Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Z duetem Coals spotkaliśmy się w przededniu premiery ich debiutanckiego albumu „Tamagotchi”, w jednej z kawiarni na warszawskim Muranowie. Jak się okazało przy kubku kawy, do muzyki podchodzą na poważnie, z artystycznym zacięciem, ale też z dozą dobrej zabawy. Są otwartymi i serdecznymi rozmówcami, którzy mimo młodego wieku kieszenie mają wypełnione ciekawymi opowieściami.

AB: Wasz debiutancki album ukazał się w piątek, trzynastego listopada. Czy jesteście przesądni?

Łukasz: Nawet nie zorientowałem się, że to był piątek trzynastego.

Kasia: A ja to zauważyłam, jednak nie przeżywałam tego dnia jakoś specjalnie. Chyba trochę dlatego, że w mojej głowie ta płyta już od jakiegoś czasu jest wydana, przez co sam moment oficjalnej premiery nie wywołał niepotrzebnego stresu. Pracowaliśmy nad tyloma rzeczami związanymi z tym albumem, że już nie wiem, czy umiemy o nim myśleć w kategoriach nowości.

AB: Musieliśmy trochę poczekać na wasz fonograficzny długogrający debiut. Dlaczego praca nad „Tamagotchi” trwała ponad trzy lata?

K: Prawdę mówiąc nie mieliśmy wcześniej gotowego materiału. Może wynika to trochę z mojego lenistwa i niepewności? (śmiech) Niby mieliśmy propozycje wielu wytwórni z Polski, jednak to jeszcze też nie był ten moment.

Ł: Może jeśli wcześniej znaleźlibyśmy wytwórnię, to sprawy potoczyłyby się dużo szybciej.

K: Ciężko też wydawać płytę, gdy nie ma się zgromadzonej grupy odbiorców. Chyba warto najpierw zbudować publikę, postarać się, a później przejść do tak poważnej sprawy, jaką jest płyta. Można też powiedzieć, że na przełomie 2015 i 2016 zniknęliśmy z rynku muzycznego, graliśmy koncerty „raz na ruski rok”. Nie czułam się wtedy zbyt dobrze i miałam wątpliwości, czy chcę działać muzycznie. Przestałam lubić nasze piosenki, no i też przytłaczała mnie branża muzyczna, która, nie oszukujmy się, bywa okrutna.

AB: A nie kusiło was, żeby debiut wydać tzw. „własnym sumptem”?

Ł: Dużo ludzi reklamowało nam tę drogę, ale sam bałbym się choćby tego, że zapomnę o czymś istotnym, coś przeoczę. Nie mamy jeszcze wielkiego doświadczenia w branży. W sumie raz próbowaliśmy podziałać na jednym z portali crowdfundingowych co przez naszą nieporadność okazało się wielką „klapą”. Też bardziej chcemy skupić się na tworzeniu i nie odpowiadać za wszystko, a wytwórnia oferuje nam ten luksus.

K: To oni wykładają pieniądze na tłoczenie płyt, czy promocję. Nie oszukujmy się, samemu, zwłaszcza kiedy jesteś debiutantem, trudno jest pozyskać takie fundusze. Wytwórnie, z którymi się dogadaliśmy (ostatecznie album „Tamagotchi” ukazał się nakładem czterech wytwórni w Polsce, Szwajcarii, Niemczech i Holandii — przyp. red.) niczego nam nie narzucają.

AB: Właśnie, zdjęcie okładkowe to wasza sprawka?

K: Tak. Każde z nas w jakimś stopniu interesuje się sztukami wizualnymi. Sama okładka powstała dość spontanicznie, kiedy byliśmy w Cieszynie. Mieliśmy wytyczony deadline i zaledwie dwa dni na jej wymyślenie. Pierwszego dnia Łukasz wpadł na pomysł, żebyśmy do zdjęcia wykorzystali taki wózek znajdujący się nieopodal torów kolejowych. Tak więc razem z dziewczyną Łukasza udaliśmy się tam pod osłoną nocy i zrobiliśmy parę ujęć. Jednak doszliśmy do wniosku, że nie jest ono najlepsze na okładkę. Drugiego dnia poszliśmy do Cieszyńskiego domu kultury. Są tam takie oldschoolowe fajne przestrzenie, ładne kolory i ciekawie rozmieszczone na ścianach lustra, które od razu wpadły nam w oko. Dobraliśmy stroje, m.in. ten szary prochowiec i zapozowaliśmy. Łukasz się położył na podłodze, ja stojąc prawie na baczność, wyciągnęłam przed siebie stary telefon komórkowy, będący trochę symbolem tej muzycznej nostalgii związanej z przeszłością, jaką można znaleźć na „Tamagotchi”.

Ł: W sumie to w tej przestrzeni zrobiliśmy około dwudziestu ujęć. I jedno z nich wybraliśmy! Prawdopodobnie podświadomie trochę do tego wyboru zainspirowała nas okładka albumu „Freetown Sound” Blood Orange. (śmiech).

AB: Blood Orange?

Ł: Tak. Devonté „Dev” Hynes jest bardzo ważną postacią we współczesnej popkulturze i muzyce. Nie tylko jest świetny jako Blood Orange, ale też tworzył i współpracował m.in. z Florence and The Machine, Solange, Carly Rae Jepsen czy The Chemical Brothers. A to zaledwie ułamek z całej listy gwiazd, dla których coś robił jako producent, bądź autor. Hynes to muzyk z bardzo dużym dorobkiem artystycznym. To trochę taki współczesny Michael Jackson. Zdecydowanie jestem jego fanem.

AB: A teraz nawiązując do zawartości „Tamagotchi” i tej sentymentalnej, jakby nie patrzeć, podróży do przeszłości… co zainspirowało Was bardziej? Lata dziewięćdziesiąte czy dwutysięczne? Która z tych dekad jest wam bliższa?

K: Na tym albumie łączymy tak trochę współczesność z retromanią, jednak zdecydowanie bliżej nam do lat dwutysięcznych niż dziewięćdziesiątych. Z tych drugich nic nie pamiętamy. Sam pomysł na taki muzyczny mariaż z przeszłością narodził się, kiedy zaczęłam robić „duchologiczne” zdjęcia (użyłam słowa „duchologiczny” od książki Olgi Drendy, która jest jedną z moich wielkich fascynacji). Polegało to na tym, że tworzyłam autoportrety w miejscach, które były związane z moim dzieciństwem albo nie zmieniły się od lat np. bar Europa w Katowicach. Jeszcze wtedy cały boom na powrót ortalionów w Polsce nie był tak wielkim trendem instagramowym. Również do obrania tej ścieżki przyczyniły się nasze rozmowy z Łukaszem, gdy podczas komponowania wspominaliśmy i opowiadaliśmy sobie jakieś takie nasze wspomnienia z dzieciństwa, straszne historie o chupacabrze, ect.

AB: Słuchając waszego albumu trudno nie zadać tego pytania, tak więc czy jesteście dziećmi odradzającej się mody na rave i zbierających uznanie wśród waszych rówieśników imprez, takich jak Wixapol?

K: Łukasz zdecydowanie nie, a ze mną bywa różnie. W ubiegłym roku chodziłam na tego typu wydarzenia. Podoba mi się idea Wixapolu. Niestety, ostatnio kompletnie brakuje mi czasu na takie rzeczy.

Ł: Jak zaznaczyła Kasia, raczej nie jestem zwolennikiem tego typu imprez i chyba nigdy tak do końca ich nie polubię. Za to, paradoksalnie, bardzo lubię tańczyć.

K: Łukasz jest świetnym tancerzem! Był jednym z pierwszych tancerzy tecktonik w Polsce!

Ł: Oj, na pewno nie byłem jednym z pierwszych. Pierwsi tancerze Tecktonik byli z Warszawy. Też nie koniecznie jestem dobry. Zwyczajnie bardzo lubię tańczyć. A imprez trochę nie lubię z różnych powodów. Na przykład dlatego, że jest tam dużo ludzi, pije się alkohol, gada jakieś totalne głupoty nie wiadomo o czym i jeszcze na dokładkę śmierdzi fajkami… jednak z drugiej strony, kiedy na imprezie lecą z głośników dobre dźwięki, jest dużo miejsca na parkiecie, a ludzie już są tak pijani, że się tobą kompletnie nie interesują — to przynajmniej w spokoju można sobie potańczyć. To wywołuje czasem we mnie pewien rodzaj wewnętrznej walki, dysonansu… kiedy rozważam sobie w głowie — pójść, czy nie pójść na konkretne wydarzenie?

AB: Dobra, to teraz załóżmy, że jesteśmy na takiej imprezie i nagle ktoś puszcza Waszą płytę…?

K: kiedyś ktoś mi powiedział, że na silent disco we Wrocławiu ktoś puścił Rave’03 i totalnie byłam tym zaskoczona. Gdyby ktoś puścił naszą płytę na imprezie, na której bym była, to prawdopodobnie czułabym się bardzo zawstydzona i chciałabym jak najszybciej stamtąd uciec.

Ł: Zdecydowanie od razu bym stamtąd wyszedł. Pamiętam, jak moi krewni puszczali jakieś nasze utwory na spotkaniach rodzinnych. To były czasy, kiedy jeszcze to znosiłem. Wiadomo, początki, pierwsze wywiady i nagle okazało się na forum rodziny, że coś tym dzieciakom z tej muzyki wychodzi. Stąd też przy świątecznym obiedzie czy herbacie u cioci czasem padały prośby, by coś z tego naszego repertuaru zaprezentować, puścić którąś z piosenek. Straszne rzeczy.

AB: A jak byście sami określili, zakwalifikowali gatunkowo swoją muzykę?

Ł: Niektórzy mówią, że to electro-pop. Jednak ten album trudno podpisać jednym, jakimś konkretnym gatunkiem muzycznym. Może jednak najbliżej nam do popu? W sumie prawie wszystko jest popem (śmiech)! Najlepiej prawdopodobnie określiłby nas taki „cold pop”. Ten pop wydaje się tutaj idealnie na swoim miejscu. Ostatecznie dokładamy starań, aby wszystkie numery w naszym odczuciu brzmiały przebojowo.

K: Dla mnie nasza twórczość jest taka eklektyczna. Pop? Zgoda, jednak niekoniecznie taki znany powszechnie z rozgłośni radiowych. Bardziej ze względu na pojawianie się powtarzalnych motywów. Jednak niektóre kawałki z Tamagotchi są dość skomplikowane i bardzo rozbudowane na poziomie produkcyjnym, wręcz mozaikowe, przez co trudno zakwalifikować je do muzyki łatwej, radosnej i popularnej. Też cały czas mam w głowie to, że jeden nasz znajomy określił nasze utwory jako shyrapowe. Chyba jednak najtrafniejsze będzie sformułowanie, że jest to dream pop.

AB: A nie myślicie może nad powiększeniem składu zespołu na koncertach?

K: Na koncertach gra z nami jeszcze Bobek, tj. Bobkovski. Jednak raczej nie myślimy o dodatkowych muzykach na stałe. Jeśli już to bardziej w ramach kolaboracji.

Ł: Ciężko jest przyjąć kogoś tak, żeby miał wpływ na wszystko. Bobek jest idealnym dopełnieniem naszego zespołu i mam nadzieje, że zostanie z nami na dłużej.

AB: Nadal nagrywacie i pracujecie na odległość?

K: raczej nie, teraz spotykamy się w Cieszynie. Jak kończyliśmy pracę nad płytą, to z dwa tygodnie siedziałam u Łukasza. Jesteśmy zadowoleni z efektu finalnego, chociaż przy finiszu wcale nie było lekko. Towarzyszyła temu już ogromna presja.

Ł: To były ciężkie czasy (śmiech). Bywa, że na odległość nadal pracujemy nad zarysem nowych utworów, ale wszystkie szlify i konkrety ogarniamy już siedząc i nagrywając razem.

AB: Wasz dorobek sceniczny jest już spory. Jeździcie w trasy po Europie, gracie na festiwalach. Który z dotychczasowych koncertów wspominacie najlepiej?

Ł: Najwięcej energii i tym samym najmocniej prawdopodobnie utkwiły nam w głowach dwa koncerty z Krakowa. Jeden przy Ul. Szpitalnej 1 i drugi podczas Kraków Live Festival. Koncert na Kraków Live Festival wyglądał tak, jakbyśmy byli headlinerem wydarzenia. Przyszło bardzo dużo ludzi. Wszyscy krzyczeli, śpiewali nasze piosenki — to było bardzo miłe.

K: W Krakowie mamy świetnych odbiorców, którzy rozkręcają nam koncerty. Dzięki temu czujemy się swobodniej. Jednak tym najważniejszym dla nas koncertem prawdopodobnie był występ podczas OFF Festivalu. Była to nie tylko opcja zagrania na jednym z ważniejszych festiwali w kraju, ale również wtedy nagraliśmy nasze pierwsze KEXP i bardziej poważnie spojrzeliśmy na nasz zespół. Też po tym Offie w 2015 roku zaczęło się pojawiać zainteresowanie nami ze strony ludzi oraz mediów.

Premiera „Tamagotchi” już niebawem! Dołącz do wydarzenia!

AB: Czy planujecie dalszą muzyczną przyszłość pod szyldem Coals?

K: O zespole myślimy długodystansowo. Oczywiście bez przesady, bo pewnie nie będzie on istniał całe nasze życie.

Ł: Inaczej, jeśli będziemy mieli pomysły, to na pewno będziemy kontynuować naszą działalność. A jeśli będziemy mieli powielać coś, co robiliśmy, żeby tylko to sprzedać, to… też będziemy kontynuować (śmiech). Obecnie mamy pomysły i będziemy robić więcej, a jak się one skończą, to wtedy będziemy się zastanawiać co zrobić dalej.

AB: teksty pisane po polsku — hit czy kit? Dlaczego artyści przekładają bardzo często anglojęzyczne teksty nad te tworzone w rodzimym języku?

K: Możemy jedynie mówić w swoim imieniu. Zdecydowałam się na pisanie tekstów w języku angielskim z bardzo prostej przyczyny — dużo koncertujemy w innych krajach Europy i raczej ciężko byłoby przekonać naszych zagranicznych odbiorców do repertuaru podanego w naszym języku ojczystym. Poza tym część naszych brzmień nawiązuje do kultury Zachodu, gdzie dane piosenki powstały naturalnie z angielskim tekstem. Jednak na polskim wydaniu albumu mamy dodatkowo utwór zaśpiewany po polsku. „Lato 2002” to piosenka, którą wypuściliśmy jakoś w lutym i dość szybko zaczęło do nas docierać, że ludzie ją lubią. Nie powiem, fajnie by było stworzyć coś po polsku, ale żeby też było to spójne — np. cała płyta po polsku, a nie coś w rodzaju polskich odrzutów.

AB: I ostatnie pytanie — jeżeli moglibyście być jakimiś superbohaterami albo mieć jakieś super moce, to co by to było?

L: Chciałbym przyciągać małe pieski i kotki. Albo być człowiekiem psem. O!

K: a ja bym chciała, żeby moje dojazdy trwały krócej. Przez cały tydzień bardzo dużo jeżdżę pociągami, czy autobusami. Dobrze byłoby, jakby takie cztery godziny spędzone w PKP mogły zamienić się w pięć minut. Taka teleportacja. Albo nawet zdolność do bilokacji i bycia w co najmniej dwóch miejscach na raz — zdecydowanie byłaby super!