Zakka znaczy „różne rzeczy”
Tekst i zdjęcia: Karolina Bednarz / W krainie tajfunów
Zakka oznacza doslownie: „różne rzeczy”. Pod tym słowem kryje się jednak o wiele więcej: chodzi o rzeczy, które nie dość, że są ładne i funkcjonalne, to jeszcze poprawią nasze życie. Wszystko może być zakka, głównie są to wszelkiej maści talerzyki, śniadaniówki, czajniczki i podobne produkty codziennego użytku. A w Tokio pełno jest sklepików obiecujących nam, często za sporą cenę, lepsze życie.
Sklepy zakka są wszędzie, ale najlepsze poukrywane są w malutkich uliczkach dzielnic popularnych wśród młodych, których stać na takie zakupy. Mini galerie oferujące całą gamę ceramiki, często przepięknej, znajdziemy na przykład w Jiyugaoce czy Yanace, ale także wśród drogich butików w Aoyamie.
Japończycy potrafią chodzić po nich całymi dniami. Wydawać fortunę na wełniane skarpetki, obrazki, vintage pocztówki, tak jakby kupno ich miało zalepić dziury w ich duszy. Chodzą, szperają, kupują kolejne kubeczki. Patrzą znudzeni na to, jak sprzedawca zawija je w piękny papier i wkłada do jeszcze piękniejszej torebki. Wszystko jest idealne, wręcz do bólu. Przy kasie można dokupić organiczne owsiane ciasteczko, a często też napić się kawy. W otoczeniu pięknych rzeczy można zapomnieć o tym, że większość Tokijczyków mieszka w malutkich mieszkankach, w których można nabawić się porządnej klaustrofobii.
Ja też czasem daję się porwać mani zakka. Wchodzę do jednego sklepiku, a potem do kolejnego. Kupuję piękne furoshiki, tradycyjny materiał do pakowania prezentów, mimo że go pewnie nigdy nie użyję. Nowe zakładki w kształcie lalek kokeshi, których pewnie i tak nigdy nie użyję. Jakiś miniaturowy talerzyk zrobiony tradycyjną metodą na drugim końcu Japonii. Patrzę na drewniane meble, ustawione na nich produkty i wyobrażam sobie, jakby to było mieszkać w takim zakka świecie.
Jednakże kiedy wyjmuję nowy talerzyk wieczorem i układam na nim ładnie jakąś przekąskę, mam wrażenie (a może sobie tylko wmawiam?), że moje życie, choćby nawet tylko na chwilę, stało się lepsze. I wiem, że podczas kolejnego spaceru po jednej z tokijskich dzielnic, prędzej czy później wejdę do sklepiku, który na pierwszy rzut oka przypomina hipsterskie „1001 drobiazgów”. Klucząc w tłumie znudzonych Japonek, wyznawczyń zakka, popatrzę na to, co umila im życie, nawet jeśli jest to nowy komplet pałeczek czy kolorowe tasiemki, które wylądują pewnie na dnie szuflady. Przysłucham się rozmowom, podpatrzę, co się im podoba, a co nie. Może uda mi się przy okazji zrozumieć, co uszczęśliwia Tokijczyków?