Zachwyty minionego tygodnia. O podróżach i wycieczkach
Nasze zachwyty minionego tygodnia kręcą się wokół podróży i wycieczek. Tych krótkich i tych dłuższych, bliższych i dalszych, tych po Polsce i tych… z książką kucharską z Bliskiego Wschodu.
Marta:
Zeszły weekend spędziłam w Trójmieście, a nie było mnie tam jakieś 10 lat! (Jak to się mogło stać?). Nocleg wynajęłam przez Airbnb. Wylądowałam na blokowisku na gdańskiej Zaspie, gdzie oniemiałam na widok murali. Blokowisko jak blokowisko – jedno z tysięcy podobnych do siebie. Tu jednak na każdym budynku ogromny na całą boczną ścianę mural, stworzony każdy przez innego artystę. Gdyby nie fakt, że elewacje bloków utrzymane są w tradycyjnej polskiej pastelozie (w związku z tym prawdziwą przyjemność sprawia patrzenie na blok jedynie z boku), byłoby to moje ulubione osiedle na świecie. Tak czy inaczej gdańska Zaspa, a w szczególności ulica Skarżyńskiego otrzymuje mój „zachwyt minionego tygodnia”, a ulubionym osiedlem na świecie pozostaje niezmiennie grudziądzki Rządz, na którym się wychowałam.
P.S. Po powrocie do Warszawy poszperałam w internecie. Za moim zachwytem stoją trzy powiązane z Kolekcją Malarstwa Monumentalnego projekty: Festi
Agata:
Zaczyna się sezon na pomidory. I to mnie prawdziwie zachwyca, bo gdybym musiała wybrać jedną rzecz, którą będę jadła do końca życia na bezludnej wyspie, byłyby to właśnie pomidory. W minionym tygodniu zachwyciły mnie smażone pomidory, przepis wzięłam z książki „Jerozolima” Yotama Ottolenghiego i Samiego Tamimi.
Wykonanie to szczyt prostoty: bierzemy kilka pomidorów (muszą być duże i dość twarde, na razie najlepsze są malinowe) i kroimy je w poprzek w talarki grubości około 1,5 cm. Rozgrzewamy oliwę na patelni i wrzucamy posypując solą i czarnym pieprzem. Smażymy z jednej strony, potem przekładamy na drugą i znowu posypujemy solą i pieprzem oraz smarujemy mieszanką świeżej natki pietruszki z trzema ząbkami czosnku wyciśniętymi przez praskę oraz papryczką chilli. Do tego pełnoziarnisty chleb. Jadłam to przez cały tydzień na śniadanie i jeszcze mi się nie znudziło.
Mateusz:
Elewacja teatru Pinokio z piękną gradientową mozaiką
Rynek Bałucki w pełnej krasie
Część ekspozycji wystawy Jacka Foty „Linia 46” w ramach Fotofestiwalu 2016
Lubię wycieczki. Zarówno te na dłuższe dystanse, jak i te krótkie. Lubię wyjeżdżać i wracać po tych kilku dniach spędzonych w innym miejscu, do Warszawy. Tak na prawdę, nigdy nie przypuszczałem, że polubię to miasto. Przeprowadziłem się tutaj na studia magisterskie, z Łodzi, gdzie skończyłem licencjat z historii sztuki. I choć wyprowadzając się, czułem że to jedyna i właściwa decyzja, to jednak sentyment do Łodzi pozostał. Często odwiedzam to miasto, raz w miesiącu to absolutne minimum!
I tak też było w ostatni weekend, który spędziłem w mieście spod znaku wpierdolu i brzydoty. Bo przecież taki jest stereotyp Łodzi. Ale nie wiem czy jest stereotyp równie nieprawdziwy i krzywdzący – przecież Łódź to wspaniałe, pełne świeżości miasto! Knajpy i klubokawiarnie z kultowymi Owocami i warzywami na czele, pyszne, tradycyjne lody (polecam smak ciasteczkowy i „słona gała”) z okienka na Piotrkowskiej tuż obok super antykwariatu, parki ogromne jak lasy i mini oazy zieleni na remontowanych ulico-deptakach tzw. woonerfach, lokalne wydarzenia i międzynarodowe festiwale – warto wspomnieć choćby Lodz Design czy Fotofestiwal, ciekawska architektura – i ta modernistyczna, i ta o dekadę czy dwie starsza, no i mój ulubiony Rynek Bałucki, kłębowisko rupieci, kwiatów i starych żurnali sprzedawanych z koca, po 1 zł numer. Polecam wszystkim taką wycieczkę, choćby na jeden dzień, pociąg z Dworca Zachodniego jedzie do Łodzi zaledwie 1,5h!