Muzyczne przesilenie
Tekst: Kasia Wójcik
Zdjęcia: Grzegorz Ciwoniuk
„Początek astronomicznego lata przypada na dzień letniego przesilenia.” Tego uczono nas w szkole, jednak dla mnie inauguracja tej najbardziej tanecznej pory roku jest świętem ruchomym. Świętem muzyki, które przypada na pierwszy weekend lipca. Przez cztery dni muzyczną stolicą Polski staje się wtedy Gdynia, a dokładnie lotnisko Gdynia – Kosakowo, gdzie od 2006 roku odbywa się Open’er Festival. Mimo pogłosek o końcu popularności festiwali, impreza ma się dobrze i jak szacują organizatorzy wydarzenie przyciągnęło w tym roku blisko 90 000 fanów muzyki! Tak ogromna rzesza ludzi na pewno przeżywa tyle samo zachwytów, co rozczarowań, a ja mam to szczęście, że mogę podzielić się swoimi.
Cztery upalne dni. Stoję w słońcu, szukam grama cienia i dokładnie studiuję plan festiwalu. Mimo, że jak każdy festiwalowy weteran znam pierwszą i podstawową zasadę „nigdy-nie-uda-ci-się-zobaczyć-wszystkiego”, uparcie staram się zapamiętać sceny i godziny występów moich osobistych faworytów. W tym roku zadanie jest szczególnie trudne, ale podejmuję wyzwanie.
Najważniejszym momentem pierwszego dnia okazał się dla mnie koncert Alabama Shakes, nad którym pieczę sprawuje charyzmatyczna Brittany Howard. Swój żywiołowy występ rozpoczęli utworem „Dunes” z albumu „Sound and Colour”, który sprawił, że z trzyletnim opóźnieniem pokochałam Amerykanów. Zaraz po „Dunes” w namiocie rozbrzmiał wspaniały „Rise to the Sun” pochodzący z debiutanckiego krążka, który czaruje swoją prostotą i chwytliwością. Nie mogło być lepiej? A jednak! Grająca na gitarze i śpiewająca (ale to jak śpiewająca!) Brittany tchnęła w zebraną w namiocie publiczność ducha tradycyjnego amerykańskiego bluesa, brudnego garażowego rocka i poruszającego soul’u. Na doskonale zaplanowanej setliście nie zabrakło „Hold On”, „Gimme All Your Love” czy „Don’t Wanna Fight”, które porwały zebranych fanów zespołu ponadczasową mocą rocka, zadziornymi tekstami i przejmującymi emocjami. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zawołać – Brittany, you’re „The Greatest”!
Zanim Alabama Shakes wyszli na scenę warto było zajrzeć do Alter Stage. Inaczej przegapiłabym jeden z najlepszych koncertów festiwalu! Joshua Tillman czyli Father John Misty, kojarzył mi się wcześniej z doniosłymi balladami, a tymczasem swoją energetyczną, sceniczną postawą oczarował i porwał publiczność. Jako perkusista Fleet Foxes artysta zdecydowanie marnował nie tylko wokalny, ale też aktorski talent. W czasie występu udowodnił spory dystans do swojej osoby mówiąc, że „skłamałby dla aplauzu” oraz uciszając publiczność informując, że właśnie „przeżywa emocje” w kulminacyjnym momencie ballady.
Tego, co pierwszego dnia działo się na Main Stage, nie obserwowałam zbyt uważnie. Modest Mouse w oślepiającym blasku słońca i z problemami technicznymi słuchałam tylko do momentu, gdy rozbrzmiało „Dashboard”, a kiedy starsze pokolenie zamieniło się miejscami z młodszym, odzianym w air maxy, trzymałam się już raczej strefy gastronomicznej i występ Drake’a oglądałam znad bajgla.
Momenty, które zdecydowanie zapamiętam z dnia drugiego to w pierwszej kolejności koncert polskiego elektronicznego duetu Rysy, któremu osobiście bardzo mocno kibicuję. Taneczny charakter ich chwytliwych melodii doskonale sprawdził się na festiwalowej scenie, a wokal Justyny Święs, mimo przytłaczającej mnie już trochę „wszechobecności”, nadal hipnotyzuje. Artyści przygotowali też niespodziankę – na scenie pojawił się wtórujący Justynie gość, Piotr Zioła, a podobno to nie koniec ich współpracy.
Dlaczego jeszcze warto było tego dnia przyjść na Babie Doły? Mieliśmy być może jedyną okazję, żeby po reaktywacji zobaczyć na scenie The Libertines. Chociaż sama nie jestem ich wielką fanką, to widok Doherty’ego na scenie z gitarą, znając wcześniej jego rockandrollowy życiorys, można zaliczyć do chwil historycznych.
Tego dnia wystąpili też znakomici Eagles of Death Metal, czy Faithless, ale ja powoli kierowałam swoje myśli ku temu, co wydarzy się na scenie głównej w piątek.
Piątek, czyli trzeci dzień festiwalu, zaczęłam od powtórki tekstów, które od kilku tygodni śpiewałam nieustannie. Taco Hemingway (i Rumak na bicie) to hipnotyzer, a na swoich płytach musiał ukryć podprogowy przekaz! Ja nie potrafię się uwolnić od ciągłego zapętlania wydanych dotąd dwóch EPek i doskonale rozumiem bardzo entuzjastyczne przyjęcie artysty, mimo tego, że debiutował zaledwie pół roku temu. Bisów niestety nie było, zabrakło na nie czasu, ale Filip zdążył dodać na koniec, że jest to najważniejszy dzień w jego życiu zawodowym. Oby więcej takich chwil, Taco!
Szukając spokoju i miejsca, by chwilę odpocząć trafiłam do Tent Stage, gdzie swoimi akustycznymi balladami czarował już Jose Gonzalez. Pamiętając jego występ na Electronic Beats, po kilku utworach ruszyłam na wędrówkę pod Main Stage, gdzie przez kilka godzin miał rozgościć się folk – najpierw w wykonaniu Of Monsters and Men, a następnie Mumford and Sons. O ile obecność Islandczyków jeszcze kilka lat temu ekscytowałaby mnie, o tyle popularność Mumford and Sons jest dla mnie zagadkowa. Dźwięki wyczekiwanego przez całą publiczność „I will wait” doszły do mnie w jednej z kolejek i nie zdążyłam tupnąć nóżką z szalonymi fankami zebranymi pod sceną, ale mimo całej sympatii do tego melodyjnego utworu, ich ponowna obecność na Main Stage w ciągu zaledwie dwóch lat dziwi mnie ogromnie.
Ukoronowaniem dnia był dla mnie występ, którego ogłoszenie nie pozostawiło wątpliwości, gdzie należy być 3 lipca. Po prawie 14 latach przerwy powrócił król – D’Angelo wydał album „Black Messiah”, który w moim osobistym rankingu najlepszych płyt 2014 zajmuje pierwsze, drugie i trzecie miejsce. Chciałam opisać ten koncert najszerzej i najszczerzej, ale nie wiem jak zebrać w całość i oddać atmosferę występu, który nie jest samym odgrywaniem piosenek: to galopujący funkowy szał!
Koncert rozpoczął się utworem „Ain’t That Easy” z „Black Messiah”, a słuchając D’Angelo & The Vanguard na żywo z każdą kolejną sekundą i z każdym kolejnym utworem odczuwa się mistrzostwo nastroju, rzemiosła oraz staranności, z jaką stworzyli swoje ostatnie dzieło. Aranżacje utworów są wielopoziomowe i dopieszczone. To ceremonia brzmień, a D’Angelo panuje nad całością, jak kaznodzieja panuje nad przebiegiem liturgii – nie ma tutaj miejsca na przypadek, wszystko wybrzmiewa z boską doskonałością. Zespół improwizował, przeciągał kompozycje dodając kolejnym aranżacjom rozmaite smaczki, a podskórne porozumienie i chemia pomiędzy D’Angelo a zespołem była widoczna na pierwszy rzut oka. I zaraźliwa na tyle, że nogi, ręce i serce wyrywały się w kierunku sceny! Miejsca na tańce było dość, ba, miejsca było dość nawet, by fani czekający The Prodigy mogli rozłożyć leżaki i zbierać siły na nadchodzący mroczny rejw z Anglii. Wielka to szkoda, że D’ nie przyciągnął pod scenę większej publiczności. Najwyraźniej efekciarstwo spod znaku Diplo są tematem bardziej chwytliwym dla festiwalowiczów, niż organiczne dźwięki funku i soulu. Ale to nie ma znaczenia – najważniejsze, że Mesjasz powrócił, a jego potęga wciąż działa. Idźcie i głoście dobrą nowinę!
Festiwale to także, a może przede wszystkim, odkrycia i ciągłe poszerzanie horyzontów, dlatego cieszę się, że udało mi się wreszcie dotrzeć na koncerty Jonny’ego Greenwooda oraz Swans, których poprzednie wizyty w Polsce przegapiłam. Oba występy z pewnością były dla festiwalowego tłumu niełatwe, ale spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem – publiczność szczelnie wypełniała namioty. Przynajmniej na występie Greenwooda, występu Swansów nie zobaczyłam w całości z dwóch powodów. Po pierwsze, ich set trwał 2,5 godziny – wszyscy, którzy wysłuchali całego, zasługują na szacunek. Po drugie, ta miażdżąca, nieposkromiona fala hałasu wprowadza w fascynujący, psychodeliczny trans, ale potrafi także wywołać przygnębienie. Zdecydowanie nie w takim nastroju chciałam chłonąć muzykę D’Angelo, dlatego odrobienie lekcji ze Swans pozostawiam sobie jako pracę domową.
Ostatni dzień festiwalu jak zwykle przyszedł zbyt szybko. Miało być tanecznie i żywiołowo, niestety moje zmęczenie osiągnęło już poziom, kiedy koncert Disclosure nie przeszkadza w ucięciu sobie drzemki. A może nie była to wina zmęczenia, ale ukrytego za laptopami duetu? Muzyka zatopiona w efektach nie porusza już tak samo, kiedy dzień wcześniej, na tej samej scenie występuje Czarny Mesjasz i jego świta.
Najjaśniejszymi gwiazdami tego wieczoru byli dla mnie Hudson Mohawke oraz Flume. Obaj zagwarantowali żywiołowe harce na szóstkę. Najpierw za sprawą Szkota, który Polskę odwiedził już kilkukrotnie, a w tym roku pierwszy raz pojawił się na gdyńskim festiwalu w zastępstwie Kaytranady, którego warszawski występ na Placu Zabaw latem 2012 pozostawił niedosyt. Hudson Mohawke po raz kolejny potwierdził, że jest nietuzinkowym producentem i DJ’em, a ku mojej radości jego set zawsze musi się składać z kawałków z kolaboracyjnego projektu z Lunicem. Nie dziwi więc, że „połówka TNGHT” zaserwowała takie tytuły jak „Goooo” czy „Higher Ground”. Wszystkie mocne, masywne i wciąż porywające tłum do tanecznego szaleństwa.
Ostatnim punktem programu był dla mnie występ młodego Australijczyka. Flume okazał się innym chłopakiem niż ten, którego pamiętam z zimnego warszawskiego festiwalu w lutym 2013 roku, kiedy zagrał dla garstki fanów wirujących pod wyniesioną na kilka metrów DJką, co uniemożliwiło mu kontakt z publicznością. Jednak na jego powrót zdecydowanie warto było czekać – pobudził do swawolnych tańców wykończoną publiczność. Artysta, który wypłynął na fali fascynacji hip-hopowymi bitami, dubstepem oraz flirtującym z R&B house’em, zawdzięcza ogromną popularność umiejętności łączenia różnorodnych elementów w dźwięki, które gładko wlewają się w uszy i płynąc przez układ nerwowy zmuszają nasze nogi do pozostania na parkiecie.
Wyśmienite zakończenie festiwalu! Wykończona i szczęśliwa mogłam wrócić na pole namiotowe, gdzie od czterech dni trwały poszukiwania Jarka (dla niewtajemniczonych podpowiedź TUTAJ). Komuś udało się go znaleźć? 🙂