Brodka: Nie potrafię odpuścić
Tekst: Kasia Wójcik
Zdjęcia: Bartek Wieczorek
Ile uwagi poświęcacie zwykłemu pakowaniu? Pakujecie się przez kilka dni, po aptekarsku, czy jesteście gotowi w godzinę? Pytanie nie jest bez znaczenia, bo właśnie ta czynność mogłaby ilustrować, w jaki sposób pracuje i komponuje Monika Brodka. Nadchodząca płyta, podobnie jak jej walizka, pełna jest oryginalnych motywów, jaskrawych wątków, elementów, które pozornie do siebie nie pasują, ale w rzeczywistości zostały drobiazgowo dobrane i starannie ułożone w całość. Podczas rozmowy artystka zdradziła nam historię tytułu nadchodzącej płyty, plany założenia zespołu punkowego i dokąd chciałaby wyruszyć w kolejną podróż.
Kasia Wójcik: Zacznę od przewidywalnego pytania, ale nie mogłabym go nie zadać. Ostatnio kolega zaczął nucić twoją piosenkę o rachowaniu kości, a ja pomyślałam automatycznie: gdzie podziała się Brodka? Co robiłaś przez ostatnie pięć lat od wydania Grandy?
Monika Brodka: Pracowałam. Przez pierwsze trzy lata rzeczywiście była to intensywna praca z poprzednim materiałem. Najpierw z Grandą, później z EP-ką, która wyszła po dwóch latach. Zagrałam bardzo dużo koncertów i byłam w bardzo wielu miejscach. Promocja tego materiału trwała dosyć długo i długo ludzie się o nim dowiadywali, więc przerwę medialną zrobiłam sobie dopiero w drugiej połowie 2013 roku, kiedy wyjechałam na kilka miesięcy do Nowego Jorku. Bardzo mnie tam ciągnęło i zawsze chciałam pojechać na dłużej. Tam też zaczęła się praca nad nowym materiałem. Mimo tego, że jej nie planowałam i nie nazywałam pracą – siedziałam po prostu wieczorem z gitarą, różne rzeczy przychodziły mi do głowy i zaczęłam je rejestrować. Później okazało się, że to są utwory, które znajdą się na płycie.
KW: Album otwiera zdanie Your eyes reflect the time. Czego dowiedziałaś się o sobie, tworząc tę płytę, czego nie wiedziałaś po poprzednich?
MB: Na pewno dużo nauczyłam się stricte o moim zawodzie, o produkcji płyt, ale też o sobie jako artystce, która jest bardzo ambitna i bardzo uparta, która dąży do realizacji własnej wizji. To był bardzo wyrazisty, jaskrawy czas.
KW: W takim razie czy tytuł Clashes jest związany z twoją siłą charakteru?
MB: Nie, tak naprawdę historia tego tytułu jest bardzo śmieszna i wzięła się z pomyłki. Przez bardzo długi czas nie miałam tytułu, jedynie kilka pomysłów, ale ciągle brakowało mi w nich wieloznaczności.
W grudniu, jeszcze w Los Angeles, rozmawiałam z moją menedżerką, która powtarzała, że muszę podjąć decyzję, że czas nas nagli i zaraz stanie się to problematyczne. Wtedy przyznałam, że chodzi mi po głowie kilka rzeczy i podoba mi się tytuł Crashes. A ona na to: „Co powiedziałaś? Clashes?”. Podoba mi się, że ten tytuł narodził się z jakiegoś błędu, że to słowo nigdy nie przyszłoby do głowy ani jej, ani mi. Później wgłębiłam się w jego angielską definicję i dowiedziałam, że ma wiele znaczeń. Pierwsze to „zderzenie”, które może się kojarzyć z konfliktem, ale clash to też zgrzyt kolorystyczny. Na przykład kiedy mówimy, że kolory się gryzą i do siebie nie pasują. Tytuł według mnie bardzo przystaje do tego materiału. Te zgrzyty, zderzenia, rzeczy, które do siebie pozornie nie pasują. Tak jak przy aranżowaniu piosenek kręciło mnie zestawienie różnych instrumentów, które nie są z tej samej rodziny. Eklektyzm, zgrzyty i zderzeniasą dla mnie obecne w tych piosenkach.
KW: Te zgrzyty pojawiają się też, kiedy nowy album postawimy obok poprzednich. Można odnieść wrażenie, że to jest twój kolejny debiut, a metamorfozy stają się twoim znakiem rozpoznawczym. Czy to nie jest stresujące, że z każdym nowym materiałem pokazujesz coś zupełnie nowego?
MB: Podchodząc do pracy nad tym materiałem, nie zakładałam, że ta płyta będzie inna. Jedyne, czego byłam pewna, to tego, że nie chcę zrobić płyty elektronicznej, bo taką muzyką byłam już potwornie zmęczona. Syntetyzatorami, całym tym nurtem lat 80. Zostało to już na wszelkie sposoby przerobione i nie czułam, że cokolwiek mnie jeszcze ciekawi w tej szufladzie. Skoro więc nie miała to być muzyka elektroniczna, sięgnęłam po gitarę, na której od dłuższego czasu gram, instrument, na którym najłatwiej pisało mi się piosenki. Wszystkie zmiany wynikają z organicznej potrzeby, nie są kreacją, nie są żadną wystudiowaną, wykalkulowaną potrzebą nowej siebie. Nadal na płytach jestem ja, jest mój głos, jest moja wrażliwość, ale często potrzebuję nowych narzędzi, żeby siebie wyrazić. Myślę, że wszystko to dąży do rozwoju, a nie odwrotnie.
KW: Cała płyta jest niesamowicie emocjonalna, ale to są chyba trudne emocje. Skąd taki melancholijny charakter?
MB: Bardziej mnie ciągnęło do tych melodii. Miałam na nie lepszy pomysł niż na piosenki wesołe. Ale poza smutną jest też energetyczna, szalona strona tej płyty – to jest właśnie ten kolorystyczny zgrzyt.
KW: Tak! My Name is Youth jest rockanddrollowym hitem! Drzemie w tobie ogromna energia i cieszę się, że ją z siebie uwolniłaś.
MB: Korciło mnie zawsze, żeby nagrać punkową piosenką. Zresztą przez pewien czas chciałam założyć punkowy zespół, który już w zasadzie istniał i miał nawet nazwę. Zaprojektowałam nawet dla nas okładkę płyty.
Niestety przed pierwszą próbą jeden z członków, który mieszkał w Warszawie przez pewien czas, podjął decyzję o wyprowadzce do USA i zespół po prostu się rozleciał. Ale idea brudnego garażowego grania we mnie kiełkowała i chciałam, żeby się jakoś ujawniła.
KW: Ten zespół to jakiś świeży pomysł? Zaczynam żałować, że się nie udało.
MB: To było dwa, trzy lata temu. Może jeszcze się wydarzy.
KW: Tuż po obejrzeniu nowego filmu Tarantina słuchałam Clashes do późna w nocy i miałam wrażenie, że ta muzyka świetnie pasowałaby do Nienawistnej ósemki. Czy sztuki wizualne też cię inspirują?
MB: Tak, bardzo. W ogóle inspiracje do tej płyty były bardzo nieświadome. Słuchałam wtedy dziwnych rzeczy, których zupełnie nie dałoby się przełożyć na moją płytę, ale mnie ciekawiły. Fakt, że mieszkałam wtedy w Nowym Jorku i dużo chodziłam na wystawy do galerii i muzeów oraz to, że jestem fanką kina i chłonę bardzo dużo filmów na pewno ma znaczenie. Może udało mi się przełożyć pewne obrazy na dźwięki.
KW: A czy w drugą stronę będzie to miało przełożenie? Mam na myśli klipy. Angażujesz się w tworzenie wizualnej oprawy płyty?
MB: Zawsze. Angażuję się w to aż za bardzo, co kosztuje mnie dużo nerwów, ale nie potrafię odpuścić. To dla mnie bardzo ważne i dlatego koncepcja wizualna płyty jest zawsze długo wymyślana, przygotowywana i na pewno ta sfera nie pozostanie bez silnego impaktu.
KW: Wróćmy jeszcze do instrumentariów. Zaintrygował mnie motyw bębnów, na przykład w Santa Muerte. Skąd taka inspiracja?
MB: Nie wiem. Jestem kiepska w bębnach. Bardzo często rzeczy, które wpadały mi do głowy, były stricte orkiestrowe, bardziej ilustracyjne. W Santa Muerte rytm, który prowadzi całą piosenkę, jest wynikiem współpracy ze Stellą Mozgawą, która gra na co dzień w Warpaint. Współpracowałam z nią przy tym utworze, kiedy jeszcze w zasadzie nie miał żadnej aranżacji. Siadałam z gitarą w osobnym pomieszczeniu, nagrałam jej szkic, a ona do tej gitary zagrała cały utwór, bazując na swojej wyobraźni.
KW: Pojawiły się jeszcze jakieś ciekawe kolaboracje podczas nagrywania płyty?
MB: Mnóstwo ludzi przewinęło się przez studio nagrań i podzieliło się talentem na tej płycie. Perkusje czy instrumenty dęte i smyczkowe nagrywaliśmy z pomocą wielu znakomitych muzyków.
KW: Dopytuję o kolaboracje, bo wciąż się zastanawiam, jak będą wyglądały koncerty. Wiemy już, że wystąpisz między innymi na OFF Festiwalu. Czy to kierunek, w którym chciałabyś iść z tym materiałem?
MB: Nie wiem jeszcze, jak będą wyglądały koncerty, ale wydaje mi się, że ten materiał jest dość offowy, jak na polskie warunki. Nie chcę mu przypinać żadnej łatki, ale publiczność OFF Festiwalu bardzo często nie zna wielu wykonawców, którzy występują na scenie, i mam poczucie, że są to ludzie otwarci na nową, ciekawą albo nieciekawą muzykę.
KW: Masz ulubione miejsca, w których lubisz grać?
MB: Lubię miejsca, które po prostu mają dobre warunki do grania. Oczywiście są w Polsce miasta, które zawsze bardzo ciepło nas przyjmują. Miło wspominam koncerty we Wrocławiu, w Krakowie, w Poznaniu. Tam, gdzie jest dużo młodzieży, która lubi chodzić na koncerty i docenia artystów. Wolę grać w klubach niż na dużych scenach. Jest niestety jedna rzecz nie do przewidzenia – pogoda, która bardzo często może spłatać figla. Nie raz graliśmy majówkę, kiedy padał śnieg, a na Openerze całą scenę i instrumenty zalał deszcz. Grałam sporo za granicą, ale to były występy rządzące się swoimi prawami. Raczej takie „byle przetrwać do końca”, bo showcase’owe koncerty są najczęściej bardzo krótkie i trzeba się bardzo szybko przygotować, rozstawić, podpiąć, nie ma czasu na próbę.
KW: Jak mówisz, masz na koncie sporo występów poza granicami kraju. Czym różni się granie za granicą od koncertu w Polsce?
MB: Różnice są ogromne, ale zależą też od miasta i od sytuacji. Po prostu na festiwalach showcase’owych jest najczęściej kilka scen w różnych miejscach, koncertów jest bardzo dużo i zazębiają się, więc ludzie chodzą między scenami. W jednym miejscu słuchają 10 minut i idą dalej. Ciężko nazwać ich prawdziwą publicznością, która kupuje bilet, przychodzi na mój godzinny koncert, wie kim jestem, czeka na mój materiał i tak dalej. Generalnie ludzie są otwarci, ale o polskiej publiczności nie od parady mówi się, że jest bardzo życzliwa i oddana. W tym roku zacznę grać swoje pełnoprawne koncerty za granicą i pewnie coraz mniej tych showcase’owych. Dopiero wtedy będę w stanie ocenić, jaka jest publiczność za granicą.
KW: Ten materiał to pierwszy krok do „podboju” Zachodu? Chcesz zaczynać od początku za granicą?
MB: Po prostu dostałam propozycję kontraktu zagranicznego. Płyta będzie wydana na wszystkich europejskich i być może dalszych rynkach, więc polski język przegrał z prostego powodu – że mówi się nim tylko w jednym kraju. Nie jestem nastawiona na żaden podbój czy walkę, bo brzmi to dosyć groźnie, jakbym miała komuś wybić zęby. Po prostu cieszy mnie to, że moja muzyka będzie miała szerszy zasięg, będę miała ludzi, którzy są w stanie zająć się promocją, dystrybucją tej płyty i opowiadaniem mojej historii światu, co do tej pory nie było możliwe.
KW: Dokąd ostatnio podróżowałaś?
MB: Ostatnia była wycieczka do Londynu, wcześniej koncert w Holandii, a jeszcze wcześniej podróż do Japonii, która trwała miesiąc.
KW: Co zrobiło na tobie największe wrażenie w Japonii?
MB: Nie ma jednej takiej rzeczy, cały kraj zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Mnóstwo rzeczy, począwszy od estetyki, jedzenia po technologię, dziwactwa i krajobrazy.
KW: Które dziwactwa, różnice kulturowe najbardziej cię zaskoczyły? Na co trzeba uważać, żeby nie urazić Japończyka?
MB: Japonia jest kontrastem tradycji z nowoczesnością. Tradycyjna kuchnia miesza się tam z burgerami, a zielona herbata z coca-colą. Czuć duży wpływ Ameryki, od ktorej kraj ten przez lata był zależny. Ale jak już wspominałam, lubię zgrzyty. Japończycy są niezwykle gościnni i pomocni! Często wręcz nachalnie zapraszali na drinka, a nawet sponsorowali kolacje, kiedy tylko usłyszeli o tym, że przyjechaliśmy z Polski. W dworcowych barach żegnali się z nami, wreczając na drogę reklamówkę mandarynek, więc co do pytania, czym można urazić Japończyka, to odpowiem: nie odmawiaj! Daj się porwać do ich bajki, choć na chwilę. Obiecuję, że będzie ekstra!
KW: Co w takim razie najbardziej lubisz w podróżach?
MB: W podróży najbardziej lubię podróż.
KW: Miejsce nie ma znaczenia, liczy się bycie w drodze?
MB: Ma znaczenie. W podróży liczy się chęć poznawania świata, zobaczenie czegoś innego, nowego. Ale miejsce ma znaczenie, bo nie wszędzie chcę pojechać. Niektóre miejsca interesują mnie bardziej, niektóre mniej, ale tak ogólnie lubię podróżować i jestem od tych podróży uzależniona. Po dłuższym czasie w domu nosi mnie, żeby gdzieś pojechać. Myślę, że pierwszą moją świadomą podróżą był wyjazd do Tajlandii. Pierwszy raz z plecakiem i w spontaniczny sposób. Od tamtego momentu zmieniło się moje myślenie o podróżach. Przez ostatnie trzy lata podróżowałam bardzo dużo. Miałam możliwość spędzenia czasu w jednym miejscu przez dłuższą chwilę – było to kilka miesięcy w Los Angeles, Nowym Jorku i jak już wspomniałam wcześniej, w Japonii.
KW: Kochasz modę. Jestem ciekawa, jak pakujesz się na podróż. Jesteś przewidująca, czy zdarza ci się zapominać najważniejszych rzeczy?
MB: Rzadko pakuję się spontanicznie, robię to cały dzień. Spędza mi to sen z powiek, cały czas myślę tylko o tym pakowaniu, o rzeczach, które już włożyłam do walizki, i analizuję, czy są odpowiednie, czy przewidziałam każdą okazję. Oczywiście rzadko kiedy coś wyciągam, raczej dokładam. Rzadko też czegoś zapominam, bo myślę o tym pakowaniu cały czas. Cały dzień. Ogólnie nie lubię pakowania, za dużo czasu nad nim spędzam i próbuję je udoskonalać.
KW: Znowu ta cecha twojej osobowości – wszystko musisz mieć pod kontrolą, dopracowane, dopięte na ostatni guzik!
MB: Zgadza się, rozszyfrowałaś mnie.
KW: Podróż życia jeszcze przed tobą?
MB: Zdecydowanie. Może Peru? Zawsze chciałam tam pojechać.
Wywiad ukazał się w drukowanym numerze 12-tym #podróż.
Stylizacje: Vasina, Włosy: Gor Duryan / D’Vision, Makeup: Iza Kućmierowska