Dziewczyny z JEJU
Z Manią i Roksaną, założycielkami krakowskiego JEJU, rozmawiamy o ich pomyśle na biznes, koreańskiej pielęgnacji i życiu nie tylko w zgodzie z naturą, ale i ze zdrowym rozsądkiem. Naszej rozmowie przysłuchuje się Piotruś – ukochany psiak Mani i stały bywalec JEJU. Bo jak mówi naklejka umieszczona na drzwiach do lokalu dziewczyn: Boys and dogs friendly!
Mateusz Bzówka: Zaledwie kilka miesięcy temu założyłyście JEJU, wyjątkowe miejsce na mapie Krakowa. „Miejsce”, bo mam wrażenie, że nazywając je sklepem, mógłbym was srogo obrazić. Czym zatem jest JEJU?
Mania Bień: Po powrocie z Azji miałyśmy wizję, aby otworzyć sklep z kosmetykami koreańskimi, ale szybko okazało się, że tych koreańskich kosmetyków na polskim rynku wcale nie ma aż tak dużo. Nie chciałyśmy ryzykować, próbując na własną rękę je sprowadzać, a następnie dystrybuować. Po pierwsze, nie znamy się na tym, a po drugie, po wstępnym researchu okazało się, że wymaga to spełnienia wielu warunków.
Roksana Patrzałek: Stwierdziłyśmy, że obok kosmetyków koreańskich na naszych półkach pojawią się również polskie kosmetyki naturalne. JEJU ma przede wszystkim odzwierciedlać naszą filozofię – świadomego i ekologicznego życia w zgodzie z naturą oraz zasadami zrównoważonego rozwoju. Na co dzień używamy produktów fair trade, które nie zawierają oleju palmowego i nie są testowane na zwierzętach, zwracamy uwagę na to, co jemy i w co się ubieramy. Nasze holistyczne podejście widoczne jest również na poziomie wizualnym. Jesteśmy z wykształcenia architektkami – w JEJU zaprojektowałyśmy wszystkie elementy wystroju wnętrza od podstaw, począwszy od mebli i dodatków, a skończywszy na torbach na zakupy dla naszych klientek. Nie wyobrażałyśmy sobie, że ktoś mógłby wyjść od nas z plastikową siatką!
MB: I rzeczywiście, JEJU to nie tylko sklep – to przede wszystkim interdyscyplinarne miejsce spotkań dziewczyn. Można do nas przyjść i się poradzić, pogadać, jesteśmy na miejscu cały czas i choć nie jesteśmy specjalistkami, służymy pomocą, jak tylko możemy. Organizujemy warsztaty na temat pielęgnacji skóry, zajęcia z jogi i pilatesu, jakiś czas temu zaczęłyśmy cykl spotkań z inspirującymi kobietami. Dużo się dzieje, ale dużo też jeszcze przed nami!
MB: Skąd pomysł na nazwę? Mówicie o poważnych rzeczach, a „jeju” brzmi dosyć filuternie!
MB: Jeju to nazwa południowokoreańskiej wyspy, z której pochodzi większość minerałów wydobywanych do produkcji koreańskich kosmetyków. Na to słowo wpadłyśmy w trakcie przeczesywania słowników języka koreańskiego i tak się nam spodobało, że już zostało. Mimo że jest to nazwa w języku koreańskim i wypowiada się ją mniej więcej „dżedżu”, po polsku brzmi ona równie fajnie i daje duże pole do gier słownych.
RP: Gdy dziewczyny, nasze klientki, wchodzą tutaj za pierwszym razem, zawsze pada to samo: „O jeju!”, więc chyba lepiej nie mogłyśmy wybrać.
MB: Jak to się stało, że zainteresowałyście się koreańską pielęgnacją?
MB: Wszystko zaczęło się w zasadzie od mojej mamy, która już od jakiegoś czasu stosowała jej zasady. W tamtym roku, po powrocie ze studiów w Holandii, przyjechałam do domu i wsiąkłam w ten temat. Jakiś czas później, w pracy w biurze architektonicznym, poznałam Roksanę i okazało się, że mamy ze sobą dużo wspólnego, interesują nas te same rzeczy i nam obu skóra przysparza wielu problemów. W tamtym czasie dużo rozmawiałyśmy o kosmetykach i pielęgnacji. Ten temat łączy! Zaprzyjaźniłyśmy się, a kilka miesięcy później otworzyłyśmy razem JEJU.
RP: To było całkiem zabawne, bo od pomysłu do jego realizacji minęło dosłownie kilkanaście tygodni. W połowie grudnia był pomysł, tuż przed świętami Bożego Narodzenia wynajęłyśmy lokal, w połowie stycznia weszła ekipa remontowa, a 25 lutego otworzyłyśmy sklep.
MB: Ekspresowe tempo! Co zatem można znaleźć na waszych półkach?
MB: Firmy, z którymi współpracujemy, marki, których asortyment można u nas znaleźć, to, obok kosmetyków koreańskich, przede wszystkim marki polskie, w stu procentach naturalne. To dla nas główne, choć nie jedyne, kryterium wyboru. Każdy z kosmetyków, zanim wejdzie do oferty, staramy się wypróbować na własnej skórze. Dosłownie!
RP: Nasz asortyment wciąż się zmienia. Cały czas pojawia się coś nowego, z niektórych marek po jakimś czasie, z różnych powodów, rezygnujemy. Staramy się robić selekcję – w tym momencie na polskim rynku kosmetyków jest w czym wybierać. Są produkowane zarówno przez małe wytwórnie, jak i większe firmy. Na nasze szczęście okazało się, że brakowało takiego miejsca jak JEJU w Krakowie, takiego sklepu, w którym można dostać wszystkie, mniej lub bardziej, niszowe marki kosmetyczne, jakie widzi się od okazji do okazji: na targach, przypadkiem w internecie czy chociażby w „Zwykłym Życiu”.
MB: Jednak gdzie Korea a gdzie Polska? W jaki sposób łączycie te dwa zupełnie różne, zarówno kosmetycznie, jak i kulturowo czy geograficznie, światy?
RP: Nasz sklep jest cały zaaranżowany według pięciu kroków koreańskiej pielęgnacji – każdy regał, każda półka to kosmetyki dobrane do kolejnego kroku, czyli: oczyszczania olejkiem, oczyszczania produktem na bazie wody, tonizowania, odżywiania serum oraz dogłębnego nawilżania. Jednak obok produktów koreańskich są tu też produkty polskie. Pokazujemy tym samym, że do tego beauty rytuału nie musimy stosować jedynie produktów azjatyckich, a wręcz przeciwnie – warto stosować również produkty polskie, których oferta jest niezwykle różnorodna. Bo tak naprawdę w tym rytuale nie o metrykę czy pochodzenie chodzi, a o dane czynności oraz kolejność ich wykonywania. Z ręką na sercu mogę polecić przede wszystkim nasze polskie produkty. Moja cera, odkąd stosuję wyłącznie spolszczoną wersję koreańskiej pielęgnacji, uległa znacznej poprawie.
MB: Produkty koreańskie charakteryzują się dwiema rzeczami. Pierwsza z nich to specyficzne, niezwykle nowatorskie składy. Do produkcji kosmetyków w Azji stosuje się najróżniejsze rzeczy: śluz ślimaka, sadło konia, ptasie odchody, łożysko, jaskółcze gniazda… Są to rzeczy brzmiące dla nas niezwykle egzotycznie, co więcej, część tych składników jest niedopuszczona do sprzedaży w Europie. Stąd pomysł na szukanie polskich odpowiedników i polskich, czy szerzej, europejskich składów danych produktów. Drugą rzeczą, która rozróżnia produkty koreańskie od polskich, są opakowania – nasze są uproszczone i niemal skrajnie minimalistyczne. Natomiast te koreańskie to zupełnie inna… bajka! Każdy produkt jest tam super słodki i super uroczy z wyglądu, zwierzaczki, ciasteczka, cukiereczki – wszystko wygląda tak, że ma się to ochotę schrupać. Jednak tak jak Roksana powiedziała i nie mogę się z nią nie zgodzić: w naszej filozofii nie o kosmetyki chodzi, a o cały rytuał – tylko dzięki niemu można osiągnąć ten wymarzony efekt czystej, zdrowej i odżywionej skóry. Stety, niestety, nie istnieje remedium, jeden cudowny produkt, który rozwiąże wszystkie nasze problemy.
MB: Wydaje się, że krakowski Kazimierz, z całym swoim artystyczno-wyluzowanym klimatem to doskonała lokalizacja dla takiej działalności jak wasza. Kto was odwiedza?
MB: Nasi klienci dzielą się w zasadzie na dwie grupy. Pierwsza z nich to turyści, którzy pewnie z ciekawości zaglądają do nas, gdy widzą ładne wnętrze i różowe ściany przez witryny. Druga natomiast to lokalsi – stali bywalcy i mieszkańcy Kazimierza. I ta grupa ma bardzo szeroki i różnorodny przekrój. Oczywiście w obu tych grupach największą część stanowią kobiety i dziewczyny, chociaż mężczyźni też się pojawiają, głównie po prezenty dla swoich dziewczyn i mam, ale przy okazji zdarza im się kupić też coś dla siebie. W końcu koreańskie maseczki lubią wszyscy!
MB: Jesteście z wykształcenia architektkami, projektujecie wnętrza, ekspozycje wystaw i małą architekturę społecznie użyteczną. Czy można powiedzieć, że JEJU jest waszą wizytówką? Jak łączycie pracę projektową z codzienną pracą w sklepie?
MB: Paradoksalnie to, że otworzyłyśmy JEJU, spowodowało, że zaczęłyśmy być postrzegane właśnie jako architektki, zwróciłyśmy na siebie uwagę. Dzięki temu, że byłyśmy jednocześnie projektantkami i inwestorkami, miałyśmy duże pole do popisu, ale również, jak możesz się domyślić, nieco ograniczony budżet. Na tym wnętrzu wyżyłyśmy się architektonicznie. W pewnym momencie śmiałyśmy się, że nawet jeśli sklep nam nie wyjdzie, to będziemy miały projekt i realizację do portfolio.
RP: Dzięki JEJU pracujemy obecnie nad kilkoma projektami wnętrz, godząc to z codzienną pracą we dwie w sklepie. Nie można pominąć tego, że JEJU to w każdym wymiarze nasz bardzo osobisty i autorski projekt. I choć od jakiegoś czasu pomaga nam koleżanka, poznana zresztą u nas w sklepie, nie jesteśmy anonimowymi ekspedientkami. To nie jest nasz model pracy. Nam zależy na bliskości i kontakcie z klientami, dzięki czemu, mimo krótkiej bytności JEJU na mapie Krakowa, mamy już stałe grono osób, które odwiedzają nas regularnie.
MB: Mam wrażenie, że od pewnego czasu mamy do czynienia z konsumpcyjną, ale i społeczną rewolucją. Coraz bardziej świadomie dokonujemy codziennych wyborów – kupujemy mniej ubrań i przedmiotów, ale za to lepszej jakości, coraz zdrowiej i lepiej się odżywiamy, rezygnujemy z wysoko przetworzonych, gotowych produktów na rzecz lokalności i sezonowości, wykonujemy twórczy recykling przedmiotów i usług, a do tego dochodzi świadome podejście do tego, czego używamy do codziennej pielęgnacji.
MB: My też to zauważamy. W momencie, gdy społeczeństwo się bogaci i jest stosunkowo stabilna sytuacja geopolityczna, ludzie mają szansę pomyśleć już nie tylko o tym, co włożyć do garnka, aby przetrwać, ale mają też szansę pomyśleć również o sobie czy o swoich bliskich trochę szerzej, w nieco innych kategoriach. Ten proces trwa, wciąż się tego uczymy, ale idzie ku dobremu. Rewolucja zaczęła się od jedzenia, a następnym krokiem jest właśnie to, co wklepujesz w swoją twarz i jakich używasz kosmetyków. W JEJU hołdujemy zasadzie slow beauty.
RP: Pokolenie dzisiejszych dwudziestoparo- czy trzydziestoparolatków jest zupełnie inne niż poprzednie pokolenia. To zasługa kluczowej sytuacji, której nasi rodzice czy tym bardziej dziadkowie nie mieli lub mieli ją bardzo ograniczoną: posiadamy wybór. I na szczęście go dokonujemy, i to coraz bardziej świadomie, a to jest niezwykle budujące!
//
www.jejustore.pl