Etno i nowoczesność
Poznańska artystka Marcelina Rosiak, po swoim kilkumiesięcznym pobycie w Tanzanii, zainspirowana siłą otaczających ją żywiołów i barw, postanowiła przenieść tę niezwykłą energię na proste, lecz nietuzinkowe formy, emanujące kobiecością i poczuciem wolności. Tak powstała marka Tanganique. O procesie tworzenia, afrykańskich wspomnieniach i o tym, czego Europejczycy mogliby nauczyć się od Afrykańczyków, opowiada Marcie Mach.
Marta Mach: Spędziłaś kilka miesięcy w Tanzanii. Co tam robiłaś?
Marcelina Rosiak: Odbywałam wolontariat związany z problemem albinizmu. Ludzie dotknięci tą chorobą uważani są tam za duchy, co wiążę się z ich prześladowaniami i okaleczeniami, a niekiedy nawet zabójstwami. W Tanzanii niektórzy wierzą, że fragmenty ciała albinosa maja magiczną moc i traktowane są jako talizmany. Jest to bestialski proceder, który bardzo dobrze zobrazowała Martyna Wojciechowska w dokumencie „Ludzie duchy”. My wolontariusze przede wszystkim zajmowaliśmy się kwestią edukacji ludzi dotkniętych albinizmem. Większość z nich nie miała nawet świadomości szkodliwego działania promieni słonecznych na ich skórę. Uczyliśmy ich jak przeciwdziałać ranom, poparzeniom czy nowotworom. Poza tym organizowaliśmy im pomoc lekarską oraz prowadziliśmy zajęcia w szkole dla dzieci niepełnosprawnych.
MM: To właśnie tam wykiełkowała myśl o Tanganique?
MR: Jestem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych. Podczas pobytu w Tanzanii, oprócz ciężkiej pracy w trudnych warunkach, miałam czas na chłonięcie atmosfery otaczającej mnie kultury i, co najważniejsze, natury. Moją wrażliwość poruszyły plastyczne aspekty tego kraju – przede wszystkim emanująca siła fauny, flory i żywe barwy. Z początku zafascynował mnie miejscowy nurt w sztuce – Tingatinga – współczesne malarstwo Tanzanii, o którym napisałam pracę magisterską. Moją uwagę przykuły także niezwykle piękne i kolorowe tekstylia, którymi oplatały się miejscowe kobiety. Mowa o materiale kitenge. Wrcając do Polski miałam ze sobą kilka kawałków tego materiału. Z nich powstały pierwsze kreacje na mój własny użytek. Wtedy zaczęły kiełkować w mojej głowie myśl, czy nie warto by pokazać tych pięknych deseni szczerszemu gronu odbiorców. Musiałam jednak do tego dojrzeć, poczekać na odpowiednią chwile – po 3 latach postanowiłam zrealizować to marzenie. Ściągnęłam z Tanzanii materiały i stworzyłam pierwszą kolekcję, która wykorzystuje ten niezwykły materiał. Kitegne jest jednak tylko elementem, wisienką na torcie, dopełnieniem całości projektowanych przeze mnie ubrań. Formy w większości są stonowane i proste, są połączeniem afrykańskiej energii z ponadczasową elegancją.
MM: Mówisz, że marka łączy etno i nowoczesność. Co dokładnie masz przez to na myśli?
MR: Właśnie ten element mariażu dzikiego i odległego z tym co nasze – europejskie. Okazuje się, że te dwa światy mogą komponować się ze sobą wybitnie dobrze.
MM: Jak dobierasz materiały?
MR: Jeśli chodzi o materiały kitenge nie jest to łatwe. Proces w chwili obecnej odbywa się na odległość, poprzez osobę mieszkającą w Tanzanii, z którą jestem zaprzyjaźniona. Dużo łatwiej było by mi je dobierać tam na miejscu. To ważne, by poczuć ich energię, przebierając wśród nieliczonych wzorów. Dlatego w przyszłości planuję odbywać samodzielne podróże w celu sprowadzania materiałów. Pozostałe materiały kupuję w Polsce. Od hurotwni do hurtowni dobieram odpowiednie barwy i struktury do zamówionych wcześniej w Afryce wzorów. Proces jest żmudny, ale daje wiele satysfakcji Moment, kiedy mogę już zobaczyć pierwszy prototyp, jest nieoceniony.
MM: Jak wygląda proces projektowania, a jak produkcji?
MR: Projekty tworzę praktycznie bezustannie. Powstają ich setki, by docelowo wybrać tylko kilka, które ze sobą najlepiej współgrają i tworzą pewną całość, opowiadają jakąś historię. Pozostałe czekają na swoją kolej i swój materiał. Działam więc niekonwencjonalnie – najpierw powstają projekty, dopiero potem dobieram do nich materiały.
Następnie razem z panią konstruktor dopracowujemy formę i powstają prototypy. Jeśli jestem zadowolona z efektu końcowego, tworzymy rozmiarówkę. Co ważne, nasze produkty można zamawiać według tradycyjnej rozmarówki albo według własnych wymiarów. Model tworzymy wtedy na zamówienie. Klientka ma wtedy pewność, że będzie na niej leżał idealnie.
Każda kreacja powstaje powoli, z sercem i starannością. Daleka jestem od masowej produkcji, wolę skupić się na jakości i mieć pewność, że rzecz, która wychodzi z mojej pracowni jest dopracowana, a osoba, która będzie ją nosić, będzie zadowolona.
MM: Czy kobiecość w afrykańskim wydaniu różni się od wydania europejskiego?
MR: Na pewno, chociaż wszystkie kobiety łączy jedno – chcą wyglądać pięknie. Choć kanony piękna są kulturowo bardzo zróżnicowane. Dla mnie nie ma znaczenia czy chodzisz na boso czy w szpilkach. Afrykanki są pełne energii, poruszają się w rytm muzyki, a uśmiech nie schodzi z ich twarzy. Kochają kolory i słońce, nie znają pojęcia zegara. Europejki z reguły są bardziej eleganckie i powściągliwe, przywiązują większą wagę do mody i szczegółów. To oczywiście wynika ze względów ekonomicznych – przepaść Zazwyczaj po prostu mogą sobie na to pozwolić, czego nie jedna Afrykanka by im pozazdrościła. Kawałek materiału zmyślnie owinięty dookoła ciała i zestaw kolorowych brzęczących bransoletek może być jednak tak samo efektowny jak kreacja od wybitnego projektanta. Styl etno z resztą raz po raz powraca na wybiegi,
MM: Czego więc Europejki mogłyby się nauczyć od Afrykanek?
MR: Właśnie tej bezwarunkowej radości. My Europejczycy za dużo się martwimy: pracą, pieniędzmi, dodatkowymi kilogramami, zmarszczką, jutrem, końcem świata… Podczas gdy Afrykańczycy cieszą się chwilą obecną. Wielu brakuje pieniędzy, wody, jedzenia, a nawet dachu nad głową. Mimo to nie tracą pogody ducha, a radość sprawia im najmniejszy drobiazg – szmaciana piłka czy piosenka usłyszana w radiu. Jak to mówią Afrykańczycy i słowa piosenki ze słynnej bajki – HAKUNA MATATA – nie martw się, wyluzuj, ciesz się chwilą.