Stolarz, projektant, rzemieślnik
Wspólnie z Agnieszką Opalińską odwiedziłyśmy pracownię stolarską Aleksandra Oniszha. To miejsce oddalone, twórcze, pachnące drewnem i woskiem. Na prywatne zamówienie, do domu w Borach Tucholskich, kończy właśnie dwie ławy i stół. Jest gotów na kompromis co do wymiarów i funkcji, reszta należy do niego.
Agnieszka Opalińska: Jak zaczęła się twoja pasja do rzemiosła?
Olek Oniszh: Ojciec denerwował się, że mam dwie lewe ręce, bo jako mały chłopiec wolałem się wygłupiać. Na poważnie zaczęło się wtedy, gdy zacząłem studiować architekturę w Polsce. Potem pojechałem na 5 lat do Wiednia, gdzie również studiowałem architekturę. Ucząc się, jednocześnie dużo też pracowałem. Budowałem instalacje, scenografie teatralne, modele, nauczyłem się pracować z plexi, corianem i wykorzystywałem maszyny cnc, które kiedyś też chciałbym mieć u siebie. Ale nie pracowałem z drewnem. Warsztat był dla mnie naturalną rzeczą, ale drewno nie. A drewno jest trudne, bo nie jest homogeniczne.
AO: To dlaczego ostatecznie zdecydowałeś się na drewno?
OO: Z dwóch powodów. Przyszedł moment, w którym nie bardzo wiedziałem już, co dalej robić. Wtedy dostałem pracę w teatrze w Krakowie jako scenograf. Było lato i nie było spektakli. Przygotowywali się do nowego sezonu. Miałem więc do dyspozycji bardzo fajną pracownię – warsztat z podstawowymi maszynami. Poznałem w niej Pana Kazimierza, który na początku nie miał do mnie zaufania, ale powiedział, że mogę sobie z nich korzystać. I zaprojektowałem swoją pierwszą szafę. Nic szczególnego, ot szafa ze sklejki, ale wtedy poczułem, że to jest to! Nie była to duża skala i siedzenie przy komputerze w trakcie projektowania, a znacznie mniejsze formy, robienie rzeczy ręcznie i efekt, który widać w miarę szybko, a nie taki na który czeka się miesiącami. Dopełnieniem był dzień, w którym mój ojciec odebrał swoją XVIII-wieczną komodę z renowacji. Przywiózł mu ją konserwator pracowni z warszawskiej ulicy Wilczej w Warszawie. Po dziesięciu miesiącach pracy przyjechał do naszego domu z wypiekami na twarzy. Udzieliła mi się jego pasja.
AO: Jak zabierasz się do pracy?
OO: Najchętniej umawiam się z klientami w ich domach, we wnętrzach, w których ma stanąć mój mebel. Gdy pracuję z ludźmi mieszkającymi w innych miastach, nie zawsze jest czas na taką wizytę, więc czasem bazujemy tylko na zdjęciach. Projekt zaczyna się od zrobienia szkiców. Nie lubię, jak ktoś przychodzi z gotową koncepcją albo prosi, żebym zrobił kopię czegoś, co już jest. Lubię robić rzeczy po swojemu. Umiem pójść na kompromis co do wymiarów, funkcji, ale reszta należy do mnie. I nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś powiedział, że zupełnie nie podoba mu się to, co zaproponowałem.
AO: Skąd pozyskujesz materiał na swoje realizacje?
OO: Niekiedy są to prawdziwe wycieczki. Na przykład dowiaduję się przypadkiem, że ktoś, gdzieś, daleko na południu Polski, w małej wsi ma stolarnię, sam tnie i suszy drewno i ma akurat nasz rodzimy orzech. Wtedy biorę przyczepę i jadę. Ostatnio wykonałem meble, które były zrobione z jednego, ogromnego bala czereśniowego. Z sześciu środkowych, grubych dech. Poświęcam często cały dzień na myślenie, jak skomponować blat, często powstaje z klinku desek. Ważny jest też dla mnie ich układ, bo zależy mi, żeby powstał odpowiedni rysunek. Takie kombinowanie i praca koncepcyjna na każdym etapie, to rzecz absolutnie niepowtarzalna, niemożliwa w masowej skali.
AO: Masz ulubione drewno, w którym lubisz pracować?
OO: Najczęściej pracuję w naszym rodzimym drewnie liściastym, czyli w buku, dębie, jesionie, śliwie, czereśni i gruszy.
AO: W twoim warsztacie pełno pięknych maszyn, to kolekcjonerskie zdobycze?
OO: Tak, maszyny to kolejny zajmujący mnie temat. Zwykle to wyszukane, wybrane perełki. Niedawno pozyskałem angielską piłę z lat 60., którą zawsze chciałem mieć. Teraz sprowadzam piłę taśmową, też angielską, z ’58 roku. Są pięknie zaprojektowane i cały czas sprawne. To przemysłowe maszyny, bardzo precyzyjne – każda waży tonę.
AO: Na taką kolekcję maszyn potrzebny jest chyba majątek!
OO: Jedna maszyna to koszt rzędu 100 tysięcy złotych, ale warto zainwestować w jakość.
AO: Poza ciężkimi maszynami masz również sporo narzędzi do obróbki ręcznej, są piękne.
OO: Mam kolekcję ręcznie kutych, japońskich dłut ze znaczkami rzemieślnika, który je wykonał. Japonia ma długą, liczącą setki lat tradycję produkcji narzędzi rzemieślniczych. Ich produkty są przykładem najwyższej finezji i doskonałości. Mam też japońską piłę i pilniki oraz ręcznie robiony, francuski pilnik. Na początku pracy i kompletowania parku maszynowo-sprzętowego nie wiedziałem tak na prawdę, co mi będzie potrzebne. Uczyłem się wszystkiego sam. Trochę z literatury, trochę metodą prób i błędów. Właściwie rok, zajęło mi nauczenie się jak prawidłowo naostrzyć piłę. W tej chwili dużo inwestuję i kupuję nowe sprzęty.
AO: Jak dzisiaj opisałbyś swoje miejsce na rynku?
OO: Wypełniam niszę pomiędzy seryjną produkcją a znanymi na całym świecie, bardzo drogimi markami. Mam ofertę dla tych, którzy chcą mieć coś wyjątkowego, pojedynczego. Moi klienci mają odwagę zaryzykować, a nie kupić coś z masowej produkcji. To, co robię, przypomina pracę japońskich czy amerykańskich stolarzy. Tyle, że poza meblami be-spoke, które oferuję, oni mają jeszcze custom’owe rzeczy, czyli swój stół, swoje krzesło, swój fotel. I jest to kierunek, w którym chciałbym iść. Żałuję tylko, że wielu ludziom wydaje się, że usługi stolarza są tanie. Ja myślę o sobie jako o stolarzu-projektancie. To, co u mnie powstaje, jest zazwyczaj pojedynczym egzemplarzem, wykonanym w ciągu dziesiątek godzin, solidnie, ludzką ręką i sercem według autorskiego projektu.
AO: Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej mam wrażenie, że jesteś człowiekiem dynamicznym, otwartym. Twoja praca to często godziny w samotności, precyzja, spokój. Jak godzisz te dwie natury?
OO: Dopiero z czasem nauczyłem się tego spokoju i cierpliwości. I to tutaj, w warsztacie. Oczywiście, czasem zdarza się, że wkurza mnie to bycie cierpliwym. Ale dzisiaj widzę, że przynosi to efekty, że cierpliwość się opłaca. Nauczyłem się mniej spieszyć i nie być pazernym na rezultaty. Uwielbiam, jak powstają ładne rzeczy. Chciałbym, żeby powstawały szybko i żeby było ich dużo, ale wiem, że wtedy nie będą takie piękne. Jeśli chcesz, żeby rzeczy wyglądały tak, jak je zaplanujesz, musisz wypracować w sobie jakiś kompromis. Bycie w warsztacie jest dla mnie formą odskoczni. Wiele też zależy od dnia. Są takie dni, że przychodzę zmęczony albo zły i przekraczając próg pracowni już wiem, że nic z tego nie wyjdzie, więc albo pracuję krócej albo w ogóle nie pracuję i idę do domu. Dzisiaj mogę sobie na to pozwolić. Moja stolarnia to nie jest fabryka, która wszystko ma obliczone i działa według pewnego, z góry ustalonego i sztywnego systemu. Czasami, kiedy coś robię, naprawdę się boję. Pracuję na przykład nad jednym łączeniem trzy dni – jeden element mebla musi spotkać się z drugim. I czasami nie wychodzi. Wtedy siedzę smutny. Kiedyś bardziej się denerwowałem – dzisiaj pozwalam sobie na taki smutek.
AO: Jesteś prawdziwym pasjonatem.
OO: Lubię działać organicznie. Pomału dochodzić do tego, co chcę. Ta praca mnie uspokaja. Człowiek uczy się na błędach. Popełniłem sporo błędów, ale dzięki temu nauczyłem się też dużo pokory.
AO: Jednym z twoich ostatnich projektów był stół konferencyjny dla Mamastudio.
OO: To był eksperyment. Romboidalny kształt świetnie się sprawdził i wiem, że użytkownicy są z niego zadowoleni. Jedni mówią na niego trumna, innym kojarzy się z oscypkiem. Uznałem, że narożniki są zupełnie zbędne. W sumie po co stół ma rogi? Kompletna strata miejsca.
//
Aleksander Oniszh
Urodzony w 1984 roku w Warszawie. Studiował architekture na Wydziale Architektury PW (2004-2007) i Universität für Angewandte Kunst w Wiedniu (2007-2011). Pasjonuje się rzemiosłem i projektowaniem form przemysłowych. Od 2013 roku zajmuje się profesjonalnie stolarstwem i prowadzi swoją własną pracownię – ONISZH furniture studio.
//
Tekst: Agnieszka Opalińska właścicielka AYLI Real Estate
Zdjęcia: Luiza Skucz / @petitbackstage