Leniwa niedziela z Michałem Cichym
O Ochocie, spacerach po mieście i najzwyklejszym życiu. Z panem Michałem Cichym rozmawiam o jego nowej książce „Pozwól rzece płynąć”, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Czarne.
Mateusz Bzówka: Jak spędza niedzielę pan Michał Cichy?
Michał Cichy: Niedziela to dla mnie druga sobota. To kolejny dzień, w którym nie mam żadnych stałych obowiązków i w związku z tym jest moim głównym dniem na pisanie. Żeby napisać coś większego potrzebuję spokoju i czasu. Pracuję krótko, ale intensywnie. Nie dłużej niż półtorej godziny dziennie. Na szczęście dobrze wyczuwam moment, w którym staję się wyczerpany i zaczynam wymuszać z siebie kolejne słowa. Piszę do momentu, w którym czuję się z tym swobodnie. W niedzielę przyjemnie jest po prostu odpocząć.
MB: A ma pan jakieś swoje rytuały?
MC:Dzień wolny zawsze zaczynamy od herbaty. Uwielbiam ją parzyć. Robię od razu cały dzbanek, siadamy z żoną w kuchni (to nasze ulubione miejsce w mieszkaniu) gdzie mamy sprzęt grający i słuchamy sobie radia. Najczęściej Dwójki, bo oboje lubimy muzykę poważną, a muzykę dawną w szczególności. Ostatnio maniakalnie przesłuchuję różne nagrania Winterreise Schuberta – bardzo piękny cykl pieśni. Wieczorem najczęściej oglądamy jakiś serial. Belfra, później Pakt, a teraz nowe odcinki Sherlocka. Nie lubię oglądać całego sezonu w jeden dzień. Lubię to, że seriale są nadawane w konkretny dzień tygodnia, wymierzają w ten sposób upływ czasu.
W weekendy oglądam również mecze – jestem fanem ligi hiszpańskiej i zagorzałym kibicem Barcelony, więc żadnego meczu nie przepuszczę. Czasem tez oglądam mecze Realu Madryt, żeby wiedzieć co słychać u wroga.
No i oczywiście trzeba wychodzić na spacery z psem.
MB: No właśnie! Co u Myszki? To przecież ochocka psia gwiazda i jedna z bohaterek pana książek.
MC: A dziękuję, wszystko dobrze. Ostatnio musiałem kupić dla Myszki kaganiec. Przez całe życie wyżerała z trawników i nic jej nie było, ale teraz ma już 12 lat i zaczęło jej to szkodzić. Obawiam się jednak, że przez ten kaganiec sens jej życia gwałtownie zmalał. Wie pan, psy żyją krócej niż my – jest to jedna z tych rzeczy, z którymi trzeba się pogodzić biorąc zwierzaka. Psy są takimi wiecznymi dzieciakami, przez długi czas nie dorastają, a nagle stają się staruszkami i umierają. Trzeba to przeżyć. Myszka jest już moim czwartym psem.
MB: Każdy nazywał się Myszka?
MC: Nie, nie… Kiedyś mój ojciec opowiadał mi historię o tym, jak podczas II wojny pomagał swojej babci na wsi w Wielkopolsce, i w tej wsi każdy gospodarz miał na obejściu psa pasterskiego. I nie zgadnie pan, każdy z tych psów miał na imię Turek. Przynajmniej wiadomo było jak takiego psa wołać. Imię Myszki natomiast wzięło się z tego, że gdy do mnie trafiła, miała zaledwie cztery tygodnie, była maleńkim szczeniaczkiem zbyt wcześnie odłączonym od matki i mieściła mi się na dłoni. Miała wtedy jeszcze zupełnie gładkie futerko, dopiero później stała się kosmata i, w porównaniu na przykład z yorkami, stosunkowo duża.
Ale wracając do pytania o bycie psią gwiazdą. Zdarza się czasem, że jakiś czytelnik, czy czytelnika nas rozpozna podczas spaceru i zaczepi Myszkę. A ona jest zawsze chętna na nowe znajomości.
MB: Pana książki mają bardzo ściśle określone miejsce akcji. To warszawska Stara Ochota, obszar „kształtem podobny do migdała o długości tysiąca i o szerokości pięciuset kroków”, jak pisze pan w „Pozwól rzece płynąć”. Mieszka pan na Ochocie, ale czy utożsamia się Pan z tą dzielnicą?
MC: Tak, ale utożsamiam się z każdym miejscem, w którym mieszkam. A że na Ochocie mieszkam już od prawie 20 lat, to z każdym rokiem coraz bardziej się tutaj zagnieżdżam. Mam coraz lepiej obeznane wszystkie miejsca, wiem na przykład, w którym sklepie można kupić coca colę w szklanych butelkach.
MB: I pana centrum życia to skrzyżowanie Białobrzeskiej i Sękocińskiej, zgadza się?
MC: Ktoś, kto jest obeznany jako tako z topografią Ochoty wie, gdzie mnie znaleźć po opisach w książce. Ale tak, zgadza się. „Pozwól rzece płynąć” zaczynam takim zdaniem: „Stanąłem pośrodku świata i rozejrzałem się dookoła” i to jest właśnie ten punkt, centrum mojego świata. Łatwo sobie odtworzyć, że tą „moją ulicą” jest ciąg Słupeckiej i Sękocińskiej.
MB: Co jest w nich takiego wyjątkowego?
MC: Ulica Słupecka jest wyjątkowa pod każdym względem. Jest na niej wciąż sporo rzemieślników! Jest pan szewc, który myślę, że ma już pod osiemdziesiątkę. Jako jedyny w okolicy wciąż ma prawidła do rozciągania butów – odwiedzam go zawsze kiedy kupię nową parę. Kilka kroków dalej jest zakład rymarski, w którym zamówiłem sobie szlufki do paska, o których piszę w mojej nowej książce. Absolutnie mnie zafascynowały. Nie mogłem uwierzyć, jak ktoś może być tak biegły w swoim fachu. Pan rymarz bardzo szybko, bardzo celnie powołał do życia takie dwa niepozorne obiekty jak szlufki do paska. Koszt usługi? 4 zł. Byłem wzruszony.
Na Słupeckiej są również dwa bary: Bar Korona i bar z kuchnią wietnamską Vi-nam. Wietnamczyk jest czynny do 22, a Bar Korona, należący do pana Wojtka, z kuchnią typowo polską, jest otwarty zaledwie do 17 i zawsze jest tam pełno. Ludzie lubią tam przychodzić, a pan Wojtek robi schabowe wielkości talerza, wiec można się tam też najeść.
Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy jest sklep, który jest połączeniem warzywniaka ze sklepem kolonialnym i nazywa się Cytrynka. Sprzedaje tam siwowłosa pani Janeczka, która sprowadza wspaniałe wędliny z Liszek, to pod Krakowem. Tam tez kupujemy z żoną pierwszej klasy parówki cielęce dla Myszki.
Ten początek Słupeckiej to jest magia, to taka nasza ochocka Ulica Krokodyli.
MB: A lubi Pan miasto? Gdy czytałem „Pozwól rzece płynąć” wydawało mi się, że absolutnie nie – za mało przyrody, za mało horyzontu… Natomiast słysząc Pana opowieści o Słupeckiej okazuje się coś zupełnie innego. Jak to z panem jest?
MC: Ja w ogóle lubię świat i ponieważ żyję w mieście, lubię miasto, w którym żyję. Ale oczywiście jestem świadom tego, że chcąc zobaczyć zachód słońca, muszę poszukać takiego miejsca, z którego widok nie będzie zasłonięty blokami albo biurowcami. Trochę brakuje mi widoku nieba i horyzontu. Ale lubię miasto. Lubię to, że jest ono takie bogate w bodźce, w ludzi, w wiele miejsc, a każde z tych miejsc ma swoją duszę. Dla pisarza jest to sceneria idealna.
MB: W pana książkach pojawia się bardzo dużo różnych postaci – sklepikarki, sąsiedzi czy osoby bezdomne i żebracy. Dla pana są inspiracją, ale społeczeństwo raczej nie ma ochoty na kontakt z osobami bezdomnymi.
MC: Myślę, że ludziom głównie nie podoba się żebractwo. To, że są nagabywani o pieniądze. Każdy ma te dwa złote, którymi mógłby się podzielić, ale czuje się w jakiś sposób zaatakowany przez człowieka, który uważa, że jeśli przepił wszystkie pieniądze i stracił swoje mieszkanie, jest upoważniony, aby z tego żebractwa żyć. Żebracy mogą budzić różne uczucia. W moim wypadku było tak, że kontakty z nimi zaczynały się od klasycznego: „Kierowniku! Poratuj pan!”. Ale ponieważ to byli bezdomni lokalni, których często spotykałem chodząc po dzielnicy, to z biegiem czasu zacząłem ich traktować jak znajomych. A już później pieniądze przestały być czymś takim super istotnym. Rozmawialiśmy o życiu, a oni akurat o życiu dużo wiedzą, bo to są ludzie, którzy poznali życie od tej najgorszej strony, od tej, od której żaden z nas raczej by nie chciał poznać. Opowiadali oczywiście różne historie, ale muszę przyznać, że z czasem okazywało się jednak, że są to, przynajmniej w części, fantazje. Nigdy nie wiadomo co ci tacy opowiedzą. Ta ich nawijka, ta gadka jest podporządkowana temu nadrzędnemu celowi, żeby jednak mimo wszystko wyciągnąć te dwa złote.
MB: Czyli jednak.
MC: No tak, to są jednak zawodowcy. Co tu dużo mówić.
MB: Przedstawiając tę grupę społeczną, poświęcając im dużo miejsca w książce, w jakiś sposób zrywa pan z utartym w świadomości obrazem inteligenckiej, bogatej Ochoty. Słupecka to nie Filtrowa. Nie wiem czy pan się kiedyś spotkał z określeniem, że Stara Ochota dzieli się na część A i część B.
MC: Mój świat nie dzieli się na strefę lepszą i gorszą. Moja kamienica jest ostatnim przedwojennym domem, który w tej części miasta wyznaczał jego koniec. Ulica Szczęśliwicka i jej tereny na zachód przed 1939 to były tereny wiejskie, pola i sady. Tak że według mnie wielkiej różnicy między tymi dwiema częściami nie ma, oprócz tego, że stara inteligencja mieszka przy Glogera czy Pługa i są to osoby dumne z tych adresów. Ja akurat przy tych ulicach nie chciałbym mieszkać – to są kamienice bez handlowych parterów, a ja uwielbiam handlowe i rzemieślnicze partery. I w związku z tym Słupecka wydaje mi się ciekawsza niż ulice z kolonii Lubeckiego.
Wie pan, ja piszę o Ochocie, ale przede wszystkim piszę o świecie i to, że ten świat okazuje się być akurat Ochotą, jest po części kwestią przypadku. Nie jestem z Ochoty, tutaj zamieszkałem, bo odziedziczyłem mieszkanie po mojej ciotecznej babci. Równie dobrze mógłbym mieszkać gdzie indziej i wtedy pisałbym o innych miejscach. Opisuję to, co widzę dookoła i staram się opisać to tak, jak nikt tego jeszcze do tej pory nie zrobił. Staram się widzieć rzeczy świeżym okiem.
MB: Opisuje pan zwykłe życie, codzienne sytuacje, niemalże dzień po dniu.
MC: Nie ma chyba czegoś takiego jak zwykłe życie, jest natomiast życie codzienne, które wcale nie musi być zwykłe. Można przeżywać takie najbanalniejsze, codzienne zajęcia jak parzenie herbaty, zmywanie naczyń czy robienie prania w niezwykły sposób: celebrując istnienie, ciesząc się z tego, że żyjemy, ruszamy się, dajemy sobie jakoś radę. Zwykłe życie zawsze okazuje się tak naprawdę niezwykłe.
—
Michał Cichy
Urodził się w 1967 roku w Warszawie. Studiował historię i historię sztuki. Pracował w „Gazecie Wyborczej”, w jury Nagrody Literackiej Nike i dla Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Mieszka na Ochocie. Jego książka, Zawsze jest dzisiaj (2014) otrzymała nominację do Nagrody Conrada oraz zdobyła Nagrodę Literacką Gdynia.