Uzdrowisko
Rozmawiała: Ewa Kozik
Zdjęcia: Patrycja Wojtas / TUTAJ TAM
29 maja 2016 roku, o 4:00 nad ranem otworzyłyśmy w Parku Rzeźby w Królikarni wystawę Doroty Buczkowskiej „Uzdrowisko”. Na wystawę składa się prawie siedemdziesiąt małych szklanych „rzeźbiątek” zamkniętych w szklarni. Przyszła wiosna, świat budzi się do życia, a wraz z nim nietypowe, delikatne organizmy, które należy otoczyć opieką i zaakceptować, aby nie uległy zniszczeniu. Z autorką prac rozmawiam o ich powstawaniu, hodowaniu oraz potencjalnym znaczeniu.
Ewa Kozik: Jakie były Twoje początki pracy ze szkłem? Co Cię skłoniło do tego, aby rozpocząć cykl „Uzdrowisko”?
Dorota Buczkowska: Od dawna zbierałam szkło – pojedyncze kieliszki, szklanki, talerze, buteleczki, szkło użytkowe. Ale nie mam żadnego kompletu w szafce kuchennej… jeśli można mieć kilka indywidualnych ładnych obiektów, to po co mi sześć takich samych? Wiem, że temat piękna jest mało popularny w moim środowisku, ale muszę przyznać, że mam słabość do piękna. Obcowanie z nim jest dla mnie przyjemnością.
Jednak w pracach z „Uzdrowiska” nie jest do końca tak, że skupiasz się tylko na pięknie, prawda? One są niebezpieczne, draczne, mają w sobie coś złamanego, nieoczywistego.
Tak, „Uzdrowisko” wabi urodą ale nie jest jednoznaczne, jak zresztą większość moich projektów. Formy przypominają znajome kształty, ale nic nie jest reprodukcją rzeczywistości. Sugerują raczej niż przedstawiają, mają pobudzać wyobraźnię. Ostrość krawędzi może wywołać niepokój. Szkło tłucze się i gdy jest się nieuważnym bywa niebezpieczne – taka jest prawda o szkle. Myślę, że to są jakości, których uczymy się akceptować w życiu, które występują obok siebie i dopełniają się. Piękno i ułomność czy radość i smutek – jedno nie wyklucza drugiego.
Twoja metoda pracy to poznawanie materiału, jego właściwości, struktury, szczególnych cech. W swoich pracach wykorzystujesz jego słabe i mocne strony. Czego nauczyłaś się o szkle i porcelanie, czy było coś szczególnego, co chciałaś z nich wydobyć?
Praca z materią jest i zawsze była dla mnie bardzo ważna – doświadczanie jej i współpraca z tym, co ma do zaoferowania. Formowanie jest dla mnie odpowiedzią na jej specyfikę, warunki fizyczne. To w jaki sposób można ją przekształcać, oswajać, w jaki sposób ona odpowiada na przekształcenia, jak prowadzi moje działania… Integralną częścią projektu jest to, jak materia będzie pracowała pod wpływem warunków atmosferycznych, obecności oglądających, starzenia się materiału itp. Do tej pory raczej używałam materii, która pozwala na „miękki proces” oswajania np. ogrzewanie, uciskanie, szycie.
Szkło jest inne – ma formę raz nadaną i w tej formie teoretycznie pozostaje. Teoretycznie – tu proces polega na dezintegracji, a moja rola na ponownym łączeniu kawałków.
Chyba, że pracujesz z miękkim szkłem, które jest dopiero formowane.
Chyba, że pracuję z miękkim szkłem i formuję je sama w hucie.
Gotowe szkło i obiekty, które posiadają skazy, czy ślady używania , często są wyrzucane. Dla mnie to jest po prostu naturalny skutek tego, co mu się przydarza. Jeżeli kryształowy kieliszek potłukł się w trakcie chrztu czy stypy pogrzebowej, to nadaje mu nową wartość, nowe znaczenie. Oczywiście jako przedmiot użytkowy może już się nie nadawać, natomiast jako materia do pracy twórczej jak najbardziej. Nadal jest kawałkiem piękna i ma swoją historie.
Podobny wątek rozwijam od kilku lat w cyklu prac zatytułowanych „Rok w sanatorium”. To seria rysunków na starych fotografiach, które leżąc latami np. w wilgoci, w pudłach, dostały pleśni, uszkodziła się warstwa emulsji, czy na przykład ktoś kogoś zamazał na zdjęciu pod wpływem emocji.
Rysy, zagniecenia, zniszczenia odbierają dokumentowi jakość i czytelność, ale jednocześnie są zapisem przeszłość, tak jak i samo zdjęcie. Moja praca często polega tylko na podążaniu za skazą, akceptacją tego co zastane, nadaniu zniszczeniom znaczeń. Etyka konserwatorska zakłada różne podejście do tego tematu – co zrobić jeżeli parę lat po ślubie żona dowiedziała się o zdradzie i nożem wydziobała na zdjęciu ślubnym pana młodego? Rekonstruować pana czy nie? Ja jestem za tym, żeby nie. Zdjęcia opowiadają historię, nakładających się warstw czasu i zdarzeń.
Gdy nie ukrywasz tego co się stało z tymi przedmiotami, a właśnie to wydobywasz czy podkreślasz, to równocześnie pokazujesz specyfikę danego materiału, prawda? Na przykład fotografia akurat ma tendencję do blaknięcia, zachodzenia pleśnią; szkło raczej nie będzie się psuło, ale może pęknąć, szczerbić się – dotyczą go inne procesy. Konserwatorska praca jest trochę ukrywaniem walorów konkretnej materii czy surowca. Ty raczej skupiasz się na tym, żeby podkreślić to co jest sercem danego przedmiotu, a raczej tego z czego jest on wykonany. Jakie ma tendencje, do jakiego rodzaju destrukcji i przez to jaka jest jego charakterystyka.
Tak, dokładnie tak. Jestem dyplomowanym konserwatorem malarstwa i rzeźby. Moje podejście do tematu jest świadome. Retusz naśladowczy w wielu przypadkach odbiera wartość obiektom – odzyskują niewątpliwie swoje walory dekoracyjne, ale często tracą duszę. Wracając do szkła – „Uzdrowisko” i „rzeźbiątka” pokazują moje podejście do perfekcji. Uważam, że perfekcja jest nudna, jest martwa. Jeżeli forma jest idealnie zamknięta, a co gorsza symetryczna – wszystko jest na swoim miejscu – tam już nic się nie zdarzy, wszystko jest przewidywalne…. Nie ma miejsca na proces, na zmiany, na życie obiektu – to tematy, które wracają w mojej pracy prawie przy wszystkich projektach.
Szklane prace przyniosłaś do Królikarni już „gotowe”. Ustawiłyśmy je na półkach i szybko okazało się, że mikroklimat w szklarni powoduje rozklejanie się niektórych elementów. Sklejasz je z powrotem, niektóre trochę zmienione trafiają znów do szklarni, czasem inne zastępują ich miejsce. Tym razem proces, być może trochę bez planowania, również stał się częścią wystawy.
To jak będzie pracowała materia zawsze zakłada niespodzianki – na tym polega moja przyjemność. Zawsze zostawiam margines na nieprzewidziane, uwielbiam kiedy prace mnie zaskakują . Plamy z kosmetyków, którymi rysuję, wsiąkają w papier zmieniając kształty; parafina w pracy „Interror” kruszy się pod stopami; huśtawki odlatują – jedne nisko, inne wysoko itp. Jestem otwarta na to, jak zaskoczy mnie proces. Pozwalam tym rzeźbom na współpracę. Coś się odkleiło, coś pękło, coś zmieniło kształt – idę za tym i patrzę na to co jest, w nowy sposób. Biorę to do ręki i przekształcam w coś innego, forma „zaproponowała” coś nowego… Temat cały czas jest otwarty. Proces jest żywy. Zmiana może się zdarzyć na kolejnym i na kolejnym etapie – dla mnie jest to pociągające.
To właśnie dlatego praca z Tobą mnie inspiruje. Jesteśmy nauczeni traktować obiekty sztuki jako coś bardzo wartościowego, coś do czego podchodzimy z opieką i uwagą, żeby nic się nie zniszczyło. Ale Twoja reakcja jest dla mnie zupełnie nowa. Zdejmujesz obiekty sztuki z wystawy, sklejasz, zmieniasz. Mówimy o tym, że przynajmniej część z tych przedmiotów ma dla Ciebie wagę personalną, związana jest z indywidualną historią. Mimo tego, nie jesteś zła, że coś się niszczyło.
Dla mnie w ogóle hasło „zniszczyło się” nie istnieje. Po prostu zmieniło swoją formę i dalej możemy z tym pracować albo dać temu wolność, niech będzie takie albo niech będzie inne. Możemy to dowartościować, biorąc pod opiekę i włączając znowu w proces twórczy. Jeśli maluję obraz i następnego dnia uznam, że nie mam do niego przekonania po prostu maluję dalej, maluję do skutku.
Mówisz, że dla Ciebie nie ma zniszczenia, tylko jest proces. W dzisiejszym świecie jest nadprodukcja, wiele rzeczy kupuje się masowo i wyrzuca bardzo łatwo. Nie przywiązujemy się już tak bardzo do konkretnych rzeczy, już prawie nie chodzimy do szewca, do krawca – jak coś się psuje, to to wyrzucamy. Czy Twoje prace reprezentują wartość czegoś, czego nie chcemy wyrzucać, bo ma dla nas większą wagę, niż po prostu nowszy model?
Rzeczywiście nowszy model mnie nie pociąga… Lubię patynę, lubię pojedyncze egzemplarze, lubię rzeczy, które były już używane przez innych ludzi. Pracując ze szkłem nakładam różne rzeczywistości – przedmioty stare i cenne łączę z przedmiotami które są proste, współczesne, seryjne. Kryształowe kieliszki montuję ze słoikami po musztardzie.
Powiedziałaś, że wcześniej nie pracowałaś ze szkłem, bo jest w pewnym sensie ostateczne, jest twardym, trudnym materiałem. Bez niszczenia nie daje się go zmieniać, modulować. Coś jednak skłoniło Cię do zmiany zdania. Czy najpierw zainspirowałaś się już skończonymi obiektami i chciałaś wydobyć ich historię? Czy po prostu zainteresowało Cię szkło jako takie, pojechałaś do huty i chciałaś coś z niego stworzyć?
Kolekcjonując nieprofesjonalnie kolorowe szklane obiekty i ustawiając je sobie dla przyjemności zauważyłam, że jest w tym dużo podobnej obserwacji jak w moich rysunkach czy w malarstwie – transparentność, przenikanie kolorów, nakładanie refleksów światła. Na początku próbowałam pracować z piecem fussingowym. Nic mi z tego nie wyszło, ale ponieważ zaczęłam już szkicować większy projekt postanowiłam pojechać do huty.
Czyli najpierw miały to być Twoje prace od początku do końca? Nic nie miało być doklejane, dostawiane?
Tak. Najpierw trzeba było poeksperymentować, żeby zobaczyć jak się pracuje ze szkłem. Kiedy w hucie powstały pierwsze obiekty, miałam poczucie, że są one właśnie zbyt zamknięte, zbyt doskonałe. Po wystygnięciu nie ma w nich już procesu. Czułam dyskomfort, że nie są w zgodzie ze mną, że są za blisko tej delikatnej granicy z dekoracją. Widziałam w nich potencjał, ale nie do końca czułam satysfakcję.
I wtedy…
W trakcie pracy, w hucie, niektóre formy popękały. Ze względów technicznych. Zabrałam je ze sobą, bo mimo że potłuczone, były piękne. Od tego momentu zaczęła się praca z elementami, które z jednej strony są ułomne, a z drugiej strony otwierają się na to, by stanowić część kompozycji nie ograniczonej pracą w piecu. Wtedy dotarło do mnie jakim materiałem dysponuję. Mam szkła, które były w rodzinie od dawna, które uczestniczyły w różnych świętach, celebracjach albo przypominają mi jakieś momenty w życiu. Niektóre są ze mną przez dziesięciolecia, inne pojawiają się na chwilę, mają wartość sentymentalną albo praktyczną… Część szkieł, na które składa się „Uzdrowisko”, jest z huty, część jest wyjęta z szafek: moich, mamy, siostry, niektóre zostały znalezione czy przywiezione z podróży, więc tak naprawdę… jest to bardzo osobiste, emocjonalne i ludzkie.
U Ciebie to niszczenie wydaje się być po to, aby mogło powstać coś nowego. „Zranione” szkło zaczyna „porastać” inne szkło, formy przybierają postać organiczną, a to co kiedyś pełniło funkcję, zatraca ją kompletnie. To obraz trochę post-apokaliptyczny: nie możemy już nic nalać do dawnych szklanek, wstawić roślin do dawanych wazonów, napić z kieliszków – następuje rozkład ale i powstawanie nowego, niezależnego życia. Chcesz odwrócić los przeznaczony tym przedmiotom?
Może nie odwrócić, ale lubię pokazywać, że ten porządek, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, to rzecz bardzo umowna i tak naprawdę bardzo ograniczająca. Jeżeli się w znajomej strukturze zadzieje jakiś ferment, błąd, to natychmiast budzi panikę, włącza się alarm i wzmaga uwaga. Dwuznaczność, która często jest w moich pracach, polega właśnie na zaburzeniu porządku i na tym, żeby wybić na chwilę z przyzwyczajeń, z automatycznej interpretacji. Mamy pewne mechanizmy, nie weryfikujemy ich i nie zastanawiamy się co jest prawdą, a co nie jest, czy to jest dobre czy nie, czy to jest nasze czy cudze, wyuczone. Zmiana kontekstu powoduje, że mechaniczny odbiór i automatyczna interpretacja, przez moment przestają działać. To mobilizuje, żeby na chwilę się obudzić, żeby na chwilę zobaczyć naprawdę. Najtrudniej jest zobaczyć to, co się widzi. To się wszystko mieści się w teorii dezintegracji pozytywnej – właśnie o takiej pracy mówię, gdzie pewien schemat zostaje zdezintegrowany po to, żeby dzięki weryfikacji zobaczyć lepiej i bardziej .
Tak, od razu narzucamy i widzimy to, co już znamy. Osobiście Twoje prace kojarzą mi się z bytami pół-rzeczywistymi, trochę zbliżonymi do podwodnych organizmów trochę do tworów naszej wyobraźni, przewidzeń zmęczonego wzroku, fatamorgany. Podobnie można zinterpretować istnienie szklarni. W dzień, w świetle słońca, gdy wszytko jest dobrze widoczne – znika między drzewami. W nocy i nad ranem, gdy nasz umysł jest zmęczony, a świat „niedoświetlony”, ona jest najbardziej widoczna i intrygująca. Czy takie było Twoje założenie? Czy Twoje prace są czymś „ostatecznie”?
W zasadzie nigdy nie daję, ani w tytułach ani w opisach, swojej interpretacji pracy. Zawsze zostawiam przestrzeń dla odbiorcy, staram się, żeby tytuł był otwartą metaforą i żeby każdy mógł ze swojej perspektywy, na bazie swoich doświadczeń czy emocji zobaczyć w tym coś prawdziwego dla siebie. Dla mnie tylko taki odbiór ma sens. Jeśli ja podam „jedyną słuszną” interpretację, nie pozostaje miejsce na odbiorcę – to nie jest dla mnie satysfakcjonujące.
Szklane obiekty działają nie tylko indywidualnie, ale też jako grupa, zbiorowisko dziwnych organizmów, które są zamknięte w szklarni i przez to, że są trochę z innego świata, hodowane w specjalnym, swoim, środowisku. Opowiesz o znaczeniu samej szklarni?
Od początku pomysł był taki, żeby pokazywać je w grupie. Prace trafiły do parku, więc wydawało mi się naturalne, żeby postawić szklarnię. Ponieważ prace rosną i zmieniają się jeszcze w trakcie powstawania, to zawsze traktowałam je jako hodowlę. Coś pomiędzy hodowlą a stołem po bankiecie. Zawsze istniał pomysł, żeby pokazywać je na szklanym podświetlanym stole lub półkach.
Jak myślę o tych pracach, to mam w głowie Twój projekt „Królestwo”. Wtedy chodziłaś po lesie i zbierałaś konary, gałęzie, które ci coś przypominały lub były intrygujące. Oswajałaś je, w jakiś sposób przetwarzałaś. Znajdowałaś je wśród przyrody, w środowisku naturalnym, z którym ludzie w miastach nie mają kontaktu na co dzień. Szperałaś w tym nieoswojonym, dzikim świecie…
Nie wiem który z tych światów jest bardziej dziki. Dla mnie to nie jest ewidentne. Zdecydowanie lepiej czuję się w lesie niż w mieście, tam jestem bardziej u siebie.
Ale czy porównałabyś ten sposób pracy? Tym razem chodziłaś na poszukiwania wyrobów ludzkich, szperałaś w zakamarkach miasta.
Tam drewno zostało obgryzione i obrobione przez zwierzęta i grzyby, tutaj przez powiedzmy świąteczne przyjęcia. Oczywiście wiadomo, że szkło użytkowe ma formy nadane, spełniające konkretne funkcje. Jednak sposób patrzenia na materię jest podobny. Pracując nad obiektami z projektu „Królestwo” nie wykroiłam żadnego elementu. Wszystkie znalazłam w takiej postaci w jakiej są, zaimpregnowałam je żywicą żeby je wzmocnić, żeby zachowały kształt, naniosłam kolor – zrobiłam z nich „rzeźby polichromowane”, dowartościowałam formę i podałam ją w pewnej kompozycji. Natomiast one wszystkie zostały wyrzeźbione przez grzyby, pszczoły, bobry, pioruny, itd. Generalnie projekt „Królestwo”, na który składało się malarstwo, rysunek rzeźby, pokazuje ekosystem mojej pracy, wszystkie gatunki i podgatunki wśród których obracam się, tworząc. Właściwie to spokojnie mogłabym ten projekt pokazać za kilka lat jeszcze raz, dołączając nowe cykle.
Jak już rozmawiamy o Twoich wcześniejszych pracach, to czy mogłabyś coś powiedzieć o „Nie wszystkie elementy są kompletne” i pracy z wełną? Materiałem, który jest ciepły, który nas otula, jest miły, inny od tego co robisz teraz.
Ja widzę to jako własny proces rozwoju. Większość moich prac, jeśli nie wszystkie, korespondują z tym, co się dzieje w moim życiu. W tej chwili, patrząc wstecz, widzę jak w kolejnych projektach pojawia się zmaganie z lękami, tematem zaufania czy akceptacji. Te czarne „Przytulanki” to szukanie ukojenia na zewnątrz. Niedawno moja znajoma, która jest terapeutką powiedziała, że chciałaby zrobić poduszki dla pacjentów, takie które mogliby przytulać w trudnych momentach braku bliskości. W odpowiedzi pokazałam jej te rzeźby – okazały się być dokładnie tym, co miała na myśli. Są trochę zwierzętami, trochę poduszkami, trochę ubraniem, ciepłym swetrem, w który można się schować.
Czyli wbrew pozorom tamten cykl, mimo tego, że był ciepły, otulający, był negatywny, a to, co robisz teraz: ostre, twarde, jest tak naprawdę o czymś pozytywnym?
Tak. Szkło z „Uzdrowiska” nie boi się potłuczeń, ostre fragmenty są jawne, zaakceptowane, mają swoje miejsce, a przez to są bezpieczne, tworzą całość z tym co piękne i kolorowe – jedno obok drugiego może funkcjonować.
Czy „Uzdrowisko” to pewnego rodzaju Twoje rozliczenie z przeszłością? Z tym, co dziedziczymy? Czy ma coś wspólnego z ostatnio sprzedanym mieszkaniem, żegnaniem się?
Myślę, że tak. Dla mnie tworzenie jest jak metabolizm emocjonalny – przerabiam to, co się dzieje w moim życiu na pracę.
Rzeczywiście, najnowszy cykl wiąże się z ważnymi zmianami. Między innymi zmiana miejsca jest odcięciem się od pewnej trudnej historii, jest zamknięciem jakiegoś etapu i otwarciem na nowy, w pozytywnym znaczeniu. Nowe decyzje wymagały odwagi, zaufania i wiary w to, że sobie poradzę. Teraz zdecydowanie jestem w „Uzdrowisku”: krainie wody z bąbelkami w kolorowych kubeczkach i miejscu, gdzie świeci słońce.