Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

FURRY TAIL to nowa marka produkująca akcesoria dla psów – ręcznie barwione bandany, skórzane smycze i obroże z mocnymi rymarskimi okuciami. Poznajcie bliżej dziewczyny, które stoją za tą inicjatywą: Martynę Kudełko i Anię Remiszewską.

1. Kto stoi za marką FURRY TAIL?

FURRY TAIL to dwie dziewczyny i trzy psy. Znamy się od podstawówki, czyli prawie 20 lat. Kończymy studia, szukamy swojego miejsca na świecie. Mimo że „zgodnie z planem”, powinnyśmy raczej zająć się psychologią i finansami, postanowiłyśmy spróbować swych sił w rękodzielnictwie. Tworzenie takich psich akcesoriów, jakich w Polsce nie znalazłyśmy, to był nasz wspólny pomysł.

FURRY TAIL to także nasze rodziny i przyjaciele, bez których na pewno nie ruszyłybyśmy z miejsca. To nasza przyjaciółka Kasia – graficzka, która od początku nas wspierała, stworzyła całą identyfikację i pomagała w projektowaniu wzorów na bandanki, kolega fotograf, który zrobił nam pierwszą sesję, babcia Ani, która uczyła nas szyć…

Niby jesteśmy we dwie – jako Ania i Martyna – ale za marką FURRY TAIL stoi sztab cudownych ludzi.

2. Opowiedzcie proszę o waszych psach.

Pongo i Nala to młode, szalone psy, które znają się od małego i choć ich pierwsze spotkanie było nienajlepsze, teraz się uwielbiają. Mają podobny temperament, bawią się głośno, szybko i intensywnie.

Boston jest jednastoletnim bokserem, który dołączył do FURRY TAIL niespełna miesiąc temu. Powoli wdraża się w ekipę i chyba nikt mu nigdy nie powiedział, ile ma lat, bo zachowuje się jak szczeniak.

Zaczęłyśmy myśleć o FURRY TAIL dzięki psom, dla których szukałyśmy ładnych akcesoriów, więc są one bardzo ważną częścią zespołu. Są testerami naszych produktów, modelami w sesjach i ambasadorami na spacerach.

3. Jakie były poczatki waszej działalności? 

Pomysł zrodził się około roku temu, ale kilka miesięcy spędził dojrzewając w naszych głowach. Nie umiałyśmy szyć, a co dopiero pracować ze skórą. Obserwowałyśmy jednak firmy obecne na rynku zarówno polskim jak i zagranicznym i zobaczyłyśmy, że prawie wszyscy zaczynali od zerowych umiejętności.

Najpierw wymyśliłyśmy więc nazwę, a potem Kasia zaprojektowała nam logo – potrzebowałyśmy szybkich i namacalnych dowodów na to, że naprawdę postawiłyśmy pierwsze kroki.

Pożyczyłyśmy maszynę, a babcia Ani – była krawcowa – zrobiła nam przyspieszony kurs krawiecki. Trafiłyśmy do świetnego kaletnika w Warszawie, który pokazał nam co i jak ze skórą, poczytałyśmy, pooglądałyśmy youtube… i jakoś poszło.

4. Na polskim rynku ewidentnie brakowało ładnych akcesoriów dla zwierzat, zaczęłyście od bandanek, teraz smycze i obroże, co dalej?

Tak naprawdę marek jest sporo, ale szukałyśmy czegoś w innym stylu. Chciałyśmy, żeby było to coś praktycznego, ale też stylowego i eleganckiego. Jesteśmy minimalistkami – mamy w szafach kilka ciuchów na krzyż, które nosimy non stop, lubimy stonowane kolory, proste formy. Takich akcesoriów w Polsce nie było, a my ich potrzebowałyśmy.

Co dalej – najpierw chcemy poszerzyć ofertę o obroże dla chartów. Generalnie słuchamy tego, co mówią psiarze dookoła nas, rozmawiamy z ludźmi w parkach, staramy się wyjść naprzeciw potrzebom ich i ich psów.

Mamy kilka pomysłów, ale chyba za wcześnie jeszcze, żeby nazywać je planami.

5. Współpracujecie z kaletnikiem, a skąd bierzecie skóry i materiały?

Współpracujemy z kaletnikiem, który dużo nam doradza, a w krytycznych momentach – pomaga. Krytyczne momenty to takie, kiedy żeby zrobić coś dobrze, potrzebny jest sprzęt, jakiego na przykład nie mamy.

Pomocą jest dla nas wciąż babcia Ani, która szyje sprawniej niż my – wspiera nas głównie przed targami, kiedy szybko musimy przygotować dużo bandanek.

Zależy nam na lokalnym pozyskiwaniu surowców – materiały na bandanki drukujemy w drukarni w Warszawie, skóry kupujemy w Polsce. Jedynie okucia, ze względu na brak pożądanych modeli u nas, zamawiamy w Czechach.

Marzysz o tym, żeby twój pies radośnie merdał ogonem? Spraw mu coś od FURRY TAIL!

6. Jak wygląda dzień pracy w waszej firmie?

Intensywnie – wciąż chodzimy na uczelnię, pracujemy na etatach, nie mamy też pracowni z prawdziwego zdarzenia.

Nasze produkty powstają w naszych dwóch mieszkaniach na Starym Mokotowie. Sprawy związane z FURRY TAIL załatwiamy wcześnie rano albo późno wieczorem. Nie wszystkie oczywiście – do dostawców często trzeba dzwonić lub jechać w ciągu dnia – na szczęście mamy dość elastyczne prace i możemy sobie na to pozwolić.

Szyjemy, malujemy, nitujemy, piszemy maile, jemy pizzę i przytulamy psy. Idealnie.