Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Plakat – powszechnie rozumiany jako wyrób poligraficzny, akcydens, druk dużego formatu o charakterze propagandowym bądź reklamowym. Jego podstawową cechą jest krótki żywot i funkcjonowanie w przestrzeni miejskiej. Wyjątek stanowi plakat autorski. Piotr Dąbrowski, właściciel największej kolekcji polskiego plakatu autorskiego, ma ich ponad 20 tysięcy. I nadal mu mało.

Miejsce naszego spotkania jest nieprzypadkowe. Warszawska kawiarnia Relaks jest zarazem galerią, każde wolne miejsce na ścianach zajmują plakaty. To przedświąteczna ekspozycja wybranych prac z kolekcji Galerii Plakatu Piotra Dąbrowskiego. Wystawa bez tematu przewodniego, wywieszonym plakatom jeszcze brak stosownych podpisów. „To ma być Zrolowany prezent” – podpowiada Dąbrowski i wskazuje najciekawsze z nich. Plakaty teatralne, filmowe, cyrkowe i polityczne. Na nich opiera się kolekcja, ale to nie tematyka, ale estetyka pociąga Dąbrowskiego. W Relaksie znajdą się plakaty w cenie 40 zł, ale i 250 zł lub więcej – te najdroższe są zazwyczaj autorstwa przedstawicieli polskiej szkoły plakatu, chociażby Henryka Tomaszewskiego. Takie wystawy w miejscach publicznych mają większy sens, niż np. w Muzeum Plakatu w Wilanowie – tu mają już pół drogi na ulicę, do właściwego sobie środowiska.

Ostatnia tak udana wystawa? Również w Relaksie, Kobieta w plakacie. „Było zabawnie – marzec, więc goździki, tort w kształcie plakatu Mai Wolny. Pokazałem m.in. plakat z 1911 roku. Wyceniłem go na 10 tysięcy, bo jak nie chcę sprzedać, to daję abstrakcyjne ceny. Ale zdarza się, że i wtedy ktoś kupi. I jestem wtedy skonfudowany…” wspomina. Ceny wynikają z chęci zachowania plakatu w kolekcji. „To zawsze trochę boli. Kiedy jeździłem na targi plakatów vintage do Ameryki, na które zjeżdżały galerie z całego świata, poradzono mi, że najlepiej mieć do kolekcjonerstwa obojętny stosunek, jakby człowiek handlował węglem czy cementem”. Ale kolekcjonerem plakatów nie zostaje się przez przypadek.

Na początku jest impuls, sympatia do poszczególnych plakatów. „Idziesz ulicą i podoba ci się plakat, więc zaczynasz się interesować. Kupowało się od drukarni, galerii, rozlepiaczy. Entuzjaści czasem i zrywali. Przy nacięciu żyletką można było zdjąć plakat z podłożem. Mi się też zdarzało. Zrywałem te, które wiedziałem, że nie zdobędę. Na przykład plakaty ubeckie, które były odpowiedzią na działania Solidarności. Drukowane nie wiadomo gdzie, naklejane nocą, więc żeby je mieć, to trzeba je było zerwać z murów. Plakaty Solidarności przedstawiały jednorocznego chłopca z bacikiem, wersja ubecka –  chłopiec z zapałkami i stosownym podpisem”. Dąbrowski plakaty zbiera od lat 70., jego zbiór rozpoczął się od plakatów Franciszka Starowieyskiego. Przewrotne, śmiałe obyczajowo – paradoksalnie, komunistyczna cenzura dopuszczała autorskie plakaty, zupełnie nie ingerowała w formę. A może początkiem był plakat cyrkowy, który Dąbrowski dostał od rodziców w wieku 10 lat? Lub ten do filmu Buñuela, Dyskretny urok burżuazji? Kolekcjoner ma go do dzisiaj. Zaczął pracować w Galerii Grafiki i Plakatu na ulicy Hożej. Miał spędzić rok, przepracował tam kilkanaście lat. I już wiedział, że skoncentruje się na plakacie. Od roku 1980 zbiera je zawodowo. „Może nie były to specjalnie udane lata dla plakatów – szczególnie marne były te filmowe. To był raczej ich upadek, przerywany też wybitnymi pracami. Ale przede wszystkim wtedy żyli jeszcze ci wszyscy wybitni twórcy, więc miałem możliwość poznania i zaprzyjaźnienia się z Janem Lenicą, Jankiem Młodożeńcem, Romanem Cieślewiczem. Z nimi wszystkimi przegadałem plakat polski na wiele sposobów”.  Ile dokładnie Piotr Dąbrowski ma plakatów, nie wiadomo. Zakłada, że ponad 20 tysięcy – 12 tysięcy zostało skatalogowanych. Na stronie theartofposter.com jest zaledwie ¼ całego zbioru, ale za to klasyczne propozycje autorstwa Wielkiej Piątki: Jana Młodożeńca, Henryka Tomaszewskiego, Romana Cieślewicza, Waldemara Świerzego i Jana Lenicy i innych wybitnych –  Wojciecha Zamecznika, Starowieyskiego. Takie, które poza merkantylną wartością dają również obraz, jak plakat w latach 50., 60. wyglądał. „Teraz właściwie plakat stał się niszową sprawą. Plakatów artystycznych powstaje niewiele – nie ma naturalnego bodźca do powstawania plakatów autorskich, artystycznych. Słupy są zalepione drukami w formacie b1, ale przecież to nie są plakaty.” A jednak w jego zbiorach znajdą się też plakaty z gwiazdami. Ale zawsze autorskie: „on może też być fotograficzny – Wojciech Zamecznik zaprojektował wiele cudownych plakatów, które było opartych na fotografiach mniej lub bardziej przetworzonych. Nawet, jeśli nie rozpoznaję, czyja to ręka, oraz niezależnie od metody – czy to plakat malarski, czy zaprojektowany na komputerze, interesuje mnie myśl.”

Coraz mniej druków powstaje, a jeszcze mniej widać je na ulicach. I chociaż Mieczysław Wasilewski długo wzbraniał się przed wystawą, argumentując, że plakat w ramce to już nie plakat, to Piotr namówił go na ekspozycję. Dąbrowski zajmuje się nie tylko kolekcjonerstwem, ale i inspiruje powstawanie plakatów, wydaje i kolportuje w Krakowie i Warszawie. „Namawiam do powrotu tradycji artystycznego plakatu. Dobra reklama i zła reklama, dobry plakat i byle jaki plakat,  coś wydrukowanego na papierze w formacie B1 kosztuje tyle samo. Wielu grafików tworzy za minimalne stawki bądź tylko za autorskie egzemplarze. Chodzi o to, żeby funkcjonował, żeby wychodził na ulicę.”

Jak się ma obecny plakat polski do jego najlepszego okresu? Zaczęło się od późnych lat 40. i fenomenu Henryka Tomaszewskiego, który zdobył pięć pierwszych nagród w Wiedniu za plakaty filmowe. Teraz pozycja plakatu została zredukowana, przez Internet, wyświetlacze, zmianę sposobu dystrybucji filmów. „Kiedyś była polska szkoła plakatu, teraz jest plakat w Polsce. I chociaż jest Biennale krajowe w Katowicach, a międzynarodowe w Wilanowie… być może powiem coś bardzo niepopularnego, ale nie ma już wielkich indywidualności na miarę Lenicy, Świerzego, Cieślewicza. Być może to wynika ze statusu plakatu. Teraz jest mało zleceń, a przy większej ilości łatwiej było grafikom rozwijać się”. Mimo, że polska sztuka nie ma już takiej siły oddziaływania, jak kiedyś, w dalszym ciągu plakat polski interesuje pasjonatów zza granicy. Jest to jednak konsekwencja starań ludzi  związanych z  branżą. Dąbrowski wciąż w środowisku działa i aktywuje. To też miało miejsce z akcją Weź się do kupy, czyli plakatami studenta grafiki Jana Bajtlika. Piotr zrobił sitodruk, wydał spory nakład na trzydziestoletnim papierze i pomógł w dystrybucji. Współpraca wynikła z międzypokoleniowych zainteresowań i znajomości, dzięki którym kolekcja Dąbrowskiego stale się powiększa. „Powstaje dużo ciekawych prac, które są stricte propozycjami wystawowymi. One trafiają na wystawy, do katalogów. Z perspektywy kolekcjonera jest to potworne, ponieważ trudno zdobyć taki plakat, chyba, że się go kupi od galerii bądź dostanie od autora”. Szczęście otrzymywania plakatów staje się przekleństwem, gdy liczba zgromadzonych prac wymyka się spod kontroli.

Wpadaj na stronę Galerii Plakatu Piotra Dąbrowskiego!

„Nie mam dosyć, ale bywam zmęczony. Trochę to już pochodna irytacji, że nie jestem w stanie zapanować nad plakatami. Myślę o tym, żeby zatrudnić kogoś, ale musiałaby to być osoba z elementarną wiedzą o plakacie. A ja wiem, że nie będę usatysfakcjonowany. Znajomi się śmieją, że mogę zagospodarować każde wolne miejsce plakatami. Mam takie podręczne parę tysięcy tu, gdzie mieszkam, resztę mam w magazynach, mniej cenne plakaty w jeszcze innych miejscach. Magazynowanie nastręcza wiele trudności. Nawet nie chodzi o miejsce, ale trzymam je w stertach, więc coraz trudniej już te setki kilogramów przerzucać”. Kolekcja wciąż się zmienia, jednak są też żelazne zasady – Dąbrowski nigdy nie sprzeda kompletu prac Franciszka Starowieyskiego, z którym się z resztą przyjaźnił. Inne wymienia bądź sprzedaje, na przykład na aukcjach. Te najdroższe nawet za 10-12 tysięcy złotych, jak plakaty mobilizacyjne z roku 1939. „Miewałem plakaty antysemickie, hitlerowskie… Paradoksem jest to, że zbierają je głównie kolekcjonerzy żydowscy. Miałem też plakat wydany przez Niemców z okazji zdobycia Moskwy, co się oczywiście nie wydarzyło. Przedstawiał wehrmachtowca rozgniatającego pysk bolszewika-wilkołaka. Polski napis głosił: Gniazdo bolszewizmu w rękach niemieckich”. Inny niemożliwy plakat uwieczniał drugiego Polaka kosmonautę, który równocześnie z Hermaszewskim był przygotowywany do lotu w kosmos. Niestety prawie cały nakład został zniszczony. Tak jak i plakat Polskiej rewii na lodzie – wywieszony tuż przed stanem wojennym.

Bardziej bolesne niż sprzedaż plakatu – ten przecież idzie w dobre ręce – jest świadomość, jak mało z nich przetrwa. Kwaśny, celulozowy papier niszczeje w tempie ekspresowym. Warunki przechowywania nie mają żadnego znaczenia, degradacja i tak postępuje. „Mam plakaty, które jeszcze 10-15 lat temu zachowywały się normalnie, a w tej chwili są jak cieniusieńki opłatek, tracą swoją sprężystość”. Jedynym wyjściem jest digitalizacja prac. W ten sposób Filmoteka Narodowa chce uchronić swoje plakaty – skanuje je w skali 1:1. Te najbardziej drogocenne mogą być nakładane na bibułę japońską. „Plakaty z początku XX wieku są w dobrym stanie, ale większość moich plakatów się rozsypie. Nie mam złudzeń” komentuje Dąbrowski.

Ale nadal żyje nadzieją, że jeszcze na jakimś strychu czy prowincjonalnym kinie znajdzie zakurzoną rolkę cennych plakatów. „Interesujących pozycji np. na Ebayu jest bardzo mało, a jeśli coś jest to osiąga ceny wyższe niż galeryjne. Czasami przychodzi ktoś z rolkami i to jest ekscytacja – co tam będzie!” Może to być przedwojenny plakat Tadeusza Gronowskiego reklamujący proszek Radion sam pierze – często reprodukowany, ale praktycznie nieosiągalny. „Absolutny klasyk. Czarny kot wskakuje do bali i wyskakuje biały. Myślę, że jeśli się kiedyś pojawi, może kosztować 5 tysięcy lub 50 tysięcy. Ostatnią taką sensację wzbudził plakat Józefa Mehoffera, pierwszy reklamujący polskie linie lotnicze. Plakat w stylu młodopolskim, znany jedynie ze szkiców akwarelowych. Znajomy dzwonił i pytał, czy znam – odpowiedziałem, że nie był reprodukowany. A tu okazuje się, że był! To litografia, sprzedał się za 3,5 tysięcy dolarów. I powstaje pytanie: czy dużo to mało? W końcu to jedna jedyna kopia!”

Jest jeszcze jedno pytanie, które dręczy kolekcjonerów. „Co się z tym wszystkim stanie? Przecież moja córka nie ubierze się w plakaty.”

//

Numer opublikowany pierwotnie w drugim numerze magazynu Zwykłe Życie.