Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Przepytała: Agata Napiórska

Co poniedziałek zmuszam jedną osobę do nadludzkiego wysiłku. Zadanie polega na tym, by wybrać jedną książkę, jeden film i jedną piosenkę, które w jakiś sposób są ważne dla ankietowanego. Może być to wybór podyktowany nastrojem chwili, może być tzw. życiówka. I trzeba uzasadnić.

02370032

Justyna Mosska – właścicielka psa Lilu, mieszkanka Muranowa, wielbicielka obrazu ruchomego i nie tylko, filmoznawczyni. Obecnie związana z Super Salonem. W jej żyłach zamiast krwi płynie cukier. O omdlenie przyprawiają ją: ładne przedmioty, role Geny Rowlands, mechowata przestrzeń Islandii, uroda Charlotte Gainsbourg, głos Katie Stelmanis, widok jej psa. Fanka ilustracji, kolorowego wzornictwa i vintage sukienek.

Definiowanie się poprzez tytuły jest nieco brawurowe (niewykluczone, że jutro moje zdanie w temacie topów będzie już inne) i odrobinkę ekshibicjonistyczne, ale ok, wywołana do odpowiedzi przyjmuje wyzwanie, ciesząc się, że ktoś jest ciekaw moich odpowiedzi i pokornie idę w stronę tablicy.

Film

Tsai Ming Liang, Która jest tam godzina?, 2001.

Myślę obrazami, to one zostają w mojej sklerotycznej pamięci najdłużej dlatego film to najłatwiejszy punkt w ulubionych. W związku jednak z tym, że jestem typem widza autystyka – nie mam podzielności uwagi, nie ogarniam nadmiaru filmowych środków, efektywnych trików dlatego, aby film trafił w mój gust nie powinien obfitować w nadmiar akcji, wątków tematycznych, bohaterów, widowiskowych środków wyrazu. Im więcej nudy, ciągnących się jak flaki z olejem wątków, tym lepiej; chyba, że chodzi o kino Wesa Andersona, który wie jak czarować albo wczesnego, rozczulająco neurotycznego Allena – wtedy akcja potrafi być bardzo przyjemna. Numero uno w klasyfikacji ulubionych zajmuje „Która jest tam godzina?” Tsai Ming Lianga. Po raz pierwszy zobaczyłam go jakieś 13 lat temu podczas Festiwalu Nowe Horyzonty i z miejsca ogłosiłam osobistym top one. Potem widziałam go jeszcze kilka razy, poświęciłam mu dużą część magisterki, poćwiartowałam, dogłębnie przeanalizowałam i ciągle mnie nie znudził, nadal działa. Lubię go za to, że porusza najciekawsze dla mnie (w ogóle – w filmie i życiu) wątki – miłość i śmierć. Za to, że jest minimalistyczny – niewielka ilość bohaterów, statyczna gra, śladowa ilość dialogów, znikoma akcja. Że nie przyśpiesza faktów, wycisza tło, jest dyskretny; za to, że daje czas i przestrzeń na swoje przemyślenia, nie narzuca interpretacji, nie manipuluje emocjami. To kino czyste w swoich intencjach, świadczące o tym, że jako widz nic nie muszę, a to, co się wydarzy podczas seansu zależy w dużej mierze ode mnie. Uwaga na skutki uboczne: skupiona obserwacja i poddanie się spokojnej atmosferze może sprawić, że w efekcie odkryjemy niechcący coś ważnego o sobie i dojdziemy do ciekawych wniosków na tematy ogólno życiowe.

Obok Godziny w ekipie topów, które mogłyby poczuć się urażone gdybym o nich nie wspomniała znajdują się również Fortepian, Kobieta pod presją, Miłość, Ciche światło, Między słowami, Ghost dog, Obietnica, Przeszłość, Wiarołomni, Pewnego razu w Anatolii, Oslo, 31 sierpnia – każdy z nich ma swoje osobne znaczenie i najchętniej zagarnęłabym tę tu rubrykę, poświęcając każdy następny poniedziałek na opowiadaniu o każdym z nich po kolei.

Tyle fabuła. Równie ważny, jeśli nie ważniejszy jest dokument. Tutaj ścisła czołówka to największy wariatuńcio kina, o jakim słyszałam czyli Werner Herzog. Każdy z jego dokumentów to osobne arcydzieło, które regularnie doprowadza mnie do stanu najpierw głębokiego szoku, że świat może być aż tak szalony, potem absolutnej nim fascynacji. Uwielbiam słuchać z jakim namaszczeniem mówi o swoich bohaterach, ściszając głos do szeptu jakby za chwilkę miał odkryć przed nami jakąś cudowną o nich tajemnicę. Jego ton przypomina zafiksowanego na swoich prawdach szaleńca, który widzi więcej i chce się tą zagadkową wiedzą dzielić, a ja nie mogę się powstrzymać żeby o tym nie słuchać. Jeśli chodzi o polskich dokumentalistów to jestem zdecydowaną psychofanką Marcela, Pawła Łozińskich i Wojciecha Staronia. Ich filmy prześwietlają historie prostych ludzi, odkrywają najbanalniejsze prawdy, zahaczają o coś bardzo podstawowego, esencjonalnego, co lubię sobie czasem przypomnieć. „Wszystko może się przytrafić” jest najwspanialszy! Koncept filmu jest bardzo prosty – Marcel Łoziński wysyła na zwiady do parku swojego kilkuletniego letniego syna, który bez cienia żenady przysiada się do napotkanych ludzi i wypytuje o intymne sprawy z ich życia; ci rozczuleni urokiem dziecka w naturalny sposób zwierzają mu się z najbardziej osobistych historii. Są w tej sytuacji tak autentyczni, szczerzy i rozczulający, że nie sposób się w nich nie zakochać.

W działce seriali wszystkie nagrody zgarnia „Przystanek Alaska”. Fazkę odziedziczyłam po bracie, który w latach 90-tych należał do klubu Przyjaciół Przystanku, a na kasety magnetofonowe nagrywał wszystkie audycje Chrisa o poranku. Moim alter ego jest Ruth Ann Miller, a jednym z największych filmowych marzeń jest wejście w posiadanie bluzy z napisem Born to Bingo, którą nosiła. Raz na dwa lata powtarzam regularnie wszystkie serie i za każdym razem odkrywam w nich coś nowego. Mistrzunio, który z każdym rokiem smakuje coraz lepiej.

Książka

Yoshitomo Nara, the Lonesome Puppy, 2008.

W temacie ulubionej książki prezentuje pozycję klasycznego szpagatu – jedną nogą stojąc w obrazkach drugą w literach. Z jednej strony lubię się podręczyć literaturą dochodzącego do granic ekstremalnego malkontenctwa i frustracji Thomasa Bernharda, roztaczającego pesymistyczne wizje dotyczące kondycji człowieka Michela Houellebecqa, poprzedłużać okres czytania Zadie Smith, Alice Munro, pozrywać boki na Trumanie Capote, a potem znowu wrócić do Muminków albo zaszyć w ilustracjach książek dla dzieci. Miłym wyjściem rekompensującym potrzebę obrazków i treści jest komiks. Ulubionym jest „Maus” Arta Spiegelmana – projekt kompletny; połączenie genialnego pomysłu graficznego, z tematem i treścią komiksu sprawia, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mam do czynienia z czymś absolutnie wyjątkowym. Jeśli miałabym wybierać dziś to ulubiony, ze wszystkich byłoby moje ostatnie odkrycie – „Lonesome Puppy” z ilustracjami Yoshitomo Nary. Wybór ewidentnie narcystyczny – opowieść Japończyka przedstawia historię ludzko-psiej przyjaźni, w której ze wzruszeniem odnalazłam siebie i mojego psa Lilu.

11401430_10153373071202179_7044100510414195735_n

Piosenka

Radiohead, Fade Out, 1995.

W kwestii ulubionej piosenki wszystkie nagrody zgarnia „Fade Out” Radiohead. Działa bez względu na okoliczności i w każdych warunkach. Chwyta za gardło od pierwszych nutek i nie puszcza długo po wysłuchaniu. Nie wiem jak Thom Yorke to zrobił, ale podczas kilku minut utworu zaliczam wszystkie bazy wzruszenia, ekscytacji i spokojnego zachwytu. Na wyżyny fonicznych degustacji wbija mnie również torpeda w postaci głosu Antony’ego Hegarty’ego. Dokładnie pamiętam moment, kiedy moja przyjaciółka Gosia postanowiła się ze mną podzielić swoim odkryciem i włączyła „Hope There Someone”, po którym nigdy już nie wróciłam do siebie. Utworem, dla balansu, który kojarzy się z jednymi z najradośniejszymi momentów kilku ostatnich lat jest „Sweet Nothing” Florence Welch i Alvina Harrisa, który ma w sobie dynamit, który sprawia, że w jednej sekundzie odnajduje w sobie cudowną moc i wskakuje na wyżyny kondycji fizycznej – nagle okazuje się, że nie ma figury na dance florze, która byłaby poza moim zasięgiem. Słodkie nic to poczucie miłej satysfakcji, że dałam z siebie wszystko i zapowiedź dramatycznych zakwasów na dzień następny.