Wyspy Zielonego Przylądka
Zwykłe życie zaczyna się tam, gdzie rytm dnia wyznaczają proste czynności takie jak na przykład przyrządzanie jedzenia, łowienie ryb, uprawa roślin, czy hodowla zwierząt. W wielu zakątkach naszej planety takie zajęcia nadal stanowią podstawę codzienności. Podzielę się z wami moimi zwykłożyciowymi spostrzeżeniami z Wysp Zielonego Przylądka (WZP, Cabo Verde).
Republika WZP to państwo położone na Oceanie Atlantyckim, geograficznie najbardziej zbliżone do Afryki (Senegal oddalony jest o ponad 450 km od lądu wysuniętego najdalej na wschód), a kulturowo – zarówno do Europy, jak i Afryki. Portugalska kolonizacja wyspy rozpoczęła się w XV w., a państwo w obecnej formie, jako niepodległa Republika WZP, powstało w 1975 r. Oficjalnym językiem jest wciąż portugalski, lecz w powszechnym użyciu króluje kreolski (w odmianie afro-portugalskiej, czyli kabowerdyjski, język kabuverdianu). Lokalna ludność zajmuje się rybołówstwem, w niewielkim stopniu również rolnictwem i handlem. Z roku na rok rośnie znaczenie turystyki. Z dziesięciu głównych wysp odwiedziłam trzy – dwie znajdujące się w archipelagu Wysp Zawietrznych (Barlavento: São Vicente, Santo Antão) oraz Santiago, należące do Wysp Podwietrznych (Sotavento, ze stolicą kraju – Praią).
SÃO VICENTE
Centralnym punktem wyspy jest Mindelo – ważny ośrodek kultury, a jednocześnie drugie co do wielkości miasto na WZP. Według kabowerdeńskich standardów Mindelo nazwalibyśmy zapewne metropolią, według europejskich – zapomnianym przez świat, prowincjonalnym miasteczkiem. Jednak znaczenie Mindelo jest duże. Nawięcej skojarzeń przywołuje uwielbiana przez Kabowerdyjczyków Cesaria Evora. Artystka zaczęła karierę i przez całe życie tworzyła właśnie w Mindelo. Po jej śmierci ogłoszono dwudniową żałobę narodową, a jej wizerunek pojawił się na banknotach o wartości 1000 escudos. Poza Mindelo, na São Vicente niewiele się dzieje. Pobliskie wioski są przerażająco wyludnione, a pustynny klimat niespecjalnie zachęca do jakichkolwiek eksploracji terenu. Turyści najchętniej przybywają na urlop w sezonie trwającym od października do kwietnia (głównie spragnieni dobrej pogody Europejczycy). Oprócz typowego zwiedzania i plażowania, można zaplanować także aktywny wypoczynek nad wodą, decydując się na np. żeglowanie, kitesurfing czy nurkowanie. Na São Vicente warto spróbować ryb i owoców morza, potraw z manioku, a także alkoholi, w tym wytwarzanego na miejscu grogu.
W radzeniu sobie z wysokimi temperaturami może pomóc obserwacja lokalsów. Charakteryzuje ich przede wszystkim brak pośpiechu, umiejętne rozkładanie energii, aby wystarczała na wszystkie, zwykle mało skomplikowane czynności dnia, ograniczanie czasu spędzanego w upale. Typowym dla Mindelo jest widok mieszkańców okupujących ulice, starając się sprzedać to, co akurat udało im się zdobyć (ryby, owoce), przyrządzić (domowe wypieki i słodkości) lub własnoręcznie wykonać (biżuteria, ozdoby, ubrania). Monotonię przełamują wschody i zachody słońca, a także rzadko występujące opady deszczu. Tropikalna duszność sprawia, że nikomu nie chce silić się na wiele. Lenistwo okolicznych bezdomnych psów chyba najlepiej obrazuje panujący na wyspie poziom motywacji do działania. Zwierzęta nie ruszają się z drogi nawet wtedy, gdy prosto w ich kierunku zmierza rozpędzony samochód!
Wszelkie europejskie oczekiwania co do serwisu i obsługi należy odstawić w kąt. Nie powinny zdziwić niespieszność i brak nadskakiwania ze strony personelu, w pogoni za pozytywną recenzją na Trip Advisor. Porządek rzeczy wydaje się często odwrócony. W lokalach niby jest menu, ale może się zdarzyć, że żadne z dań akurat nie jest dostępne. Wyobrażenie o jedzeniu opisanym w karcie może daleko odbiegać od tego, co dostaniemy na talerzu. Osoby żyjące na co dzień w strachu przed glutenem, laktozą, czy cukrem, nie uchronią się przed nimi w przybytkach gastronomicznych na São Vicente. Znana w Polsce zasada, że „szynka czy kurczak to nie mięso” również i tam obowiązuje. W składzie potraw wegańskich jednej z restauracji znalazły się m.in.: jajka i wątpliwie wegańskie sery, czy śmietana.
Serdeczność wyspiarzy niweluje jednak negatywny odbiór stanu rzeczy. Owszem, podczas pobytu w Mindelo niejednokrotnie zostałam naciągnięta na zakup zupełnie nieprzydatnych drobiazgów, co można tłumaczyć moją słabą asertywnością lub smykałką do interesów mieszkańców tej części Cabo Verde. W przeważającej mierze jednak nie czułam, że ogół czyha tylko na to, żeby mnie oszukać. Wręcz przeciwnie, spotkały mnie miłe gesty, słowa i zwykła, niezabarwiona żadnymi ukrytymi pobudkami bezinteresowność.
SANTO ANTÃO
Jeśli jakaś z wysp archipelagu jest rzeczywiście zielona, to właśnie Santo Antão (a oprócz niej także Santiago; inne bywają tylko czasem zielone i nie wszędzie). Unoszący się tam zapach jest specyficzny. W nucie głowy zdecydowanie śmierdzi rybą, w nucie serca – pachnie mieszanką owoców papai i mango, a w nucie bazowej – trzciną cukrową. Im dalej od linii brzegowej, tym swąd oceanu zanika i zastępuje go słodkawy aromat wszechobecnej, uprawianej na wyspie byliny. Przyjemna woń towarzyszy niemal każdej wędrówce po licznych ścieżkach górskich (tzw. ribeiras) na Santo Antão. W skład tamtejszej flory wchodzą również m.in.: drzewa kokosowe i bananowe, draceny, tamaryszek, jadłoszyn, akacje. Większość roślinności została przywieziona z innych kontynentów i w pewnym stopniu zdołała się rozrosnąć na stromych, prawie pustynnych zboczach, dodając im uroku i kontrastując z błękitną tonią oceanu. Landszaftowe trasy hikingowe to największa atrakcja dla zagranicznych przybyszy.
Turyści na szlakach mają szansę stać naocznymi świadkami toczącego się na Santo Antão życia. Lokalna społeczność z braku zajęcia i z nudów (Santo Antão charakteryzuje duży stopień bezrobocia) przenosi codzienne sprawunki przed swoje domostwa. Całe wioski pichcą wspólnie na ulicach w prowizorycznych piecach, mężczyźni pomagają sobie wzajemnie w remontach domów, dzieci bawią się lub przejmują od rodziców obowiązek opieki nad zwierzętami. Czasem dzień upływa wyłącznie na wyglądaniu przez okno, w oczekiwaniu na jakikolwiek zwrot akcji (niejednokrotnie będący jedynie nadejściem sąsiada lub przypadkowego podróżnika). Często dla tych żyjących na wulkanicznej wyspie ludzi, kontakt z wędrowcami to jedyna realna forma kontaktu ze światem zewnętrznym. Kogo na to stać, ten emigruje. Więcej Kabowerdyjczyków żyje za granicą niż w obrębie kraju. Sodade (uczucie nostalgii, tęsknoty za krajem), o którym śpiewałą Cesaria Evora to integralna część tożsamości społecznej na Cabo Verde. Zdarza się, że ci biedniejsi mieszkańcy całe życie spędzają na tej wysepce o powierzchni tylko 779 km² (lub co najwyżej płyną promem do São Vicente). Sprawiają jednak wrażenie pogodzonych z losem, bo kiedy horyzont empiryczny tożsamy jest z horyzontem prawdziwym, akceptacja rutyny wydaje się przychodzić dużo łatwiej.
SANTIAGO
Możliwe, że przez to, że Santiago położone jest jeszcze bliżej równika niż dwie poprzednie wyspy, upał na miejscu potrafi być nie do zniesienia, zwłaszcza w najważniejszym ośrodku – Praii, ulokowanym na charakterystycznym płaskowyżu (tzw. Plateau). Wysokie temperatury tak mocno doskwierają mieszkańcom, że w ciągu dnia większość ulic jest niemal pusta. Życie zaczyna się dopiero wieczorową porą. Wtedy też otwieranych jest większość restauracji i barów. Turyści zwykle planują dość krótką wizytę w mieście, traktując je wyłącznie jako przystanek w dalszej podróży, a nie punkt docelowy. Północ wyspy (zwłaszcza okolica Tarrafal) podobno jest dużo ciekawsza, ale tam niestety nie udało mi się dotrzeć. Sama stolica poraża chaosem i dezorganizacją, ale ma w sobie sporo nieoczywistego uroku. Liczne są odrapane, a mimo to ciekawie wyglądające budynki, zewsząd dobiega gwar targowisk, kobiety noszą zakupy na głowie, na plażach odbywają się mecze piłki nożnej.
Dawną stolicą Cabo Verde było Cidade Velha (kiedyś Ribeira Grande), oddalone o 13km od Praii, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dziś jest to mała wioska rybacka, której mieszkańcy dodatkowo zajmują się także w niewielkim stopniu rolnictwem, trudnią się sprzedażą pamiątek turystycznych. Spacerując kanionem pomiędzy Calabaceria a Cidade Velha ma się wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Opustoszałe, odcięte od świata tereny (brak drogi dojazdowej, brak elektryczności) stwarzają okazję do obcowania z naturą. Pasjonaci botaniki czy ornitologii poczują się tam jak w raju! Wokół trasy dziko rosną baobaby, uprawiane są palmy kokosowe oraz trzcina cukrowa, pojawiają się egzotyczne ptaki takie jak np. zimorodek zwyczajny czy łowiec szarogłowy.
Długo jeszcze mogłabym pisać o pięknie Cabo Verde, o życzliwości mieszkańców, o fantastycznym jedzeniu i muzyce, której cała kolekcja wróciła ze mną do Berlina. Skończę dzieląc się z Wami piosenką Cesarii Evory, w której artystka śpiewa o wyjątkowym uczuciu, jakim darzy WZP: http://bit.ly/1ni0BVW. A ja przyłączam się do chórku: Petit pays je t’aime beaucoup!
//
Justyna Burzynski
Autorka polskiego bloga z Berlina – BERLINSKO. Chętnie pisze o Berlinie i z Berlina dla polskich i zagranicznych redakcji. W swoich artykułach zahacza o tematy związane m.in. z życiem na emigracji, polską społecznością w Berlinie, kobiecością, berlińską sceną i kulturą klubową, muzyką techno.