Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„Uwielbiam turkotanie maszyny do szycia i rozprasowywanie szwów, ale szycie zawsze jest dla mnie pracą, druty natomiast wciąż pozostają relaksem.” Z Paulą Kozłowską, założycielką marki Kai Kotto rozmawiamy o jej pasji, która stała się sposobem na życie i dziewiarskim rzemiośle, któremu wcale nie tak daleko do sztuki.

Mateusz Bzówka: Co znaczy „Kai Kotto” i kto się pod tą nazwą ukrywa?

Paula Kozłowska: „Kai Kotto” przyjemnie zabrzmiało mi kiedyś w głowie podczas zabawy aliteracjami. Do niedawna byłam przekonana, że nic konkretnego nie znaczy, ale na jednej ze stron genealogicznych znalazłam kobietę o takim imieniu i nazwisku, żyjącą w XIX wieku w Estonii. I teraz podoba mi się jeszcze bardziej. Moja praprababcia pochodziła z Estonii. Teraz, kiedy „Kai Kotto” stało się spersonifikowane, jeszcze łatwiej mi się z tą nazwą utożsamić. 

 

 

 

 

 

MB: Mimo że już od jakiegoś czasu obserwuję Cię na Instagramie, wciąż niewiele wiem o Twojej działalności. Opowiedz coś więcej o swojej marce.

PK: Mam pewne wątpliwości czy słowo „marka” pasuje do mnie i mojego chaotycznego, nieco rozwlekłego sposobu działania. Traktuję Kai Kotto dosyć osobiście: to po prostu ja, Paula robiąca ubrania. Większość tych, które przewinęły się na moim Instagramie to rzeczy, które zrobiłam kiedyś dla siebie. Moment, wcale nie taki dawny, w którym posłuchałam samej siebie i podjęłam decyzję, że właśnie tym będę się zajmować w życiu, wywołał we mnie jakiś wewnętrzny spokój. Dzierganie i szycie ma na mnie pozytywny wpływ. Ten spokój jest mącony od czasu do czasu obawami i wahaniami, wiadomo. Jednak, choć zabrzmi to pewnie górnolotnie, czuję się bardzo szczęśliwa, że to znalazłam i mam w swoim życiu. Pasjonuje mnie wiele rzeczy, ale nic nie zafascynowało mnie tak bardzo jak tworzenie ubrań własnymi rękami. Czuję niewyczerpaną potrzebę pogłębiania moich umiejętności w tym zakresie.

Śledź Kai Kotto na Instagramie...

MB: Twoje ubrania to właściwie wełniane dzieła sztuki.

PK: To wszystko wymaga wiele cierpliwości i czasu, szczególnie w przypadku kamizelek z intarsją – mojej ostatniej obsesji. Zrobienie tych pierwszych, z wzorami w góry czy owoce, zajęło mi wiele miesięcy. Są dla mnie właściwie bezcenne. Nie oszukujmy się, w takim tempie daleko bym nie zaszła… I tak, kilka miesięcy temu w moim życiu pojawiła się stara japońska maszyna dziewiarska. Jestem nią absolutnie zafascynowana. Takie maszyny były popularne w latach 70. i 80., dziś już właściwie nie są produkowane. Nasze początki nie były łatwe: moje łzy bezsilności przy próbach zrozumienia czemu nie chce ze mną współpracować, jej biedne powyginane igły i forsowane przeze mnie nienaoliwione śrubki. Dziś już dobrze się nam układa, choć wydzierganie na niej swetra to wciąż ciężka, fizyczna praca. Zmiany kolorów, przeplatanie nitek i modelowanie dzianiny wykonuje się ręcznie. Maszyna ułatwia natomiast przerobienie rzędu oczek za jednym zamachem, co czyni proces nieporównywanie szybszym od pracy na drutach. Jej możliwości co do grubości przędzy czy ilości splotów są oczywiście ograniczone. Nie robię też na niej moich moherowych czapek. Igły maszyny zabijają puszystość i miękkość moheru, które można uzyskać tylko kiedy włóczka przesuwa się powoli pod palcami.

MB: Skąd pomysł aby zająć się rękodziełem?

PK: Zaczęłam jako nastolatka, po tym jak w białostockiej Galerii Arsenał zobaczyłam szydełkowe prace Julity Wójcik. Byłam mini urzeczona i uświadomiłam sobie wtedy jak nieograniczone możliwości daje dziewiarstwo. Szydełko w międzyczasie odeszło gdzieś na dalszy plan, ale druty towarzyszyły mi od tamtego czasu już nieustannie, choć na różnych etapach mojego życia z różną intensywnością. Zachłysnęłam się zupełnie kiedy zamieszkałam na jakiś czas w Sztokholmie, gdzie to rzemiosło jest wszechobecne i bardzo pielęgnowane. Na każdym kroku widziałam kogoś w Pippitröja, tradycyjnym swetrze rybaków z Gotlandii, w którym Szwedzi zakochali się po tym, jak Inger Nilsson pojawiła się w nim w ekranizacji Pippi. I bardzo zachciałam taki wydziergać. To był najbardziej produktywny pod tym względem okres mojego życia. Zabierałam robótki nawet na wykłady.

Na początku studiów (skończyłam skandynawistykę) coraz wyraźniej kształtowała się moja estetyka, a zafascynowanie ubraniami i ich konstrukcją, szczególnie tą w japońskim wydaniu, wzrastało. Wtedy pojawiła się we mnie potrzeba szycia. Okazało się, że nie jest ono tak wyrozumiałe jak druty. Jeden nieprzemyślany ruch nożyczkami może zniszczyć całą pracę. Dzianina łatwiej wybacza: pogubione oczka można złapać, błąd w splocie nadpruć. Jest łatwo przekształcalna, w każdej chwili można ją rozpruć i przeobrazić w coś innego. W naukę konstrukcji i szycia musiałam włożyć więcej wysiłku niż w naukę dziewiarstwa. Uwielbiam turkotanie maszyny do szycia i rozprasowywanie szwów, ale szycie zawsze jest dla mnie pracą, druty natomiast wciąż pozostają relaksem.

...i na Facebooku!

MB: To co bardzo urzeka i przyciąga do Twojego profilu na Instagramie to obok wizualnej uczty w postaci zdjęć Twoich wyrobów, codzienna dawka vintage treści skupionych wokół tematu rękodzieła i dziewiarstwa. To stąd czerpiesz inspiracje do tworzenia swoich produktów?

PK: Tak, gdzieś tam wokół nich krąży moja estetyka. Lubię stare skandynawskie i brytyjskie magazyny z wzorami na druty, jak Stickad czy Rowan w wersji z lat 80. Nasycenie kolorem i detalem w tych dziwacznych swetrach zapiera czasem dech w piersiach. W niektórych wzorach intarsji czy Fair Isle, można się doliczyć 40 kolorów nitek w jednym rzędzie – to jest dopiero prawdziwa sztuka dziewiarstwa. Kolory są dla mnie punktem wyjścia. Robię stosiki z motków różnych kolorów, żeby zobaczyć je obok siebie i dobrać te właściwe. To przyjemny moment.

Jest kilka artystek, których środkiem wyrazu jest dzianina, a które bardzo podziwiam. Uwielbiam prace Brytyjki Freddie Robins, która swoimi wzbudzającymi niepokój,  bezfunkcyjnymi wyrobami przekornie plasuje dziewiarstwo z dala od strefy komfortu i przytulności z jakimi jest kojarzone. Albo Celię Pym i jej wdzięczne pokracznie pocerowane swetry. Pociągają mnie szalenie takie niedoskonałe, nieoczywiste formy.

MB: Powiedz, gdzie można dostać Twoje rzeczy?

PK: Sklep internetowy jest w trakcie powstawania. W międzyczasie, niektóre z nich można zamówić pisząc do mnie bezpośrednio na Instagramie lub na adres: kaikotto.orders@gmail.com

MB: Na swoim Instagramie piszesz: „love the feel of wool, silk and dog’s ears”. Co jeszcze lubisz?

Lubię moment, kiedy latem o świcie zaczynają śpiewać ptaki.