Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

IMG_0979

fot. Sabine Heller

Rozmawiała: Katarzyna Kozłowska

Przeczytajcie wywiad, który przeprowadziła dla nas z Martynką Wawrzyniak Katarzyna Kozłowska. Martynka jest pochodzącą z Warszawy, wychowaną na Nowej Zelandii a mieszkającą obecnie na nowojorskim Greenpointcie artystką multimedialną a jej ulubionymi mediami, w których się wypowiada jest performance oraz instalacja.

Czemu przedstawisz się jako Martynka? Nie czujesz się w pełni dorosła?

To pytanie jest mi zadawane bardzo często. Myślę, że odpowiedź tkwi w wibracji tych dwóch słów. Dla mnie to nie jest zdrobnienie imienia. To raczej dwa odrębne znaczeniowo słowa. Gdy przywołam funkcjonujące w wersji dorosłej Martyna, imię to kompletnie nie odzwierciedla mojej osobowości, niewiele dla mnie znaczy. Jestem Martynką odkąd pamiętam, być może jedyną w dalekim świecie, gdy jako 8-letnia dziewczynka zamieszkałam z rodziną w Nowej Zelandii. W Wellington, gdzie się osiedliliśmy, wszyscy którzy mnie znali wołali na mnie Martynka. Martynka było moją tarczą w egzotycznym świecie. Nikt nie wiedział, że jest to zdrobnienie.

Byłaś uczestniczką wystawy grupowej Commercial Break, która odbywała się w trakcie 54. Biennale Sztuki Współczesnej w Wenecji. Jesteś reprezentowana przez nowojorską galerię Envoy Enterprises. Szykujesz nowy projekt, o którym usłyszymy niebawem. W jaki sposób udaje Ci się realizować własne projekty w takim codziennym natłoku i narastającym rozgłosie?

Sztuka, którą tworzę jest całkowicie konceptem istniejącym tylko i wyłącznie w mojej głowie. Tworzę sztukę konceptualną i ona nie istnieje w żadnym atelier, do którego mogłabym kogokolwiek zaprosić. Moje atelier jest w mojej głowie. Czasem lubię posiedzieć na słońcu, na ławce w parku i wtedy bywa, że dosięgnie mnie myśl, która okazuje się być podwaliną pod jakiś projekt. Zwykłe, codzienne życie jest nieocenioną skarbnicą takich konceptów, o jakich jako artystka – intensywnie myślę i przerabiam kreatywnie.

Jedna z twoich prac – Smell me z 2012 roku, jest przykładem połączenia świetnego pomysłu z super realizacją. Pisały o Tobie wszystkie najważniejsze tytuły od Newsweek’a po New York Times’a! Jak powstawał ten projekt?

Pomyślałam sobie, że świetnie byłoby zrobić autoportret kobiety w formie zapachu. Coś w rodzaju antropologicznego studium, gdzie rolę główną odegra węch, zmysł powonienia, olfaktoryczny. Tyle jeszcze nie wiedziałam jak się do tego zabrać, by uzyskać efekt najbardziej zbliżony do tego co miałam w głowie. W społeczeństwie, w którym obecnie żyjemy ukrywamy nasze naturalne fizjologiczne zapachy. Zamierzeniem tego projektu było odizolowanie ludzkich esencji i wręcz na siłę wepchnięcie widzom własnej fizjologii, autoportretu mierzonego nosem.

Przez ponad rok wraz ze studentami chemii z Hunter College w Nowym Jorku zastanawialiśmy się jak wycisnąć biologiczną esencję z mojego potu, łez, włosów. Chciałam machać moim DNA w surowej przestrzeni galeryjnej. Taka zimna galeryjna przestrzeń „white cube” kontra moja własna wyprodukowana esencja ciała. I jakby ludzie na to zareagowali? Czy polubią moje feromony? Czy zaakceptują najgłębszą intymność jaką mogę im dać? To coś więcej niż akt kobiecy, pozbycie się ubrań. Najtrudniejsze jest dopiero przed nami w postaci zapachu. To jak klucz do biologicznej duszy człowieka. Muszę przyznać, że zebranie własnych łez na poczet późniejszej esencji było potwornie wykańczające…

To prawda, że jeden z kolekcjonerów Twojej sztuki zaproponował pomoc w rozwinięciu tego projektu tj. wykupił stronę reklamową w magazynie Harper’s Bazaar by promować Twój naturalny zapach?

Tak to prawda! Pomysł przeszedł najśmielsze oczekiwania. Trzeba było iść za ciosem. Fakt, że do pomocy przy syntetyzowaniu mojego zapachu miałam świetne zawodowe „nosy”! Między innymi byli to Yann’a Vasnier’a i Dawn Goldworm. To dzięki ich pracy możliwe było rozpraszanie zapachu w kabinie zapachowej w trakcie pokazu na Lower East Side w siedzibie galerii Envoy Enterprises. Jednak dopiero fałszywa kampania reklamowa perfumu Eau de M w Harper’s Bazaar pięknie uwieńczyła trwający ponad rok projekt. Reklama perfumu Eau de M ma profesjonalny wygląd i pojawia się wraz z kluczowym scent strip. To było coś!

Wielu pytało o Eau de M w sieciówkach typu Barney’s!! Ludzie, którzy kupili amerykańską edycję magazynu z maja 2014 nie wiedzieli, że zamiast nowego zapachu na rynku wąchają moje dzieło, dosłownie i w przenośni…

Innym, twoim bardzo mocnym dziełem jest praca Ketchup z 2009 roku. Kontrowersja polega na tym, że zapraszasz kilku dziesięcioletnich chłopców, by strzelali do Ciebie z pistoletów wypełnionych ketchupem. Zastanawiam się jaki ma ona wydźwięk w polskiej wersji tej instalacji. W tamtym roku pokazałaś ją ponownie na wrocławskim Survivalu.

Performance Ketchup z 2009 roku zdecydowałam się powtórzyć w trakcie mojej wizyty we Wrocławiu. Wersja wideo nie byłaby tutaj wystarczająca, bo chodzi o odczucie instalacji przez wszystkie zmysły, ale też aby przywołać pamięć i kolokacje z autentyczną historią budynku, gdzie rzeczywiście kiedyś strzelano do ludzi. W miejscu, w którym miał miejsce Survival mieściła się kiedyś siedziba Milicji.

Przy okazji drugiego kręcenia Ketchupu w trakcie wrocławskiego festiwalu zdziwiło mnie jak różnie można zostać potraktowaną przez chłopców w tym samym wieku! Ci, w Nowym Jorku z 2009 roku byli bezlitośni, strzelali prosto w głowę, dusiłam się ketchupem. Bez cienia zastanowienia, czy jestem bezbronna, związana czy nie, zostałam dosłownie zniszczona po paru minutach.

Polscy chłopcy byli nieśmiali, mówili do mnie „na Pani” i celowali w kolana, ręce jakby nie chcąc mnie skrzywdzić, bo w końcu jestem przedstawioną przed paroma minutami jakąś panią. Stałam, połykałam ten ketchup i myślami byłam w dwóch odmiennych kulturach wychowania, tej szkoły przedwojennej szacunku do starszych i kobiet a tej amerykańskiej gdzie wszyscy są na ty. Cóż, ja jestem takim królikiem doświadczalnym w imię antropologii poznawczej.

Jesteś eteryczną istotą a tu znów przykładowo w video-performance z 2010 roku Chocolate przez 9 minut wylewa ci się na głowę i twarz czekolada, zalewając uszy,  oczy. Te sceny są dosyć drastyczne, wyzwalają empatię, jesteś wręcz podtapiana…

Chocolate był tym bardziej brutalny, bo zapomniałam założyć stoperów do uszu! Dodatkowo faktem, jest że unikam jedzenia wysoce przetworzonych produktów, w tym także obciążonych chemicznymi substancjami słodyczy. Już wolę wegańską czekoladę domowej roboty. Efekt bycia zanurzoną w czekoladowym syropie w tym sensie był dla mnie oszałamiający. Chocolate jako video-performance jest, co mogę w pełni powiedzieć, ostatnim w którym moja twarz została przedstawiona jako medium. Moje kolejne projekty realizuję dalej na bazie autoportretów, ale w zdecydowanie innej, stricte eksperymentalnej formie. Świadczą o tym choćby prace Smell Me (2012) czy Feed (2014).

Chocolate, 2010 from MARTYNKA WAWRZYNIAK on Vimeo.

Twoim wymarzonym medium, projektem idealnym wciąż jest działanie z pogranicza nowych mediów i multimediów? A może jednak zmieniłabyś je na inne? Jaki masz plan na przyszłość? Pracujesz nad czymś nowym? 

Moim najnowszym projektem, na którym skupiam teraz całą moją uwagę jest Projekt Ziemia, do którego zamierzam włączyć polską społeczność imigrancką z Greenpoint’u. Zadaniem moim jest zbudowanie czego w rodzaju living monument w formie łąki w parku na Greenpointcie na bazie polskiej ziemi z różnych regionów Polski. Ziemia ma być zebrana przez imigrantów, z miejsc które mają dla nich szczególnie nostalgiczne znaczenie. Kto wie, może nawet uda nam się wyhodować kiedyś na niej len? Póki co, najważniejszy na tym etapie jest element logistyczny, czyli przywiezienie tej polskiej ziemi do Stanów, mimo wielu biurokratycznych przeszkód. Polska imigracja na słynnym Greenpoint jest wypierana przez hipsterów z sąsiednich dzielnic, w tym sensie ta dzielnica traci swoją dawną polską stylistykę. Staje się bardzo podobna do innych nowojorskich dzielnic. Ponadto warto dodać, że nie przybywa już do tego miejsca nowe, tak liczne jak to ówczesne pokolenie imigrantów z Europy Wschodniej. Chcę stworzyć miejsce, w którym na zawsze zostanie polski element. Jakkolwiek w moim zamyśle jest uczynić to miejsce symbolicznym dla wszystkich imigrantów, nie tylko Polaków.

——

Martynka Wawrzyniak – (ur. 1979) artystka multimedialna. Pochodzi z Warszawy. W wieku 8 lat wyemigrowała do Nowej Zelandii, gdzie studiowała m.in. antropologię i filozofię. Obecnie mieszka na Greenpoint, w Nowym Jorku. Działa głównie w sferze performance oraz instalacji multimedialnej. Na co dzień redaktorka w prestiżowym wydawnictwie Rizzoli, w którym pracuje od 10 lat jako acquisition editor. Chcesz wiedzieć więcej? Kliknij TUTAJ.