Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Niezliczona ilość wysłanych paczek, ponad tysiąc marek i projektantów, sześćdziesięciu pracowników w dwóch krajach oraz największa platforma sprzedażowa z modą niezależną w Polsce. Tak w skrócie można przedstawić Showroom. Z jego współzałożycielem Michałem Judą rozmawiamy o rynku mody niezależnej w Polsce, planach na przyszłość i wyzwaniach stojących przed jego zespołem.

Mateusz Bzówka: W tym roku Showroom obchodzi siódme urodziny. Zacznijmy jednak od początku. Opowiedz, proszę, w jakich okolicznościach narodził się pomysł na platformę sprzedażową specjalizującą się w modzie autorskiej. Od czego się to wszystko zaczęło? 

Michał Juda: Zaczęło się bardzo niewinnie. Był rok 2011, razem z Jaśkiem Staszem – moim ówczesnym wspólnikiem – mieliśmy małą agencję kreatywno-digitalową. To był ten moment, kiedy Facebook zaczynał być w Polsce coraz bardziej popularny. Robiliśmy wtedy sporo aplikacji i pewnego dnia, zupełnie przypadkiem po rozmowie z przyjaciółką mojej żony stwierdziliśmy, że zbudujemy dla niej aplikację, dzięki której będzie mogła w łatwy sposób sprzedawać swoje produkty. Po dwóch, czy trzech miesiącach mieliśmy gotowy prototyp. Dziewczyny zainstalowały aplikację u siebie na profilu i…

MB: …zupełnie przypadkiem trafiliście na niszę.

MJ: Nie mieliśmy wtedy zielonego pojęcia o rynku mody, a w Polsce ta branża dopiero się rozkręcała. Wybraliśmy się więc do Łodzi na Fashion Week, który w tamtym momencie był totalnie hot. Pamiętam, że byłem pod dużym wrażeniem tego, jak profesjonalnie to wyglądało. Jedną ze stref na terenie FW była strefa Showroom, gdzie projektanci i młode marki sprzedawali swoje produkty. Przygotowaliśmy więc prezentację o naszej aplikacji i z gotową ofertą chodziliśmy od projektanta do projektanta, od marki do marki i rozmawialiśmy. Pytaliśmy, czy jest to dla nich coś ciekawego. Praktycznie wszyscy mówili, że tak! Po powrocie do Warszawy poodpalaliśmy kolejne sklepy… i pod koniec roku mieliśmy już kilkadziesiąt marek, które sprzedawały swoje produkty za pomocą naszej aplikacji. Uznaliśmy więc, że skoro mamy już projektantów, z którymi współpracujemy, to czemu nie postawić strony internetowej, która będzie skupiła ich wszystkich w jednym miejscu. Od pomysłu do realizacji nie minęło dużo czasu i w marcu 2012 roku odpaliliśmy platformę shwrm.pl. Z czasem, na szczęście, udało nam się jednak uzyskać tę właściwą domenę, której używamy do dzisiaj: showroom.pl. 

MB: Nie weszlibyście jednak na kolejny poziom, gdyby nie pomocna dłoń.

MJ: To prawda. Pierwszego prawdziwego kopa do działania dostaliśmy w momencie, gdy pozyskaliśmy pieniądze z funduszu, który inwestuje w start-upy na wczesnym etapie ich działalności. Mogliśmy się wtedy przenieść do pierwszego prawdziwego biura, na ulicę Fałata na warszawskim Mokotowie, bo dotychczas nasze biuro znajdowało się w moim mieszkaniu, a potem u Jaśka. Dołączyły wtedy do nas kolejne osoby, między innymi Julka, która była naszą koleżanką z liceum, a która zajęła się kontaktami z projektantami i pozyskiwaniem nowych marek. Gdy wydaje się swoje pieniądze, planując wydatki trzeba patrzeć na każdą złotówkę z dwóch stron, pojawiają się też wybory graniczne: wyjedziesz na wakacje czy zatrudnisz grafika. Natomiast gdy ktoś ci zaufa i cię dofinansuje, masz trochę większą swobodę, możesz też zacząć inwestować w marketing.

MB: Co było dalej?

MJ: Po pół roku od wejścia pierwszego inwestora pojawiła się kolejna opcja, czyli Burda. Krzysiek, nasz pierwszy inwestor, wysłał nam wiadomość, że w Warszawie jest Jean Paul Schmetz, chief scientist Burdy, gość od wszystkich kwestii technologicznych. Wskoczyliśmy więc w taksówkę, pojechaliśmy do niego do hotelu i opowiedzieliśmy mu o Showroomie. Jean zaciekawił się naszym pomysłem. Przypadek chciał, że mieliśmy wtedy dużą sesję z nową polską modą i o tym, jak zaczyna się ona przenosić do internetu w „InStyle”, który należy do… Burdy. Ktoś u nich w centrali połączył te fakty i okazało się, że zarząd zastanawia się, czy by w nas nie zainwestować. Cały późniejszy proces odbył się bardzo szybko. Burda zainwestowała w nas naprawdę solidne pieniądze, które dały nam duże zaplecze do tego, żeby się rozwinąć. Rozbudowaliśmy wtedy zespół, przenieśliśmy się też do większego biura, w willi na Włoskiej, z ogrodem i basenem, którego ostatecznie nigdy nie napełniliśmy, ale na imprezach pracowniczych był świetnym parkietem. Cały czas się rozwijaliśmy, z roku na rok przybywało marek, przebudowaliśmy naszą technologię i skupiliśmy się całkowicie na platformie. Zrezygnowaliśmy z aplikacji – uznaliśmy, że nie możemy robić wszystkiego dobrze i że albo robimy platformę ze wszystkimi markami, albo narzędzie dla projektantów. Wybór był prosty.

MB: W którym momencie stwierdziliście, że Polska to dla was za mało?

MJ: Od początku mieliśmy chęć działać również za granicą. Pod koniec 2014 roku wybraliśmy się na konferencję Noah w Londynie, gdzie rozpisano konkurs dla start-upów. Organizowała go niemiecka telewizja Prosieben, czyli jedna z największych grup telewizyjnych w Europie. Wzięliśmy udział w tym konkursie i wygraliśmy milion euro do wydania w niemieckiej telewizji. Był to impuls do tego, żeby się pospieszyć i przygotować ekspansję na zachód.

MB: Milion euro to konkretna motywacja!

MJ: Dokładnie! Ale wiesz, ta suma fajnie wygląda na papierze. Okazało się później, że jest to kwota… przed rabatami. Nie zmienia to jednak faktu, że fajnie dostać taki zastrzyk finansowy na reklamę. Przetłumaczyliśmy więc całą stronę na niemiecki, wprowadziliśmy nowe sposoby płatności, wytypowaliśmy również sześćdziesięciu projektantów z Polski, których ofertę przetłumaczyliśmy na niemiecki. Postawiliśmy stronę, kampania w TV ruszyła i zaczęły pojawiać się zamówienia. Było ich na tyle dużo, że wspólnie z Burdą doszliśmy do wniosku, że warto w ten rynek zainwestować, i w połowie 2016 roku postawiliśmy biuro w Berlinie.

MB: Zatem wasze wejście na rynek niemiecki było dosyć… spontaniczne.

MJ: Dużo ostatnio o tym myślę i zastanawiam się, czy to był dobry moment. Po otrzymaniu nagrody skorzystanie z niej było dla nas czymś oczywistym, nie braliśmy nawet pod uwagę, że moglibyśmy z tego zrezygnować. Wiesz, w Polsce zaczęliśmy się rozwijać organicznie: aplikacja, pierwsi projektanci, dużo rozmów, warsztaty, poznawanie rynku i dopiero potem wzrosty. A w Niemczech wystrzeliliśmy jak z procy, weszliśmy na rynek z telewizją i polskimi projektantami i dopiero potem zaczęliśmy rozmawiać z niemieckimi. Nie wiesz, jak duże było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że są zupełnie inni niż polscy.

MB: W jakim sensie?

MJ: Rynek mody niezależnej w Polsce zaczął rozwijać się równolegle z nami. Wszytko działo się jednocześnie – powstawały pierwsze marki, odbywały się pierwsze edycje targów. Nie było u nas wtedy autorskich butików z modą, projektanci sprzedawali głównie w internecie. A w Niemczech? W momencie, gdy weszliśmy tam z Showroomem, branża mody autorskiej miała się tam bardzo dobrze, nie brakowało marek, które działały z powodzeniem od 10 czy 20 lat, była też bardzo różnorodna. Berlińscy projektanci są bardzo undergroundowi, mają różne szalone pomysły i sprzedają swoje rzeczy w artystycznych butikach albo u siebie w pracowniach, gdzie przychodzą do nich klientki i miło spędzają czas; działają też już bardzo rozwinięte marki, które mają ugruntowaną pozycję, są dużo bardziej poukładane od strony logistyki, dystrybucji i technologii sprzedaży, mają gotowe rozwiązania i schematy działania. Gdy zaczynaliśmy, jako pierwsi w Polsce daliśmy projektantom narzędzie, które umożliwiało im bardzo prostą sprzedaż online. Natomiast w Niemczech wielu markom, z którymi rozmawialiśmy, takie narzędzie wcale nie było potrzebne. Dodatkowo sporo niemieckich projektantów mówiło, że wchodząc na naszą stronę, nie wiedzą za bardzo, w czyim towarzystwie się znajdują, bo na stronie w niemieckiej wersji językowej były głównie polskie marki.

MB: A jeśli chodzi o skalę? Jak wypadamy jako rynek dla mody niezależnej w porównaniu z rynkiem niemieckim?

MJ: Rynek niemiecki jest dużo większy niż polski, ale jest też zupełnie różny. Klienci są przyzwyczajeni do innego czasu wysyłki, płacą w zupełnie inny sposób i zwracają bardzo dużo, dwa razy więcej niż w Polsce! Szczerze mówiąc, nie przewidzieliśmy, że może pojawić się taki problem. W Niemczech mamy trochę inny wizerunek niż w Polsce, gdzie jesteśmy ekspertami od mody niezależnej i nasi klienci doskonale wiedzą, że znajdą u nas najlepsze lokalne marki. W oczach niemieckich klientów nie wypracowaliśmy sobie jeszcze jasnego wizerunku. To wyzwanie i problem, z którym musimy się zmierzyć. Czuję, że powinniśmy wrócić do korzeni, być w Niemczech tym, czym jesteśmy w Polsce. Dużo naszych marek może sprzedawać się w Niemczech i z powodzeniem to robi, ale my przede wszystkim chcemy, żeby nasi klienci czuli, że to, co im oferujemy, to fajne marki i ciekawi projektanci, którzy robią dobre jakościowo autorskie ubrania czy dodatki, i to jest ich główna cecha, a nie to, że ten czy inny produkt jest konkurencyjny cenowo. Moda autorska to nie dyskont. Niemcy, którzy kupują modę niezależną, są dosyć nieufni, potrzebują mieć dowód, że coś jest dobrej jakości, ale mogą się o tym przekonać, dopiero jak sprawdzą to na własnej skórze. Tylko wtedy są w stanie docenić, skąd to ubranie do nich przyjechało.

MB: Wróćmy do Polski. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pojawienie się Showroomu miało duży wpływ na to, jak obecnie wygląda nasz rodzimy rynek mody autorskiej. Mam wrażenie, że wasza działalność w bardzo wyraźny sposób przyczyniła się do promocji mody niezależnej jako pewnego zjawiska kulturowego. Zastanawia mnie jednak, czy to jest świadoma misja, czy to jest coś, co dzieje się trochę obok.

MJ: Wiesz, tak naprawdę był to zupełny przypadek. Powstanie Showroomu zbiegło się z momentem, w którym polski rynek mody niezależnej zaczął się bardzo szybko rozwijać. Zaufali nam fajni projektanci, a my pomogliśmy im w znalezieniu nowych klientów. I to koło zaczęło się niesamowice szybko toczyć. Czy promujemy modę niezależną? Tak. Czy zmieniliśmy rynek mody w Polsce? Z pewnością. Ale naszą główną misją i naszym celem jest dostarczanie markom coraz więcej zamówień. I gdy to się dzieje, czujemy, że robimy dobrą robotę. Gdybyś wziął do ręki „Elle”, „InStyle” czy „Glamour” z 2010 roku, to znalazłbyś pewnie jedno, może dwa polskie nazwiska. A teraz? W każdym z tych magazynów pojawia się kilkadziesiąt polskich projektantów i myślę, że to jest super. Porównujemy inne rynki i uważam, że Polska jest na ich tle bardzo wyjątkowa, zarówno jeśli chodzi o specyfikę rynku mody niezależnej, jak i skalę, którą w bardzo krótkim czasie osiągnął.

MB: Dlaczego tak się stało? Co jest w nas takiego wyjątkowego?

MJ: W Polsce mamy bardzo mocne tradycje przemysłu odzieżowego oraz spadek po komunie, czyli świetne zaplecze produkcyjne. I choć ruszyliśmy z opóźnieniem, ponad dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej, to dopiero chwilę temu dorosło pokolenie, które potrzebowało czegoś innego niż sieciówki i ubrania na jeden czy dwa razy. Skoro było zaplecze aby móc w miarę tanio i szybko wyprodukować pierwsze prototypy, to co ambitniejsze i bardziej kreatywne osoby zaczęły zakładać swoje własne marki. Z drugiej strony pojawiliśmy się my i pomogliśmy im w sprzedaży. A z trzeciej strony pojawili się świadomi klienci, Polacy, którzy mimo wszystko są ekonomicznymi patriotami i lubią kupować rzeczy lokalne, oczywiście, o ile są to rzeczy dobrej jakości, a tych na szczęście u nas nie brakuje. W momencie gdy to wszystko się połączyło i minęło kilka lat, zrobił się z tego rynek wart obecnie kilkaset milionów, więc myślę, że to niezły zbieg okoliczności.

Poszperaj na showroom.pl już dziś!

MB: A gdzie w tym wszystkim jest Showroom?

MJ: Jesteśmy liderem wśród platform sprzedażowych oferujących modę autorską – sprzedajemy najwięcej małych, niezależnych projektantów w Polsce. Były okresy, kiedy czuliśmy na plecach oddech innych platform, ale te projekty nigdy nie osiągnęły naszej skali. Konkurencja motywuje do jeszcze bardziej wytężonej pracy. To, że jesteśmy teraz praktycznie sami na rynku, paradoksalnie utrudnia nam trochę sytuację. Doszliśmy do punktu, w którym musimy wychodzić poza grupę naszych wiernych odbiorców, miłośników mody niezależnej. Musimy przekonać ludzi, którzy nie znają tego rynku i marek, do robienia zakupów u nas. Nie jest to łatwe, ale gdy ktoś raz zasmakuje w modzie autorskiej, wraca do nas regularnie. Gdy rozmawiamy z naszymi klientkami o tym, co je zmotywowało do dokonania u nas zakupów, okazuje się, że była to gwarancja, że idąc gdzieś na wesele czy do biura, nie spotkają innej dziewczyny w tej samej sukience co one, przez co czują się wyjątkowe. A to, że potem mogą opowiedzieć historię danej rzeczy, kto ją zaprojektował, gdzie uszył, znają historię marki, to dla nich wartość dodatkowa.

MB: Nie masz jednak wrażenia, że po tym trwającym kilka lat boomie na nowe marki trochę się to uspokoiło?

MJ: Rzeczywiście, ten szał już chyba nieco minął, ale nie można powiedzieć, że nic już się nie dzieje. Rynek się sprofesjonalizował – marki, które w tym momencie startują, są dużo bardziej przemyślane, a ci, którzy je tworzą, wiedzą, że to nie jest po prostu kolejny kaprys znudzonych dzieciaków, tylko podchodzą do tego racjonalnie i biznesowo. Bardzo fajnie rozwija się sektor mody dziecięcej. Nie można też zapominać o dużych graczach. Mamy w Polsce LPP z Reserved na czele, które teraz przechodzi ogromną rewolucję. I mimo że mają sklepy chyba we wszystkich centrach handlowych w Polsce, Reserved jest jak najbardziej marką niezależną, to wciąż rodzinny biznes. Robią tam naprawdę dobrą robotę, a jak się popatrzy na ich skalę oraz to, jak konkurują z międzynarodowymi sieciówkami, to duma człowieka rozpiera, że mamy w Polsce marki na tak wysokim poziomie.

MB: O rynku mody i biznesie z nim związanym opowiadasz z dużą pasją. Zastanawia mnie jednak, czy ty sam lubisz modę.

M: Lubię, ale tak jak sam pewnie zauważyłeś, głównie od strony biznesowej, to dla mnie jej najciekawszy aspekt. Często jestem zapraszany na pokazy nowych kolekcji naszych projektantów, ale zwykle z tych zaproszeń korzystają dziewczyny z działu współpracy z projektantami. Nie będę ściemniać, że rozumiem modę, ale jak ktoś pokaże mi tabelki i powie o swoich marżach, kanałach sprzedaży oraz konwersji w e-commerce, to bardzo chętnie o tym porozmawiam i wyrażę swoją opinię. Taki mam background, wykształcenie i umysł, który dużo lepiej analizuje liczby niż kwestie estetyczne. Do tego trzeba mieć ogromną wiedzę, znać historię oraz śledzić najświeższe doniesienia z pokazów mody.

MB: Nie uwierzę jednak, że nie masz ulubionych projektantów czy marek.

M: Mam ulubione marki, jak chyba każdy, ale nie mógłbym toczyć wielkich dyskusji o danym pokazie czy nowej kolekcji. Do moich ulubionych z pewnością należy Delicatessen i ich świetne koszule szyte w Polsce z materiałów, które Andrzej, założyciel marki, ściąga z Japonii. Oprócz tego noszę ubrania od Reykjavik District, marki założonej przez Islandczyka, Olego, który kilka lat temu przyjechał do Polski i zaczął szyć modę męską. Natomiast z projektantek czy marek z damską linią odzieżową moją zdecydowaną faworytką jest Ania Kuczyńska, głównie ze względu na to, że w ubraniach od Ani chodzi moja żona i świetnie w nich wygląda. Bardzo cenię też Risk made in Warsaw, znam dobrze dziewczyny i szanuję je za to, co zrobiły przez te ostatnie parę lat.

MB: Od pewnego czasu promujecie się hasłem „Wear it first”. Co ono oznacza?

MJ: W wolnym tłumaczeniu oznacza „Bądź przed wszystkimi”. W pełni się z nim utożsamiam. Uważam, że kupowanie niezależnej i autorskiej mody daje okazję do rzeczywistego kupowania ubrań przed wszystkimi i daje niepowtarzalną możliwość opowiedzenia historii danego produktu. To superuczucie, gdy rano zakładasz koszulę czy sukienkę i wiesz dokładnie, kto ją zaprojektował, gdzie została uszyta i kogo, swoim wyborem, wsparło się finansowo. To, co jest dla mnie najfajniejsze w Showroomie, i z jakiego powodu od tych przeszło siedmiu lat się nim zajmuję, to świadomość, że nie sprzedajemy bubli czy innego kota w worku i zdecydowana większość pieniędzy, które generujemy, idzie do projektanta, który może rozwijać swój własny biznes. Jesteśmy katalizatorem rynku, a każde zamówienie w Showroomie nie napełnia kiesy anonimowej korporacji zza oceanu, tylko stanowi zarobek dla konkretnego projektanta i marki, którzy dzięki temu będą mogli zainwestować w nową kolekcję czy zatrudnić kogoś do biura, a przede wszystkim poświęcić się w pełni swojej pasji.

Materiał ukazał się pierwotnie w 19. numerze magazynu Zwykłe Życie #ambicja