ktoś kogoś zmusza, a czegoś zdecydowanie nowoczesnego. Zarówno ja, jak i moje siostry, które w międzyczasie dołączyły do zespołu, pasjonujemy się zapachami. Wiesz, wszyscy moi współpracownicy to wyjątkowe osoby o przeróżnych pasjach. Dlatego MSB wygląda tak, jak wygląda. Dlatego to my wyznaczamy, choć nie lubię strasznie tego określenia, trendy. Mamy już dosyć minimalizmu, mamy już dosyć tej nudnej skandynawskiej estetyki. Spójrz na MSB – staramy się tutaj przywrócić barok, dekor i ornament, ale w wersji naszej, przefiltrowanej przez tę fajną, nowoczesną, pozbawioną kompleksów i cepeliarskiego klimatu polskość.
MB: Piąte urodziny to dobry moment na podsumowania. Opowiedz, proszę, jak w tym czasie zmienił się Mood Scent Bar.
VK: Mamy dużo więcej marek niż początkowo, mamy świetny team, który codziennie staje na wysokości zadania, i po trzecie, MSB to już nie tylko lokal na Tamce. To również MSB na Brackiej oraz Candleria. W ciągu tych pięciu lat wypracowaliśmy wyjątkowy model obsługi. Mamy możliwość współpracy z naprawdę świetnymi fotografami, takimi jak chociażby Roberto Greco. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że to my, tutaj w Polsce, produkujemy zdjęcia dla takich marek jak Liquides imaginares, Pour toujours parfums, Comme des garçons. Perfumy są w tym momencie bardzo chcianym produktem, nie musimy już niczego udowadniać. Społeczeństwo się bogaci, coraz większej liczbie osób zależy na tym, aby pachnieć w wyjątkowy sposób, a ludzie są coraz bardziej świadomi tego, że zapach, nie tylko ten osobisty, ale też na przykład domu, który jest niezmiernie ważny w naszej kulturze, „jest czymś więcej niż tylko pachnącym powietrzem”. Mam nadzieję, że poniekąd się do tego przyczyniliśmy.
MB: A jak wyglądają wasze plany na przyszłość? Czego możemy życzyć MSB na ten pierwszy okrągły jubileusz?
VK: Naszą przyszłością są ludzie – to oni stanowią dla nas największą inspirację i motor do działania. Staramy się bardzo ciężko pracować i wierzymy, że przyszłość będzie wspaniała. Tego możecie nam życzyć.
MB: Na początku naszej rozmowy wspomniałeś o kulturze zapachów. Jak ona wygląda w Polsce? Nie jesteśmy Francją, która jednoznacznie kojarzy się z perfumami, mamy natomiast jedną z najlepiej zaopatrzonych perfumerii na całym świecie.
VK: Jedną z podstawowych rzeczy, która jest bardzo trudna i zarazem charakterystyczna dla naszego regionu, a z którą mierzymy się na co dzień, jest przybliżanie ludzi do zapachów. Przedstawianie ich i oswajanie z nimi. Cena czy „niszowość”, o której rozmawialiśmy wcześniej, nie powinny być przeszkodą w wyborze perfum. W naszych progach nikogo nie traktujemy z góry i chętnie doradzamy, i mam wrażenie, że tym się też różnimy od innych perfumerii. W naszym manifeście piszemy, że „szukanie odpowiednich perfum to przecież nie tylko wąchanie” – to podejście jest dużo trudniejsze i wymaga czasu, ale w dłuższej perspektywie budowanie bliskiej relacji, zarówno dla nas, jak i dla naszych gości, okazuje się dużo lepsze. Nie wyobrażam sobie sprzedaży perfum bez rozmowy. Zakup perfum to jednorazowy wydatek na rok lub jeszcze dłużej – musi być przemyślany i mądry. Inaczej to kompletnie nie ma sensu.
//
Materiał opublikowany pierwotnie w 17. numerze magazynu Zwykłe Życie – #Fantazja.