Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Akcja najnowszej książki młodego brytyjskiego ilustratora Williama Grilla przenosi nas na rozległe równiny Nowego Meksyku. To prawdziwa historia słynnej watahy wilków i mężczyzny, który na zlecenie schwytał przywódcę tego stada. Opowieść o tym, jak jeden niezwykły wilk zmienił życie myśliwego i doprowadził do powstania na terenie Stanów Zjednoczonych społeczności zajmujących się ochroną dzikiego życia. Z Williamem Grillem, chwilę po polskiej premierze “Wilków z Nowego Meksyku” (wyd. kultura gniewu) rozmawiała Agata Napiórska

Agata Napiórska: Po ogromnym sukcesie „Wyprawy Shackletona”, twojej pierwszej książki rozgrywającej się na Antarktydzie, akcję kolejnej opowieści postanowiłeś umieścić w zupełnie innej części globu – w Nowym Meksyku. Skąd ten pomysł?

William Grill: Jakieś pięć lat temu w antykwariacie trafiłem na studwunastoletni tom oprawiony w zabarwioną na czerwono skórę, który na grzbiecie miał wygrawerowany złotymi literami tytuł “Zwierzęta, które znałem”. Już pierwsza historia z tomu – “Lobo, Król Currumpaw” – wywarła na mnie wielkie wrażenie. To coś więcej niż tylko emocjonalna opowieść Thomasa Setona. To też przedstawienie naszego stosunku do przyrody oraz nadziei na to, że nigdy nie jest za późno, żeby ten stosunek zmienić.

AN: Obie twoje książki opowiadają właśnie o relacji człowieka i przyrody. Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ten temat cię tak bardzo interesuje?

WG: Dorastałem w przemysłowej części Anglii, więc dopiero kiedy dorosłem zacząłem bardziej interesować się naszymi związkami z naturą, oraz tym, czego natura nas uczy i jak ją traktujemy. W końcu zrozumiałem, że w człowieku tkwią dwie przeciwstawne siły, które nieustannie się uzupełniają. Kiedy bardzo ambitni ludzie (wielkie ego miał i Seton i Shackleton!) stają twarzą w twarz ze zobojętniałym światem, zwykle dzieją się rzeczy niezwykłe.

AN: Kiedy ostatnim razem rozmawialiśmy, a było to jakieś dwa lata temu, mówiłeś, że wybierasz się do Nowego Meksyku. Opowiesz nam o tej wyprawie? Pojechałeś w te same miejsca, w których rozgrywa się akcja “Wilków…”? 

WG: Najpierw spędziłem tydzień na wolontariacie w rezerwacie wilków pomagając w różnych dziwacznych pracach (głównie w pieleniu), mogłem więc zapełnić szkicownik rysunkami wilków. Potem wybrałem się w ulubione miejsce Lobo – na północ i dalej robiłem rysunki z obserwacji. W międzyczasie odwiedziłem jeszcze muzeum Setona oraz kilka innych historycznych miejsc i poznałem wiele pomocnych osób.

(zobacz galerię zdjęć)

AN: Wspominałeś też, że twoim największym marzeniem jest wyprawa na Antarktydę. Wydawało się to coraz bardziej realne po tym, jak poznałeś krewną sir Shackletona. Udało się zrealizować to marzenie?

WG: To prawda, że w Dulwich College, tam gdzie przechowywana jest łódź James Caird, poznałem Alexandrę Shackleton, wnuczkę słynnego podróżnika. A co do wyprawy – robię postępy, jestem w kontakcie z ludźmi, którzy chcą, żebym popłynął statkiem na Arktykę, gdzie miałbym robić szkice. Jeśli to się uda, Antarktyda będzie następna!

AN: A jeśli chodzi o samo rysowanie, to czy zawsze chciałeś się tym zajmować?

WG: Kiedy miałem pięć lat chciałem być budowniczym. Potem chciałem pracować jako przewodnik w górach. Na szczęście moja praca pozwala mi podróżować, więc od czasu do czasu przynajmniej w te góry jeżdżę.

Marzysz o "Wilkach z Nowego Meksyku"? Szoruj na stronę ich wydawcy - kultury gniewu.

AN: Jak wygląda twój przeciętny dzień pracy? 

WG: Zwykle staram się przed dziewiątą rano trochę poćwiczyć, żeby za dużo nie wiercić się przy biurku. Potem od dziesiątej do osiemnastej siedzę w studio. Robię sobie sześć przerw na kawę i herbatę. Kiedy wykonam najważniejszą część pracy, czyli rysowanie, zajmuję się odpowiadaniem na maile, mediami społecznościowymi itd. Nie ma lekko!

AN: Masz plany na kolejną książkę? Pracujesz już nad czymś?

WG: Właśnie skończyłem projekt, który ukaże się latem. A teraz myślę o czymś zupełnie innym niż dwie dotychczasowe książki “reportażowo-przygodowe”, które przyniosły mi takie uznanie.