Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Muszę napisać to wprost: zakochałam się w Patersonie – bohaterze, ale i w Patersonie – najnowszym filmie Jima Jarmuscha.

Jarmusch jest taki, jak jego filmy – mądry, oszczędny w słowach i konkretny. Niczego tak nie ceni, jak prostych przyjemności. Uważa, że pranie skarpetek może być tak samo przyjemne, jak podróżowanie na koniec świata. Zapewne dlatego ten film jest tak chętnie omawiany w kontekście mindfuldness – praktyki uważności zalecanej w każdej chwili naszego życia. Sam reżyser chciał chyba zrobić film o pewnej postawie życiowej, z resztą bardzo mi bliskiej: pełnej humanizmu, rozumianego jako zrozumienie oraz szacunek dla drugiego człowieka. Bez oceniania i zbędnego angażowania się w życie innych.

Tytułowy Paterson mieszka w mieście Paterson pod Nowym Yorkiem i jest kierowca autobusu. A także poetą. Zafascynowanym innym mistrzem słowa Wiliamem Carlosem Williamsem, którego wiersze mogliśmy poznać dzięki genialnym tłumaczeniom Stanisława Barańczaka, Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego. Gdyby ktoś o to pytał, mam już oczywiście tomik wierszy tego poety, żeby pobyć z Patersonem trochę dłużej. Wytropiłam go w internecie.

Wracając jednak do filmu. Opowieść Jarmuscha jest prosta oraz pełna dowcipu i przewrotnej prawdy o naszym życiu. Paterson praktycznie codziennie robi to samo, a jednak jego życie jest pełne wrażeń, cudownych chwil i miłości. Do pięknej i nieco ekscentrycznej żony – w tej roli niezwykła  i promieniująca egzotycznym ciepłem irańska aktorka Golshifteh Farahani. I do życia w ogóle

Sam Paterson grany jest przez Adama Drivera, aktora którego doskonale znamy z ostatniej części „Gwiezdnych Wojen” czy kultowego w niektórych kręgach serialu „Girls”. Adam, podobnie jak jego bohater pochodzi z biednej rodziny, choć nie przeszkodziło mu to w tym, aby skończyć elitarną szkołę aktorską Julliard School. Jest niezwykle oczytanym i zdolnym młodzieńcem, a dosłownie za chwilę zobaczymy go w głównej roli najnowszego filmu Martina Scorsese – „Milczenie”.

Nie czekaj, zobacz Patersona już dzisiaj!

Od pierwszej chwili, gdy widzimy go na ekranie, wzbudza sympatię i zainteresowanie. Gra niezwykle oszczędnie. Poza lekkim uśmiechem, gdy przysłuchuje się rozmowom swoich pasażerów i trafia na dwóch mężczyzn, którzy nieudolnie przechwalają się swoimi damskimi podbojami, nie pokazuje właściwie emocji. Jest lubiany i chętnie zaczepiany – a to przez barmana, a to przez nieszczęśliwie zakochanego mężczyznę czy młodziutką poetkę, której wiersz o wodospadzie stanie się dla Patersona prawdziwym objawieniem. Podobnie jak dla samego Jarmuscha, dla którego wodospad staje się alegorią całego miasta i życia w nim.

Film Paterson jest czystą poezją. Dlatego jest tak niezwykły, uniwersalny, wzruszający i piękny. Ja się wybieram na niego drugi raz, zapewne nie ostatni. A Wy?