Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Jozef van Wissem_0

Tekst: Kasia Wójcik
Zdjęcia: materiały prasowe

Jozef van Wissem to awangardowy kompozytor, którego nie trzeba przedstawiać fanom filmów Jima Jarmuscha. Artysta jest m.in. współautorem muzyki do „Tylko kochankowie przeżyją”, którego polska premiera miała miejsce wczesną wiosną zeszłego roku, a my mieliśmy przyjemność jej patronować. 18 czerwca w Pardon, To Tu odbył się koncert wirtuoza, czym na pewno ucieszył swoich warszawskich fanów. Bilety wyprzedały się na kilka dni wcześniej, co już było zapowiedzią czegoś wyjątkowego.

Pardon, To Tu to miejsce, do którego systematycznie przyjeżdżają muzycy legendarni, ale i mniej znani szerszej publiczności. Tym razem na scenie zagościł wirtuoz lutni, Jozef van Wissem – żaden fan filmów Jarmuscha nie mógł tego przegapić. Ostatni obraz reżysera „Tylko kochankowie przeżyją” to podróż po zapomnianych zaułkach pogrążonego w bankructwie Detroit, przy mrocznych dźwiękach barokowej lutni. Dla mnie był to także pierwszy kontakt z muzyką van Wissema, która fascynuje, wprowadza w hipnotycznych trans i pogłębia atmosferę przygnębienia, która tak bardzo pasuje do tej wampirzej historii. A gdyby jeden z bohaterów filmu pojawił się w Warszawie, wyglądałby właśnie tak, jak van Wissem. Prosty, czarny strój, długie, opadające na twarz włosy i klasyczna lutnia. Instrument, na którym gra w taki sposób, jakby sam przez wieki studiował i praktykował uderzenia w jego struny.

W dniu koncertu klub zapełnił się po same brzegi na godzinę przed rozpoczęciem, ale kiedy van Wissem pojawił się na scenie cała sala zamilkła zatopiona w dźwiękach barokowego instrumentu. Wystarczyło zamknąć oczy, żeby słuchając powtarzanych akordów wpaść w mglisty trans. Tą transcendentną atmosferę psuło tylko słoneczne światło, które wpadało przez odsłonięte szyby – budowanie nastroju na pewno wypadłoby jeszcze lepiej, gdyby koncert odbył się nieco później.

Fascynujący jest sam widok van Wissema grającego na lutni, który delikatnie skubie struny końcami palców, innym razem mocno uderza, ograniczając przy tym ruch ciała do minimum. Mimo minimalizmu, jest pewna teatralność w jego postaci. Podczas całego występu nie odezwał się ani słowem, może tylko lekko uśmiechnął znad swojej lutni. Przez niecałą godzinę grał muzykę z własnego, introwertycznego świata, bez podlizywania się publiczności. Chociaż nie każdemu tak hermetyczna muzyka przypadnie do gustu, archaiczny dźwięk instrumentu działa na emocje i słucha się jej z zapartym tchem.

Pomimo wycofania z kultury masowej, artysta udziela wywiadów, w których mówi, że grając na lutni walczy z konsumpcyjnym stylem życia, z przedmiotami, których w rzeczywistości nie potrzebujemy, z nowoczesnością. Taka jest właśnie jego muzyka – anachroniczna, oderwana od czasów, w których występowała. Ale te powtarzane w nieskończoność, przestarzałe motywy mają swój cel. Jak mówi van Wissem, to jest właśnie siła repetycji – powtarzane elementy przynoszą zmianę w słuchaczu. Na koncercie ma się wyciszyć, zanurzyć w muzyce i odpłynąć daleko od przyziemnej codzienności. Czy rzeczywiście ta siła działa? Posłuchajcie lutni i przekonajcie się sami.