Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Ostatnie takie lato to oddolna inicjatywa trzech fotografów, znanych Wam zapewne choćby ze stron drukowanego Zwykłe Życie. Wiktor Malinowski, Maksym Rudnik i Bartek Wieczorek zaprosili do współpracy zaprzyjaźnione fotografki i fotografów i wspólnie stworzyli wystawę o minionej wiośnie i lecie.

Marta Mach: Za wystawą „Ostatnie takie lato” nie stoi galeria. Zorganizowaliście ją dość spontanicznie i wbrew zasadom, na jakich funkcjonuje rynek sztuki. Jakim kluczem ustaliliście temat i dobraliście artystów, którzy pokazują na niej swoje prace?

Bartek Wieczorek: Rozmawialiśmy z Maksymem i Wiktorem w trakcie lockdownu i po nim, i każdy z nas miał swoje spostrzeżenie na temat tego, co się działo. Przyznam, że mocno mnie zainspirowały zdjęcia, które robił wtedy Maksym. Pokazał nam zdjęcie swojej mamy stojącej na polu przy zachodzie słońca. Piękny obraz. Pomyślałem wtedy, że lockdown i spowolnienie w pracy sprawiło, że wielu z nas, mieszkających na codzień w Warszawie i mocno w niej zabieganych, ma czas, żeby odetchnąć, żeby wrócić do korzeni.  Zaczęliśmy rozmawiać o wystawie, o tym że warto pokazać  zdjęcia powstałe w tym dziwnym czasie w większej grupie. Mamy niedosyt wystaw fotograficznych w Polsce, nie raz o tym wcześniej rozmawialiśmy.

Wiktor Malinowski: Interesowali nas artyści, którzy do tworzenia nie potrzebują referencji, wielkiego studia i spełniania potrzeb odbiorców – interesowały nas wrażliwe dusze, które w swojej codzienności potrafią odnaleźć piękno. Prowadziłem wiele rozmów o potrzebie oddolnych inicjatyw do stworzenia czegokolwiek w naszym kraju, bo skoro nie ma rynku fotografii, która nas interesuje, to trzeba go przecież stworzyć! W ten sposób zaproponowałem osoby, które wiedziałem, że palą się do takich działań.

Niestandardowo wystawa nie ma też kuratora. Kto przejął kuratorskie obowiązki? Czy wpływaliście na selekcję prac, którą zobaczą w weekend odwiedzający?

Wiktor Malinowski: Kuratorem tej wystawy jest kolektyw. Stało się coś pięknego: pokazywaliśmy sobie nawzajem część prac, dawaliśmy sobie rady, sugestie – w ten sposób organicznie okazało się, że każdy podjął się zupełnie innego tematu, skupił na czymś innym, wybrał inne techniki i tak oto spełnił się jakiś utopijny sen.

Maksym Rudnik: Wystawa odbywa się w Domu Publicznym na Żoliborzu – wspólnie ją podzieliliśmy, a edycję prac pod wystawę zostawiliśmy twórcom. Różnorodność tematów na fotografiach jest bardzo duża. Wszystko jednak łączy czas w którym one powstały. Większość z nas zwróciła wtedy aparat w kierunku tematów, na których fotografowanie podczas normalnego trybu życia po prostu nie mamy czasu.

Co wy pokażecie na wystawie?

Bartek Wieczorek: Ja skupiłem się na momencie, w którym przychodzi zmiana i my musimy tę zmianę zaakceptować, mimo wątpliwości czy jest potrzebna. Taką zmianą dla każdego były ograniczenia swobód związane z lock-downem. Z jednej strony odpoczywaliśmy od szybkiej rzeczywistości, z drugiej nie rozumieliśmy, czy to co czyha za oknem jest naprawdę groźne. Oczywiście nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, wiem że Covid jest niebezpieczny i że ludzie z jego powodu umierają. Tu chodzi bardziej o to, co mogliśmy czuć podczas lockdownu w Polsce, patrząc na nasze niskie statystyki i co mogliśmy czuć żyjąc w niepewności tego, co się wydarzy za chwilę. Dużą inspiracją do tego w jakim kierunku ma pójść selekcja zdjęć była moja trzyletnia córka Mira, która w wrześniu poszła do przedszkola. Tam zetknęła się z przymusem poobiedniego leżakownia. Nie podobało jej się to. Pomyślałem wtedy, że to może być bardzo podobne uczucie do mojego z początku lockdownu i stąd tytuł projektu: „Teraz kładę się spać”. Na wystawie pokażę kilkanaście fotografii, które powstały od marca 2020 do teraz,  bohaterami moich zdjęć są Mira i  dzieci moich przyjaciół i znajomych, oraz miejsca w których przebywaliśmy.

Maksym Rudnik: Na wystawie pokażę to jak widzę moją rodzinną miejscowość. W kwietniu, po miesiącu siedzenia w mojej pracowni w Warszawie, wróciłem do rodzinnego Ustronia. Moja mama prowadzi tam szkółkę drzew owocowych i ozdobnych. Branża fotograficzna była w uśpieniu, więc mogłem bez ograniczeń jej pomagać, a przy okazji oczywiście robiłem dużo zdjęć. Odwiedzałem stare miejsca i ścieżki, bardzo dużo czasu spędzałem z moim przyjacielem, który tam mieszka. Fotografowałem wszystko, co mi się podobało od dziwnie wygiętego krzewu, przez burze po opuszczone wózki sklepowe przed supermarketem. Paradoksalnie okres lockdownu był dla mnie świetnym okresem. Nieskrępowany codziennymi obowiązkami czas pełnej swobody – oczywiście nie włączając w to obostrzenia, które obowiązywały. Na wiosce jeżdżąc traktorem, robiąc zdjęcia i wieczorami popijając piwko nad Wisłą, momentami można było zapomnieć o sytuacji z wirusem. Lockdown na wsi był zdecydowanie mniej odczuwalny niż w Warszawie.

Wiktor Malinowski: Bardzo krótko po ogłoszeniu pandemii, zgodziła się ze mną spotkać pewna dziewczyna, która podobała mi się od lat. W moim przypadku miłość w czasie zarazy przyszła w pakiecie i tak oto stałem się opiekunem psa – niesfornego, pięknego, szalonego, towarzyskiego, nieokrzesanego, wrażliwego posokowca bawarskiego. Ja nad swoim projektem zacząłem pracować bez świadomości czynu. Całe życie dokumentuję to co mnie otacza. Gdy oglądam później moje zdjęcia, zaczynam widzieć tematy, które podejmuję. W ten sposób okazało się, że fotograficznie w okresie pandemii skupiłem się na życiu psa Benusia i to o nim jest mój projekt.

Zdjęcie główne: Maksym Rudnik
Zdjęcia powyżej: Jan Jurczak, Paweł Kocan, Milena Liebe
Zdjęcia powyżej: Bartek Wieczorek, Wiktor Malinowski, Krzysiek Powierża

Tytuł wystawy sugeruje koniec ery. Sądzicie, że będziemy dzielić czas na przed i po pandemii?

Bartek Wieczorek: Ciężko powiedzieć, bo pandemia wciąż trwa. Wiele zależy od tego, jak się skończy. Z jednej strony po lockdownie nagle wszystko wróciło pozornie do normy, z drugiej jednak czuje się z tyłu głowy, że jest inaczej i że  zmieniło nasze życie na zawsze, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Mi osobiście ten wolny czas pomógł ułożyć wiele rzeczy w głowie. Nie chce być tym denerwującym gościem, który mówi, że wykorzystał go na samorozwój, ale coś w tym jest.  Podczas wolnego czasu poukładałem priorytety.

Maksym Rudnik: Czasy są bardzo niepewne. Jeżeli sytuacja się utrzyma i faktycznie podróże będą utrudnione, maski zostaną w przestrzeni publicznej jak coś całkowicie normalnego, to wtedy będę oddzielał ten okres.

Wiktor Malinowski: Ja myślę, że na pewno już w tym momencie możemy o tym mówić, nawet biorąc pod uwagę możliwość tego, że pandemia będzie ciągnęła się latami, albo przeobrazi w coś jeszcze gorszego. Wszyscy przypomnieliśmy sobie kim jesteśmy, dotarliśmy do prawd uniwersalnych i jesteśmy w tym momencie ostrożniejsi w wychodzeniu poza swój krąg bezpieczeństwa – bo to on dał nam przetrwanie w tych miesiącach. Cała reszta, do której dążyliśmy wyparowała, albo odwróciła się od nas.

Jakie będzie najważniejsze doświadczenie zapamiętane przez was z 2020 roku?

Maksym Rudnik: Rok jeszcze się nie skończył.

Bartek Wieczorek: Dla mnie na pewno intensywny, bliski czas z rodziną: z Martą i Mirą. Okazało się, że świetnie nam się spędza razem czas bez wychodzenia z domu, a to jest bez wątpienia ważne doświadczenie. Ten rok bardzo mocno pokazuje, które relacje są dla nas bliskie i ważne. Ale zgadzam się z Maksymem – ten rok jeszcze trwa i może jeszcze sporo przed nami. Trzeba działać i robić zdjęcia.

Wiktor Malinowski: Przez ostatnie lata myślę, że rolę mojego lokum w Warszawie mogłem określić jako sypialnia. Wiecznie byłem poza domem, wychodziłem spotkać się z ludźmi codziennie. Nie byłem w stanie oderwać się od społeczeństwa. W odbiciu innych ludzi najpierw odnalazłem siebie, ale później chyba zacząłem się w tym zatracać. Dla mnie lockdown i siedzenie w domu – przymusowe, bez FOMO, zwróciło uwagę na siebie i problemy, od których uciekałem – nie było innej opcji, musiałem stawić im czoła. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem zupełnie innym człowiekiem – to było jak terapia.