Człowiek, który nie korzysta z gotowych patentów
Przed nami kolejna edycja Soundrive Festival. Wydarzenia, które nie tylko mocno odznaczyło się na festiwalowej mapie Polski (ze względu na obraną przez siebie niszę), ale również jest organizowane przez wyjątkowych ludzi, w niezwykle ważnym miejscu. Festiwal odbywa się w gdańskim klubie B90, który nie tylko szczyci się opinią najlepiej nagłośnionego i przyjaznego muzykom klubu koncertowego w kraju, ale też zlokalizowany jest na terenie byłej Stoczni Gdańsk. Za organizacją wydarzenia stoi jedna z ważniejszych postaci związanych nierozerwalnie od lat z promocją muzyki i kultury w Trójmieście. Człowiek instytucja. Z jednej strony skuteczny biznesmen z drugiej muzyk i twórca. Osoba, która nie korzysta z gotowych patentów, tylko woli wypracowywać własne. Poznajcie Arkadiusza Hronowskiego, z którym rozmawiamy nie tylko o zbliżającej się szóstej edycji festiwalu.
Agata Bekier: W jednym z wywiadów, rozmawiając na temat publiczności Soundrive Festu stwierdziłeś, że „Problem jest w wychowaniu młodzieży – nie chcą odkrywać nowej muzyki”. Załóżmy, że mamy rok 2019, nowe wybory i nową partię u władzy, a ty jakimś sposobem zostajesz ważną osobą w Ministerstwie Edukacji lub Kultury. Czy miałbyś jakąś wizję tego, co należałoby zrobić, żeby poprawić poziom edukacji muzycznej w Polsce?
Arkadiusz Hronowski: Edukacja, o którą pytasz, rzeczywiście powinna nastąpić. Tylko czy powinna nastąpić poprzez szkołę, czy bardziej poprzez rodzinę bądź jakieś działania samorządowe? Myślę, że w każdym większym mieście znajdziemy obecnie sporo niszowych imprez czy warsztatów organizowanych przez wracające do łask domy kultury i inne organizacje. Co ważniejsze, jest mnóstwo zajawkowiczów organizujących koncerty nowych kapel w małych klubach. Może mniej znajdziemy tego dobra w mniejszych miastach i tu jest większy problem. Może warto byłoby, żeby pewne kroki poczynili też artyści? Podobnie jak Organek, który zaczął swoją trasę koncertową od rodzinnej wioski?
AB: Czy zatem potrzebna jest edukacja w szkole?
AH: Nie byłby to głupi pomysł. Jeśli na przykład w Sopocie powstała klasa o profilu żeglarskim, to coś w tym jest. Jesteśmy miastem położonym nad morzem i naturalną rzeczą jest, zamiast WF-u i grania w koszykówkę, edukowanie młodzieży w kierunku możliwe, że bardziej jej przydatnym. Jeżeli Trójmiasto słynie ze sceny alternatywnej, z legendarnej Sceny Trójmiejskiej i dalej gdzieś tam jest ona kontynuowana, bo nadal powstaje mnóstwo kapel w Trójmieście, przy czym jako miasta nie jesteśmy w tym wcale odosobnionym przykładem, to może rzeczywiście edukacja muzyczna w szkołach publicznych by się przydała już na poziomie podstawówki? Nie mówię, żeby to była edukacja dotycząca stricte muzyki alternatywnej, ale w ogóle muzyki. Dziś dzieciaki są edukowane bardziej tym, czego w domu słuchają rodzice. Trochę jestem tego przykładem. Kiedy moje dzieci były małe, panowała totalna era disco polo. Gdy wracając ze szkoły pytały się o tą muzykę, to bardzo szybko zrozumiałem, że trzeba zacząć działać i pokazać im też zupełnie inne gatunki. To my rodzice pokazujemy pierwsze kolory, czy uczymy pierwszych słów. Myślę, że szkoła to jedno, ale to jednak dom powinien bardziej wychowywać te dzieciaki. A to jest znacznie trudniejsze.
AB: A jednak jak zaznaczyłeś, nowe zespoły nadal powstają i powstaje ich wiele.
AH: Obserwując rodzimą scenę alternatywną przez ostatnich kilka lat, widzę bardzo dużą poprawę. Pamiętam drugą edycję Soundrive Festu, kiedy z wielkim trudem wyłoniliśmy dziesięć kapel. Wówczas nie było specjalnie z czego wybierać. Jak wiadomo do line-up’u Soundrive’a, dobieramy młode zespoły. Takie często nieposiadające żadnej pozycji na mieście, z kilkoma koncertami na liczniku. Bywa, że te kapele nie mają wydanej nawet debiutanckiej płyty. Posiadają co najwyżej EP’kę. W tej chwili naprawdę jest z czego wybierać i nie martwimy się już tym, czy znowu będziemy musieli zapchać dziurę w line-up’ie kimś, kto nie koniecznie tutaj pasuje. Większy wybór świadczy też trochę o tym, że skoro ten podziemny, czy też alternatywny rynek się rozwija, to jest na niego popyt. Staram się obserwować wszystkie gatunki muzyczne, wliczając w to pop czy modne obecnie disco polo i stwierdzam, że patrząc bardzo ogólnie na muzykę — nie jest u nas wcale aż tak źle. Na pop i disco polo przychodzą i kupują bilety tłumy.
AB: Wracając jeszcze na moment do tematu polskich zespołów, czy nie uważasz, że obecnie te kapele wzorują się bardziej na zagranicznych wykonawcach, mocniej kładąc nacisk na modne zwłaszcza w krajach anglojęzycznych nurty? Nie ma w tych ich piosenkach żadnego buntu, jaki był np. w latach 80. Nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie brakuje dobrych, ambitnych tekstów piosenek napisanych po polsku.
AH: Za chwilę pewnie będą. Mamy znowu wroga, którego nie mieliśmy przez ostatnie dwadzieścia lat, a bunt przecież pojawia się wraz z nim. Trzydzieści lat temu była komuna i wszystkie kapele od Brygady Kryzys, poprzez Bieliznę, po Tomka Lipińskiego czy nurt punk-rocka, Siekierę, Armię — to były zespoły, które powstały właśnie na fali buntu. Dziś, wsłuchując się w twórczość Tomka Lipińskiego sprzed 30 lat, absolutnie możemy dopasować ją do nowej rzeczywistości. Co do młodego pokolenia to jestem też w sumie zdziwiony, że artyści się jeszcze nie zabrali za te klimaty. Mijają już w sumie dwa lata, a tutaj jakby panuje kompletna cisza.
AB: I trudno jednoznacznie określić, z czym jest to związane.
AH: Może, z tym że kiedyś nie było pieniędzy? Dzisiaj artyści bardzo wyraźnie widzą możliwość zarobkowania, a tymczasem poddanie się fali buntu stawia ich od razu na pozycji outsiderów. Wiemy przecież dobrze, że showbiznes w jakimś stopniu uzależniony jest od struktur pro rządowych, czy ministerialnych. Wiele imprez jest dotowanych przez ministerstwo. Wiemy też nieoficjalnie o czarnych listach. Ktoś, kto się zbuntował, niekoniecznie przez swoją twórczość, ale choćby przez wypowiedzi w mediach — jest dzisiaj blokowany. To jest też pewna obawa związana z tym, że żyjemy w trochę innym świecie. Żyjemy w kraju teoretycznie kapitalistycznym. Polska bardzo mocno się zmieniła. Mamy dostęp do wszystkiego i myślę, że młodzi ludzie trochę się boją zbuntować. Zwyczajnie nie chcą żyć w biedzie. I to jest główny powód.
AB: Czy brakuje zatem obecnie prawdziwych buntowników?
AH: Takich prawdziwych buntowników dziś prawdopodobnie jeszcze nie ma. Ludzi, którzy by w tej nowej rzeczywistości mogli zamanifestować swoją twórczością to, co się obecnie dzieje. Pojawia się też inne pytanie, czy to jest potrzebne? Może nie aż tak bardzo, jak kiedyś, bo kiedyś nie było tu niczego i „Centrala” Brygady Kryzys była czymś niesamowitym na wielu poziomach. Wszyscy tego pokątnie słuchaliśmy. To też był element pewnej konspiracji. Ta płyta, te piosenki były przecież zakazane, nie wolno było ich słuchać.
AB: Przegrywało się je dyskretnie z kasety, na kasetę i przekazywało dalej…
AH: Tak, dokładnie. W kwestii odwagi popatrzmy na ostatnie wydarzenia, związane z burzą wokół teledysku Dr Misio z księdzem w roli głównej. Tu już się zaczyna afera nie tylko wokół piosenki, ale przede wszystkim zespołu. Jedni twierdzą, że może to pomóc w promocji. Z drugiej strony, czy musi pomóc? Dr Misio ma swoich fanów i niech tak pozostanie. Nie wiem, czy ma on aspiracje, by być gwiazdą festiwalu w Sopocie. Wydaje mi się, że Arkowi nie jest potrzebna aż taka reklama i też nie to było jego zamysłem. Ostatnia rzecz, jaka jest mu potrzebna to jakiś chamski rozgłos zrobiony celowo. Jest też Maleńczuk. Maleńczuk coś tam pisze, robi różne rzeczy. Jest odważny w swoich poczynaniach, a jednocześnie przecież może też wiele stracić. Nie jest już młodym człowiekiem, poczuł pewną stabilizację — o czym zresztą bywa, że mówi publicznie… a jednak działa! Działa, bo gdzieś doszliśmy do jakiegoś muru i ludzie bardzo świadomi mówią już „k… dość”!
AB: Brylewski również powraca po latach…
AH: Nie słyszałem, ale jestem ciekawy czy jest w stanie zrobić coś dobrego po „Centrali”. Kibicuję mu oczywiście. Jest dla mnie wielką ikoną tamtych czasów, jak zresztą Tomek Lipiński, którego wszystkie piosenki są absolutnie aktualne dziś. Co do każdej zwrotki. Nawet „Milicjanci chodzą po ulicy, a muzycy siedzą w piwnicy” – jedna z tych niby mniej chodliwych piosenek Tomka, którą często sobie puszczam ostatnio. Ona idealnie pasuje do dzisiejszych czasów.
AB: Wracając jeszcze na chwilę do tematu edukacji. Jeden z materiałów promocyjnych tegorocznej edycji Soundrive Fest (opublikowany w czerwcu) przedstawia reakcje młodzieży ze stowarzyszenia 180° na muzykę ogłoszonych wtedy artystów (Beach Fossils, Nadię Rosę, Nite Jewel, Brutus, AJ Tracey’a, K-X-P, Oozing Wound, Kweku Collinsa, Stef Churę, The Stargazer Lilies, Job Karma, Better Person i Spaceboy).
AH: Osoba związana z naszą ekipą, Jarek Kowal, który prowadzi zarówno portal Soundrive.pl, jak i bookuje kapele na festiwal — jest takim troszeczkę społecznikiem. Działa w różnych tego typu organizacjach i jest między innymi autorem cyklu zatytułowanego „Kształty Muzyki”, który odrobinę w tym przypadku wykorzystaliśmy. Polega on na tym, że w czasie 40-minutowych zajęć puszcza muzykę dzieciom, a one starają się przekazać na rysunkach to, co słyszą. Chodzi tylko i wyłącznie o pobudzanie wyobraźni, a gdzieś tam w tle lecą jakieś, najczęściej alternatywne, dźwięki. Całe spektrum dźwięków reprezentujących różne gatunki i wyrażających przeróżne emocje. To jest takie bardzo podświadome zaznajamianie dzieci z muzyką, która być może zostanie już z nimi na stałe. To świetne działania. Oczywiście Jarek robi to w kooperacji z miejscem, które jest mu przyjazne. Pytanie, czy takie coś miałoby szansę dzisiaj zaistnieć na skalę całego kraju? Obecnie mogłoby być z tym ciężko, zwłaszcza biorąc pod uwagę różnorodność tych dźwięków.
Jednak hipotetycznie, gdyby to Jarek dostał się do Ministerstwa Edukacji i mógł być odpowiedzialny za taki program realizowany na skalę kraju, to jestem przekonany, że wszystkie przedszkola co najmniej raz w tygodniu, tak jak masz raz w tygodniu godzinę pływania na WF-ie, miałyby zapewnione takie właśnie muzyczne zajęcia i to byłoby super. Właśnie to mogłoby mieć bardzo duży wpływ nie tylko na rozwój kreatywny, ale także na edukację muzyczną tej przyszłej młodzieży.
AB: A czy Soundrive spełnia w jakiś sposób rolę edukacyjną?
AH: Bardziej promocyjną. Ci, którzy już przyjdą na nasz festiwal, raczej są muzycznie wyedukowani. Świadomi tego, czego chcą słuchać i dlatego trafiają właśnie tutaj. Smutne jest tylko to, że tych ludzi wciąż jest mało. Edukacyjnie nie wprowadzamy żadnych rewolucji. Nie ma tutaj wielkich fajerwerków. Dajemy pewnej grupie osób świetną podstawę do tego, żeby można było przeżywać i odkrywać muzykę z konkretnych nisz. Czy ci ludzie napędzają kolejnych? Mam nadzieję, że tak. Myślę, że gdzieś tam w swoich środowiskach o tym festiwalu mówią, jednak to nadal bardzo wąskie grono ludzi.
AB: Dlaczego tak jest?
AH: Problem polega prawdopodobnie na tym, o czym już mówiliśmy — nauczaniu początkowym. Kiedy dziecko zaczyna wkraczać w życie, w pierwsze dźwięki i informacje, to jest ten moment, kiedy powinno ono mieć możliwość wyboru. Podsumowując na przykładzie: nie ma chrześcijańskich dzieci, są dzieci chrześcijańskich rodziców! I to czy dziecko będzie słuchać w domu Arki Noego, Zenka Martyniuka, Nirvany czy Dead Can Dance, to tylko zależy od tego, w jakim domu będzie ono dorastać. Dziecko, mając sześć lat, nie ma wyboru. Zwłaszcza kiedy w domu łupie się non stop Zenka. Ten Zenek prawdopodobnie już z nim czy z nią pozostanie na długo. Może z tych 10 tysięcy małych Krzysiów czy Zosiek kilkoro, jak dorośnie, przejdzie na inną stronę muzycznej mocy. Dziecko powinno mieć możliwość wyboru, móc poznać więcej różnorodnych brzmień. Muzykę popularną często słyszy na co dzień, bo ta akurat jest wszędzie i zalewa nas z każdej strony. A co z muzyką klasyczną, jazzem, muzyką metalową, improwizowaną czy właśnie alternatywną?
AB: Można jednak powiedzieć, że Soundrive jest na swój sposób festiwalem na miarę OFF-a. Miejscem, gdzie się poszukuje i do którego ludzie potrafią przyjechać tylko po to, żeby sprawdzić, jak zaprezentują się na żywo nowe, nieznane im dotąd zespoły.
AH: Masz rację, ale trzeba przy tym zaznaczyć, że wszystkie festiwale odbywające się w Polsce, wliczając w to te największe, robią świetną robotę dla kraju. Wreszcie Polska zaczęła być państwem dostrzeganym przez muzyczne gwiazdy światowego formatu.
Soundrive może poszczycić się tym, że rzeczywiście 90% ludzi przyjeżdża do nas słuchać muzyki, a nie dla samego lansu, czy zjawiska. Niektóre festiwale są pewnym zjawiskiem społecznym, co nie jest absolutnie złe. Po prostu są modne, warto na nich się pokazać, posiadają w swojej rozpisce święcących ogólnoświatowy sukces headlinerów. Na Soundrive tymczasem się nie przyjeżdża na gwiazdy, bo takich w sumie nie mamy. Nawet opaska, którą zakładamy na przegub, nie jest specjalnie lanserska i raczej nikt nie będzie jej nosił miesiącami, tak jak robią to niektórzy uczestnicy innych festiwali. Wydaje mi się, że nie mamy tych lifestylowych atrybutów.
Z tej całej puli polskich festiwali pewnie faktycznie jesteśmy gdzieś bliżej OFF-a. Ma on zresztą świetne korzenie. Jego organizatorzy zaczynali od bardzo małej imprezy i w dalszym ciągu trzymają poziom. Gdzieś tam próbowali się rozciągnąć do większego formatu, ale na szczęście dalej mocno pilnują line-up’u i delikatnie stronią od typowo mainstreamowego grania. OFF jest oczywiście dużo większy niż Soundrive, ale nasza impreza też ma swoje plusy. U nas spokojnie po koncercie muzyk wychodzi do publiczności, możesz się z nim bez spiny napić piwa, czy pójść dalej w miasto i spędzić fajnie noc, rozmawiając i włócząc się po lokalnych rewirach. Dochodzi jeszcze ta atmosfera prywatki, która też jest fajna. Ta nasza pewna mikroskala. Tutaj nie biegasz w oszołomieniu między scenami, nie musisz się spieszyć, by dotrzeć gdzieś hen daleko na kolejny koncert. To zupełnie inny rodzaj, charakter wydarzenia, więc może lepiej będzie nie porównywać się z innymi.
AB: O nie, z jednym nie mogę się zgodzić… wcale nie uważam, że nie macie wielkich gwiazd! W 2013 odwiedził Was Toy, w 2014 zagrała Unknown Mortal Orchestra i Austra, rok później Temples, w ubiegłym roku Petite Noir, po drodze była jeszcze IAMAMIWHOAMI i wiele innych znakomitości.
AH: W kategorii Soundrivefest są to zespoły wielkie, owszem, jednak w kategorii…
AB: …muzyki niezależnej na świecie też!
AH: Uwierz jednak, że to mimo wszystko nie są jeszcze takie ogromne gwiazdy. Nie chcę tu wymieniać stawek, jednak to właśnie wysokość honorarium jest dla mnie pewnym wskaźnikiem pozycji danego artysty. My nie jesteśmy wysokobudżetowym festiwalem. Spinamy się i dajemy radę. Jednocześnie zawsze musimy bardzo dokładnie oglądać każde euro na dwie strony. Zespoły, które zasilają line-up Soundrive Fest, to są wciąż artyści będący w zasięgu małych imprez. Natomiast dla takich dużych festiwali jak OFF czy Open’er te kapele, które u nas występują na głównej scenie, często odnajdziemy w najmniejszym namiocie i wymienionych na końcu całego potężnego line-upu. U nas są rzeczywiście wyżej, dzięki czemu też bywają bardziej docenieni przez publikę i to jest na plus.
OFF gromadzi przykładowo od 8 do 10 tys. ludzi a my gromadzimy trochę ponad tysiąc osób — to jest kolosalna różnica. Nie mam syndromu młodszego brata. Wiem, co jest naszym atutem, a jest tym między innymi ta miniwielkość. Przede wszystkim kocham samo miejsce, Stocznię, tę naszą ulicę. Nasz fyrtel i tych kilka tysięcy metrów pod halą i na powietrzu — to jest nasz atut! Jedyne czego chciałbym przy okazji Soundrive Festu, to pewnego spokoju polegającego na tym, żeby ten festiwal sprzedał się już na dwa miesiące przed startem wydarzenia. Wówczas będę najszczęśliwszy.
AB: Jeden z moich trójmiejskich znajomych powiedział kiedyś, że „Arkadiusz Hronowski robi wszystko po swojemu, nie korzysta z gotowych patentów”. Jeżeli zatem porównywanie do innych festiwali było w jakiś sposób nie na miejscu, to przepraszam.
AH: Nie. Chodzi tylko o to, że chciałem uprzedzić, że jeśli w zanadrzu miałaś pytanie z serii: „czy chciałbym by Soundrive był tak duży, jak OFF?” To od razu mówię, że nie interesuje mnie to. To jest inna skala organizacyjna.
AB: Czy masz jakiś pomysł jak sprawić, żeby ta obecnie niszowa muzyka w Polsce, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, stała się muzyką mocno przenikającą do mainstreamu, puszczaną w radiostacjach i taką, która właśnie przez media trafiałaby do odbiorców?
AH: Uważam, że w Polsce się dużo w tej dziedzinie poprawiło, bo jeśli moglibyśmy zaliczyć do nurtu alternatywy takie zespoły jak The Dumplings, Kamp! czy Organka, to raczej nie jest aż tak źle. Będę bronił tych kapel. One mocno się różnią od działalności formacji Pectus, Lombard czy innych, które zapełniają duże hale. Moim zdaniem jest to też wyraźny sygnał, że mimo że te zespoły nie są mocno alternatywne, ponieważ w pewien sposób faktycznie mogą naśladować jakieś rzeczy czy powielać sprawdzone za granicą patenty — na pewno jednak nie zasilą line-up’u festiwalu w Opolu czy Sopocie. Oni idą swoją drogą. Nie słyszałem, żeby Organek wystąpił na festiwalu Top Trendy, podobnie jak pozostałe z wymienionych zespołów.
Skoro Organek jest na tapecie, to fajnie byłoby, żeby był on dla nas trochę jak taki Beck dla amerykanów, kimś, kto zapełnia potężne hale. Myślę jednak, że na to musimy jeszcze trochę poczekać. Najpierw może niech te „niezależne” zespoły i inni artyści z tego nurtu zaczną sprzedawać kluby wielkości B90. Jeżeli sprzedadzą takie miejsca, to mogą wtedy myśleć o większych. Jednak tu jest jeszcze pracy na co najmniej parę lat. Fakt, już jest nieźle. Uważam, że już wielu wykonawców, którzy postrzegani są w mainstreamie jako alternatywni, może poszczycić się wynikami sprzedaży biletów powyżej 500 sztuk, co już jest dobre. Jako organizator, czy po prostu człowiek, który robi mnóstwo takich koncertów, wręcz zabiegam o niektórych polskich wykonawców właśnie z tego nurtu. To też z punktu widzenia komercyjnego jest dla mnie biznes. Nie jest to czyste robienie koncertów dla higieny – traktuję tych artystów w kategorii biznesu, czyli takiej, gdzie zarabiamy na tym i my, i oni.
AB: A dodatkowo wzbogacona jest kultura.
AH: Dokładnie tak! Ten proces trwa i moim zdaniem, jeśli nie stanie się coś bardzo złego w kraju, to myślę, że będzie się rozwijał. Natomiast jeśli coś się jednak stanie, to cóż, pewnie wrócimy do czasów Brygady Kryzys i „Centrali”. Wtedy rzeczywiście powstaną protest songi, a muzycy będą siedzieć w piwnicach. My muzycy będziemy tworzyć, a policjanci będą chodzić po ulicy dokładnie jak w piosence. Będzie tutaj jak po wybuchu meteorytu… trzeba będzie zbudować nowy kraj.
AB: Czy jest szansa na to, żeby popularność w Polsce zyskała też zagraniczna młoda alternatywa? Żeby te młodsze zespoły wygryzły z komercyjnych radiostacji Garou i Lionela Richie, a jednocześnie nie były Adele?
AH: Moim zdaniem wszystko powinno być podzielone na tematy. Nie można w radiu ogólnopolskim i najbardziej popularnym grać muzykę alternatywną poza audycjami autorskimi. Tak się chyba nie da. To jest podobnie jak z klubami, które specjalizują się w jakimś określonym gatunku muzycznym. Jest raczej mało prawdopodobne, żeby miejsce, które organizuje biesiady disco polo, nagle zaprosiło na koncert Napalm Death. To raczej niemożliwe. Od tego, by promować rzeczy poza głównym nurtem, mamy nowe czasy. Są niezależne portale, YouTube, radia internetowe, czy specjalistyczne kanały telewizyjne. Promowanie nowości to ich działka. Internet zrewolucjonizował to wszystko w sposób okrutny, choć w dalszym ciągu (o czym się przekonujemy) telewizja ma moc.
Pytanie brzmi, czy nie za wcześnie jest, aby lansować alternatywę w mediach publicznych? To jest tak, jakby nagle wrzucono na rynek 100 tys. ton kawioru. Wtedy ten kawior przestałby być ekskluzywnym produktem, a ludzie zaczęliby go traktować zwyczajnie, jak ziemniaki czy cebulę. Wydaje mi się, że dla alternatywy najlepszą drogą jest ta małą łyżeczką, ale z progresem.
Pozostaje też kwestia pokoleń…
AB: To znaczy?
AH: Myślę, że moje pokolenie, które ma już dorosłe dzieci, jest pokoleniem dość mocno naznaczonym przez komunę. Połowę życia spędziliśmy w starym ustroju, a drugą połowę już w nowych czasach. Sam jestem człowiekiem, który ma naleciałości z przeszłości, ale udało mi się jednak wyzwolić z tego myślenia, które charakteryzowało pokolenie moich rodziców. Widzę ogromną różnicę między moimi rówieśnikami, a pokoleniem naszych dzieci, a tymi jeszcze młodszymi rocznikami z dziewiątką z przodu.
W tej chwili próbuję nawiązywać łączność z tymi młodymi ludźmi. Sposób ich myślenia, pomysły i ich spojrzenie na świat, to dla mnie przepaść, ale staram się ich słuchać, bo albo nadążasz, albo nie i masz problem. A żeby nastały głębsze zmiany to niestety, ale nasze pokolenie musi odlecieć w kosmos. Pokolenie naszych dzieci da radę, jednak to dopiero pokolenie dzieci naszych dzieci, jeżeli po drodze nie nastąpi żaden kataklizm, będzie takim pokoleniem zachodnim, podobnym na swój sposób do Skandynawów.
AB: W tym roku odbędzie się już szósta edycja Soundrive’a. Co się w tym festiwalu zmieniło? Jak oceniasz go dziś, a jak patrzyłeś na niego na samym początku, kiedy zaczynałeś tworzyć to wydarzenie?
AH: Patrzę na niego tak samo dziś, jak osiem lat temu, czyli wtedy kiedy powstała jego koncepcja. Zapał towarzyszący organizacji festiwalu się nie zmienił. Jeżeli chodzi o tak zwaną stronę ekonomiczną — słodko nie jest. Ale nie narzekam i dalej robię swoje. Staram się wyciągać wnioski z każdej edycji. A jak się to wydarzenie zmieniło? Z pewnością mocno w kwestii line-up’u. Postawiliśmy na eklektyzm i był to strzał w dziesiątkę. Uważam, że trzeba umiejętnie łączyć wszystkie style, żeby ludzie przychodzili tu z różnych departamentów muzycznych. Żeby przenikali się, słuchali lewym uchem tego, a prawym tamtego.
Jedyne co mnie nie tyle rozczarowało, a na co liczyłem bardziej po sześciu latach działalności, to to, żeby odwiedzająca nas publiczność była takim sztywnym elektoratem tego festiwalu, dzięki któremu uzyskamy komplet. Niestety w dalszym ciągu tych ludzi jest mało. Świadczy to o tym, że muzyka niszowa nie jest łatwym tematem. Na szczęście mamy już w głowach kolejne pomysły na to, żeby w przyszłym roku trochę jeszcze tę frekwencję podnieść. Nie oznacza to jednak, że skręcamy w stronę mainstreamu. Absolutnie! Zachowujemy dalej ten sam klimat i zdecydowanie cały czas patrzymy w przyszłość. Nie odpuszczę. Przetrwaliśmy już sześć lat. Dlaczego mamy rezygnować w tym momencie? Może i nie zarabiamy kroci na tym festiwalu, ba, pierwsze dwa lata wręcz do niego dokładaliśmy, ale teraz wychodzimy na zero, czasami trochę powyżej. W tym roku może będziemy znowu lekko pod kreską. Ważne i nieważne. Ta impreza jest też robiona po to, żeby nie zwariować. Żeby było fajnie, by posłuchać czegoś nowego, dać szansę świeżakom. Przygotowywanie tego festiwalu od strony organizacyjnej jest dla nas chlebem powszednim. Takie rzeczy przecież robimy na co dzień w B90. Tyle tylko, że festiwal wiąże się z tym, że jest trochę więcej zespołów. Nie przysparza to nam specjalnego bólu głowy, a sama praca nad line-up’em, ogłoszeniami i tymi sposobami na to, jak w atrakcyjny sposób je przedstawić — to jest fajne. Jest w tym dużo zabawy, która w jakimś stopniu rozwija kreatywność. Nie pozwala nam powtarzać pomysłów z poprzednich lat. Jest trochę tak, jakbyśmy siedzieli z paczką znajomych i zastanawiali się gdzie pojechać na imprezę czy wakacje i co chwila wpada nam do głów jakiś nowy pomysł.
AB: Właśnie, przy okazji ogłoszeń wyraźnie widać, że lubisz bawić się ich formą i skutecznie w tę zabawę wciągasz innych.
AH: To też trochę wynika z mojej działalności w SPATiF-ie. Lubię się od czasu do czasu powygłupiać i trochę mam to we krwi, więc nie sprawia mi to specjalnie trudności. Wręcz przeciwnie, dobrze się przy tym bawię. Podobnie inni współpracownicy i prawdopodobnie też fani wydarzenia. Nie są to super produkcje, jednak my nie mamy ciśnienia, by widnieć na wielkich billboardach, sponsorować spoty w TVN czy innych stacjach. Nie ma to sensu, bo jak już powiedziałem wcześniej, nie czujemy potrzeby przebijania się z tym festiwalem do większych mas. To nie ta droga. Tu trzeba wszystko drążyć tą małą łyżeczką. Eksperymentować, badać co jest lepsze a co gorsze. Tak po cichu myślę, że jak dotrwamy do dziesiątej edycji, to będzie to, co chciałem osiągnąć w związku z Soundrive, także jeszcze cztery lata przed nami.
AB: To na dziesiątej edycji festiwal może się skończyć?
AH: Wiesz, jeśli dotrwamy do dziesiątej edycji i osiągniemy to, co zamierzaliśmy, to wtedy trzeba będzie wymyślić co z tą formułą zrobić dalej… Nie, spokojnie, żartuję! W tej muzyce, którą serwujemy mamy bardzo komfortową sytuację, ponieważ każdego roku powstają i prawdopodobnie nadal będą powstawać setki, jeśli nie tysiące nowych zespołów. Nadal będzie w czym wybierać. Tu nie ma specjalnego targu ani licytacji na te kapele, tak więc będzie co robić. To takie specyficzne perpetuum mobile.
AB: Jak oceniasz rynek festiwalowy w Polsce?
AH: Uważam, że wszystko, co się wydarzyło przez ostatnią dekadę na ten temat w Polsce, czyli to, co się zaczęło od Open’era, OFF Festivalu czy jeszcze wcześniej od Jurka Owsiaka i Woodstocku, spowodowało, że nasz kraj został zauważony na arenie międzynarodowej. Obecnie w klubach, halach, czy na stadionach całego kraju zagrali już niemal wszyscy, co jeszcze dwadzieścia lat temu nie było możliwe. Na koncerty jeździło się do Berlina, później do Warszawy, a teraz już praktycznie w każdym większym mieście możemy pójść na dobry występ zagranicznego czy polskiego artysty.
Te trzy wydarzenia powinny zasługiwać, może nie na miano produktu narodowego, ale z pewnością na tytuł festiwali zasłużonych w dziedzinie rozrywki czy kultury. Powinny być postrzegane jako bardzo ważne pozycje, mocno wspierane, a nie gnojone przez państwo. Powinniśmy się szczycić, że mamy tak wielkie imprezy oraz tym, że największe gwiazdy showbiznesu, planując trasy koncertowe na następny rok, często czekają wręcz na oferty od Alter Artu.
AB: Czego życzyłbyś sobie jako organizator festiwalu?
AH: Czego? Stabilizacji w kraju. Żeby można było tu zwyczajnie pracować. Nie mam pretensji o to, czy mam mniej lub więcej pieniędzy. Uważam, że jeżeli nie potrafię ich więcej wygenerować, to mogę mieć pretensję tylko do siebie. Chcę mieć po prostu spokój. Żeby nikt mi nie przeszkadzał w tym, co robię. To wszystko.
AB: Czy w tegorocznym line-upie Soundrive’a jest artysta, na którego koncert wyjątkowo mocno czekasz?
AH: Tak i wszędzie to powtarzam — Artifical Pleasure! Nie mogę się już doczekać tego koncertu, a to dlatego, że kocham Talking Heads, czy Davida Bowie a oni są gdzieś gatunkowo i stylistycznie bardzo bliscy w swojej twórczości tym wykonawcom. Warto też wspomnieć, że będzie to ich pierwszy koncert poza Wielką Brytanią! Na swoim koncie mają tylko EP’kę, a mimo to, na nagraniach brzmią bardzo zawodowo.
AB: Chyba jednak kogoś bardzo mocno zabrakło w tegorocznym line-upie… a myślę tu o nikim innym jak o Batushce?
AH: Zabrakło z prostej przyczyny. Batushka zagrał 170 zagranicznych koncertów w tym roku i tylko jeden na OFF-ie i… taki był plan. Natomiast wiem, że być może w przyszłym roku szykuje się polska trasa. Jestem w stałym kontakcie z liderem, tak więc nie wiem, czy bezpośrednio wystąpią na naszym festiwalu, ale w B90 prędzej czy później z pewnością ich ugościmy.
AB: Przejdźmy zatem do ostatniego wątku – B90. Jeden z teledysków zespołu Vulgar (“My Blood Is Black”, 2010), powstał na parę lat przed wizją klubu, ale gdy oglądamy załączony do niego na youtube’ie making off — można bez trudu odgadnąć, że był on kręcony na terenie dzisiejszej Ulicy Elektryków, w starych stoczniowych halach.
AH: Tak! „My Blood Is Back” było kręcone dokładnie w budynku, gdzie znajduje się CSG, czyli Centrum Stocznia Gdańska. Na górnej kondygnacji. A oprócz tego na opuszczonej hali, która mieści się gdzieś na samym końcu stoczni. B90 mieści się po drugiej stronie tego stoczniowego areału, ale jest to dość blisko.
AB: I teraz druga część pytania. Czy przeszło Ci wtedy przez myśl, że w czasie zaledwie trzech lat stworzysz w tym miejscu jeden z bardzo ważnych i mocno liczących się w branży muzycznych klubów w Polsce?
AH: Trochę tak. Był taki moment po nakręceniu klipu, kiedy zobaczyłem te po stoczniowe hale i przez pierwsze trzy dni po zdjęciach cały czas korespondowałem z naszym wokalistą Krzychem, że byłoby to idealne miejsce, aby zorganizować tam festiwal metalowy. Rozmawialiśmy wtedy o różnych aspektach tych hal, jak je przystosować, etc. I to był pewien taki nieświadomy początek tego całego obecnie realizowanego planu. Kilka razy wracałem nawet w myślach do tego momentu już po tym, jak rzeczywiście minęło tych parę lat i powstało B90. W sumie teraz jak o tym pomyślę, to trochę się śmieję. Przecież obecnie na Stoczni w dużej mierze realizujemy dokładnie te rzeczy, o których wtedy rozmawiałem z Krzychem. A jeszcze do tego prawdopodobnie za chwilę zrobimy fajny metalowy festiwal. Także pomysł na to miejsce rzeczywiście świtał gdzieś nam w głowach, ale nikt nie myślał wtedy o tym na poważnie. Tamten moment na pewno nie był bezpośrednim powodem działań w Gdańsku i tego, że B90 jest w tym, a nie innym miejscu. Upłynęło jeszcze trochę wody od tamtego czasu.
AB: Tak, wspominałeś w niektórych wywiadach, że były inne propozycję na lokalizację klubu, np. w Gdyni.
AH: Stocznia była zupełnym przypadkiem. Akurat ktoś zadzwonił, że tam jest wolny teren do wzięcia i tyle. Dla mnie budynki Stoczni Gdańskiej były kompletnie zamkniętym i niedostępnym terenem. Nie spoglądałem w tamtą stronę na poważnie tak jak zresztą większość ludzi. Do dziś niektóre osoby przychodzą do B90, kręcą głową z niedowierzaniem i mówią „Kurczę, ja pierniczę, co się tutaj dzieje?”, „o co chodzi?”,„Tutaj są koncerty? Nie wierzę!”. Stocznia stała się ogólnodostępnym miejscem.
AB: Duża część wywiadów z tobą jest poświęcona SPATiF-owi. Przez długi czas twierdziłeś, że SPATiF jest twoim drugim domem. Czy teraz kiedy B90 skończyło cztery lata, ten twój drugi dom nadal znajduje się w Sopocie? Czy może mieści się już w Gdańsku?
AH: Mieszkam cały czas w Sopocie. W SPATiF-ie jestem częściej niż w B90, ponieważ można powiedzieć, że mieszkam obok tego miejsca. Sopotowi bardzo wiele zawdzięczam. To tutaj przywędrowałem ze Świnoujścia w 1996 roku, jeszcze zanim zacząłem pracować w SPATiF-ie. W tamtych czasach prowadziłem jeszcze inną działalność, również gastronomiczną — klub Numer 5. Jednak do dziś uważam, że ta droga, która zaprowadziła mnie na Stocznię, była pewnym efektem wszystkich działań związanych ze SPATiF-em. Oprócz działalności rozrywkowej nie stroniliśmy tam również od alternatywy i część działań poświęcaliśmy właśnie jej. Prowadziliśmy wytwórnię niezależną, wydawaliśmy płyty.
To tam też powstała koncepcja portalu Soundrive, jak również tam zrodził się pomysł na taki, a nie inny klub jak B90. Tak nieoficjalnie mówiąc, w pierwszym założeniu klub miał powstać właśnie w Sopocie. Z perspektywy czasu dziś raczej powinienem się cieszyć, że skończyło się to tak, a nie inaczej. Stocznia, po przezwyciężeniu pierwszych obaw, okazała się bardzo przyjaznym miejscem. W życiu bym nie powiedział, że będę w Gdańsku robił biznesy. W Sopocie cały czas czuję się jak w domu, w SPATiF-ie również, natomiast Stocznia jest moim dzieckiem, które kocham najbardziej i ciągle czekam, aż ono zacznie chodzić. Ona nadal raczkuje. Mówię to w pełni odpowiedzialnie i świadomie, bo jednak cztery lata na jałowym terenie wymagają dużo pracy i cierpliwości. Zaznaczam, że to nie jest klubik, a potężny klub. Miejsce generujące ogromne koszta. To już nie jest koncercik w SPATiF-ie, a poważne produkcje, które niosą ze sobą dużo różnych potknięć. Te potknięcia nie są za miłe, ale uzupełniają mi braki w wiedzy czy doświadczeniu związanym z prowadzeniem tego typu działalności. W dalszym ciągu uważam też, że potencjał Stoczni nie został jeszcze nawet w 50% wykorzystany. Tak więc cały czas na swój sposób wychowujemy tego brzdąca, jakim jest B90. Kształtujemy go i rozwijamy. Jego potencjał jest ogromny, a my pracujemy nad tym, żeby go wydobyć.
AB: Powstała też „Ulica Elektryków”
AH: „Ulica Elektryków” w ostatnim czasie stała się miejscem modnym. Składają się na to trzy lata ciężkiej pracy, bo faktycznie nie od razu to zabanglało. Ten rok rzeczywiście był przełomowym i możemy mówić tutaj o sporym sukcesie. Strasznie się z tego miejsca cieszę, bo w tym całym syfie, który się toczy obecnie. Te podejmowane próby zaprzestania naszej działalności. Jest jednak wielkie światło w tunelu i właściwie patrzę tylko w tę stronę. Planuję i myślę o przyszłości nawiązując do swojej pracy. Nawet się nie rozglądam na boki.
AB: Popatrzmy zatem raz jeszcze w przyszłość. Planowałeś, żeby przy B90 powstały nowe miejsca. Jak te plany wyglądają dziś?
Cały czas są one aktualne w naszych głowach i mogę powiedzieć, że stają się one mimo wszystko coraz bardziej realne. Pewne sytuacje się nagle zmieniły i niewykluczone, że w przyszłym roku pojawią się nowe rzeczy. Czekamy jeszcze na pewne przysłowiowe zielone światło by móc zacząć działać, jednak wszystko jest w trakcie realizacji i jesteśmy z tym tematem na dobrej drodze. Jeśli rzeczywiście wszystko odpali, to myślę, że 2018 będzie rokiem przełomowym dla Stoczni. Zarówno dla festiwalu, jak i dla wielu innych działań, które planujemy wcielić w życie. Wiem, na chwilę obecną opowiadam o tym enigmatycznie, tak po cichu, jednak nie chcę zapeszać. Mamy szansę na stworzenie fajnej przestrzeni głównie o charakterze koncertowym, plenerowym, letnim, tak też robimy swoje i czekamy cierpliwie na rozwój wydarzeń.
AB: Podsumowując, patrząc w przyszłość, jesteś raczej optymistą?
H: Jak zwykle, niepoprawnym.