Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Lato 1939. Wakacje niewiele różniące się od tych dzisiejszych. Część Polaków wyjechała na letniska, inni czekają na urlop, a na wsiach całe rodziny przygotowują się do żniw. Jednak za chwilę historia Polski ma zmienić się bezpowrotnie. Przeczytajcie fragment nowej książki Marcina Wilka – „Pokój z widokiem. Lato 1939.”

Choć ewidentnie zbliża się koniec sezonu, to „Ilustrowany Kurier Codzienny” nadal namawia na wypoczynek. W gazecie z 25 sierpnia, na stronie drugiej, Rafał Malczewski w relacjiz Zakopanego: Gości huk, pogoda sprzyja, banknotów pod dostatkiem, bilonu też nie brakuje. Tatry, letnicy, rodzima załoga, wszyscy w świetnej formie. Nikt nie myśli o końcu podróży, ufamy wichrom, które nas poniosą. Felietonista, nawiasem mówiąc, także malarz, rysownik, pisarz i popularyzator Tatr, chwali zmodernizowane Zakopane. Wcale nie martwi go, że co leniwsi już nie dadzą rady wspiąć się na Gubałówkę czy Kasprowy Wierch. Są przecież wyciągi. Z dworca autobusowego odjeżdżają samochody PKP do Jaworzyny, Bukowiny czy Morskiego Oka. Można też, ciągnie dalej swoją wyliczankę Malczewski, zatelefonować do „Pimówki” i dowiedzieć się, jaka jest pogoda. Taka tu zapanowała nowoczesność!

Dla tych bardziej zanurzonych w tradycyjnych rozrywkach też nie zabraknie atrakcji. Pod Tatrami rozbił namioty wakacyjny Instytut Sztuki. Zaprezentowali się w nim znawca ludu i spraw z nim związanych, profesor Jan Stanisław Bystroń, czy spec od Podhala, językoznawca Juliusz Zborowski. Można poza tym było uczestniczyć w kursach wakacyjnych o kulturze polskiej. Organizowano je dla Polaków i cudzoziemców.

Tegoroczny sezon letni jest przełomowy dla stolicy narciarstwa polskiego. Okazało się, że lato nie tak dawno jeszcze pogardzane przez tubylców, jako pora nikłych zarobków, zmieniło swoje oblicze, zwłaszcza zaś ręce hojne tego roku. Żaden zakopianin nie może wybrzydzać, że „przyjechali tylko tacy plecakowi goście”, targujący się o dwadzieścia groszy. Łatwo można zauważyć, że w szarym tłumie kręcą się potentaci finansowi, tacy, których stać i na maczankę i duże piwo, a nawet na Buicka i flaszkę koniaku.

Co ważne, w Zakopanem – niczym w Augustowie lub nad Bałtykiem – spotkać można znane postaci i osobistości. Na przykład Mariana Dąbrowskiego z „Ilustrowanego Kuriera

Codziennego”. Albo lekarza Tadeusza Boya-Żeleńskiego, znanego z progresywnych, a więc dla wielu kontrowersyjnych poglądów, niezmordowanego tłumacza klasyki literatury

francuskiej. Po cóż przyjechał on do Zakopanego? To jasne. Kupuje tu nowe trepki – wyjaśnia Malczewski. W Zakopanem, o czym doskonale wiedzą miejscowi, można też spotkać pisarza, malarza i filozofa Witkacego. Oryginała wielkiego, który – gdy się dobrze trafi – może ciągnąć na sznurku małpoluda. Witkacy kręci się po Zakopanem nie od dziś, choć akurat w ostatnich latach często bywał poza rodzinnym miastem. Na lato 1939 roku zjechał pod koniec czerwca, prosto z Augustówka. Pod Tatry Witkacy jednak nie jedzie na wypoczynek, ale do pracy. Ręce ma pełne roboty. W Zakopanem przebywa właśnie Roman Ingarden, filozof, którego artysta ma portretować. Nie pierwszy to będzie portret profesora z Uniwersytetu Jana Kazimierza ze Lwowa. Witkacy pozwala sobie namalować Ingardena w turbanie, co nie spodoba się portretowanemu. W liście z 9 sierpnia Witkacy pisze:

Czuję, że ma Pan problem tego rysunku z turbanem. Proszę Pana, niech Pan wytnie turban i nalepi rysunek na zielony papier (a turban schować trzeba do specjalnej teczki). Przysięgam Panu, że na ile siebie znam […], to powody były takie, jak mówiłem, tj. techniczne, a nie ukryte psychicznie w stosunku do Pana, do którego stosunek mój jest absolutnie „czysty”. Niech Pan spali ten przeklęty rysunek, o ile ma psuć nasze stosunki.

W kolejnym liście, z 24 sierpnia, precyzuje jeszcze:

Co do portretu, to wszystkim robię turbanowe, którzy mają większe kolekcje, a powód główny lenistwo narysowania ucha.

Poza sprawą turbanu Ingardena Witkacy ma także na głowie wciąż otwarty konflikt z Gombrowiczem. Pisarze pokłócili się prawdopodobnie około 1937 roku. Witkacy w swoim stylu oświadczył wtedy, że odmawia wymiany ukłonów, zakazuje odwiedzać niektóre lokale i wyklucza możliwość czytania utworów. Ale wraz z listem od Jerzego Pomianowskiego sytuacja się diametralnie zmienia. Pomianowski mianowicie przyznaje, że jest po lekturze Ferdydurke. Przekonuje to Witkacego, który „wyje ze śmiechu” i pisze do Pomianowskiego z początkiem sierpnia.

Są kawałki genialne. Muszę o tym napisać. Tylko IV rozdział jest świński.

Witkacy faktycznie czyta Ferdydurke, a co więcej, odczytuje rozdział Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego jako polemikę ze swoimi poglądami**. Jest zachwycony. Dołączy do wąskiego grona tych, którzy na Gombrowiczu się poznali. Tymczasem Zakopane znowu zaczyna męczyć Witkacego. 6 sierpnia w liście do żony stwierdza, że „ma dość” i robi „tam centralę” oraz zawinie szybciej do Warszawy.

W nocy z 22 na 23 sierpnia Witkacy maluje ostatni autoportret Auto-Vitcatius. Krytyczka Irena Jakimowicz napisze wiele dekad później, że „w przeciwieństwie do poprzedzających go bezpośrednio wizerunków tragicznych ten, mimo zastosowanej dawki kokainy, jest dziwnie prosty i spokojny, usytuowany na tle skrawka błękitnego nieba, usta miękkie i łagodne, spojrzenie pozbawione lęku, jakby przygotowane na przekroczenie ostatniej granicy”*. 24 sierpnia Witkacy wysyła przedostatnią kartkę do żony. Pisze:

Jestem dość wytrącony z równowagi sytuacją ogólną i ogarnia mnie powoli wściekłość i szał bojowy. Skończyłem dziś przedostatni portret i jutro zaczynam ostatni.

Nazajutrz, gdy planuje już na poważnie wyjazd, widzi zapchane pociągi. Ładuje się jakimś cudem do jednego z nich. Do Warszawy przybywa 26 sierpnia i zgłasza się natychmiast do komisji poborowej. Wiek i stan zdrowia go dyskwalifikują. Nie dostaje karty wcielenia.

* * *

Hitler też jest zmuszony opuścić góry i wrócić do stolicy*. Musi wracać czym prędzej i zamieszkać na dłużej w monumentalnym pałacu kanclerskim, do którego zwyczajni Niemcy wstępu nie mają. Ów nieludzki budynek zaprojektował dla wodza osobiście nadworny architekt, Albert Speer, który – jak powiadają – jest ulubieńcem kanclerza. Razem śnią, że pewnego dnia Berlin stanie się Welthauptstadt, stolicą świata. Wydaje im się zresztą, że są na dobrej drodze. Już udało im się wysiedlić Żydów, którzy zajmowali tereny objęte tak zwanym planem zagospodarowania. Średniego wzrostu człowiek pojawia się w Berlinie 24 sierpnia popołudniem. W jego agendzie wieczorem zarezerwowano czas na spotkania z Ribbentropem i Göringiem. Chodzi o ważne raporty. Minister spraw zagranicznych Rzeszy powrócił z Rosji, gdzie podpisał rankiem 23 sierpnia dziesięcioletni pakt o nieagresji. Przynajmniej tak wynika z siedmiu ujawnionych punktów. A co jest w ewentualnych punktach niejawnych? Szary człowiek się nie dowie, ale w nabitej po brzegi czterema milionami mieszkańców stolicy Rzeszy daje się odczuć lekkie podniecenie i zdenerwowanie. Nikt do końca nie wie, jaką przyszłość zaplanował „człowiek roku 1938 magazynu »Time«”.

Kluczowe decyzje mają zapaść w piątek 25 sierpnia. Na razie ograniczono łączność telefoniczną i telegraficzną oraz radiową z zagranicą. Komunikacja kolejowa także została w znacznej mierze zatrzymana. „Schleswig-Holstein”, niemiecka duma wśród krążowników, zawinął do portu w Gdańsku. Entuzjastycznie witali go tamtejsi naziści.

Hitler postanawia, że uderzenie na Polskę nastąpi skoro świt, nazajutrz, 26 sierpnia, w sobotę.

Marcin Wilk, Pokój z widokiem. Lato 1939. Rozdział Ostatni portret. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa WAB.