Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

O szukaniu intymności w miejskim zgiełku, codzienności na warszawskim Mokotowie, tańczących chodnikach i nietypowej relacji z tygrysem pomieszkującym w koreańskiej restauracji na Olesińskiej. Z Beatą Barrakuz Śliwińską, ilustratorką, artdirectorką i twórczynią kolaży, rozmawiał Mateusz Bzówka.

 

Mateusz Bzówka: Jak wygląda zwykle życie Barrakuz?

Beata Barrakuz Śliwińska: Jest naprawdę zwykłe. W zasadzie mogłabym powiedzieć, że jest przesycone pracą, spotkaniami i projektowaniem. Poranki to dla mnie jedyny ekskluzywny czas, kiedy mogę zebrać myśli, albo zupełnie odwrotnie – gdzieś oddalić je jeszcze na chwilę. Nie jestem rannym ptaszkiem, więc ten poranny rozruch zawsze u mnie trwa.

MB: Od czego zaczynasz swój dzień?

BBŚ: Na początek prysznic i śniadanie, bez którego nie wystartuję. Potem jakaś prasa, wiadomości, maile, social media… i kawa. Gdy dzień pęka od obowiązków, najpierw to porządkuję, ustalam pewien rytm dnia. Mam wrażenie, że jak na dość fantazyjną pracę, którą zajmuję się na codzień – projektowanie, tworzenie, w życiu jestem bardzo poukładana. To pewnie dlatego praca nie doprowadziła mnie jeszcze do wewnętrznego szaleństwa. Każdy dzień jest wypełniony telefonami, mailami, spotkaniami, wizytami w drukarni czy na poczcie. Dzieje się zawsze dużo i szybko. Generalnie jestem prędkim człowiekiem.

Czas jaki poświęcam na projektowanie, czy pracę koncepcyjną to jakieś 8 do 10 godzin dziennie. I zdecydowanie są to godziny popołudniowe i wieczorne. Jestem klasycznym nocnym Markiem. Jestem bardziej kreatywna i wydajniejsza, kiedy inni już dawno śpią. Między pracą, a… pracą, gdzieś w międzyczasie, staram się znajdować czas na sport, spotkania z przyjaciółmi, rozmowy z rodziną.

MB: Twój dzień pracy jest bardzo różnorodny. Powiedz, masz jakieś codzienne rytuały bezktórych ani rusz?

BBŚ: Śniadanie – to nieodłączny element mojego jestestwa! Tam gdzie śniadanie tam jestem ja, cała i gotowa do działania. I sok pomarańczowy. Znienawidzony przeze mnie przez długie lata, a pokochany ze zdwojoną mocą po moim marokańskim tripie. Jak widzisz, to nic nadzwyczajnego – ja lubię proste rozwiązania, proste rzeczy. Rytualnie wypijam także kawę w południe. Przyzwyczaiłam swój organizm do takiego trybu. Nie jestem też fanką codziennych wizyt w knajpach czy restauracjach. Taki ze mnie trochę domowy osobnik.

MB: Duża część twojej pracy to projektowanie okładek i koncepcyjne opracowywanie od strony wizualnej wydań płyt zespołów, wykonawców… domyślam się, że w związku z tym muzyka stanowi dużą część twojej codzienności.

BBŚ: Muzyka jest moim małym alter ego. To czego słucham na codzień wizualizuje stan mojego ducha, to co akurat odczuwam. Jest dla mnie takim lifeline’em tatuującym upływający czas. Od dziecka jestem otoczona muzyką, razem z bratem uczyliśmy się grać na różnych instrumentach, ja śpiewałam w chórach, a przy domu mieliśmy zaaranżowaną salkę prób. Zgrywaliśmy muzykę z radia na kasety, potem wypalaliśmy płyty CD z ulubionymi dźwiękami. Kontakt z muzyką to coś, co bardzo nas ukształtowało jako ludzi. Oboje jesteśmy wrażliwi i emocjonalni, muzyka jest boskim tłem do życia. Do tej pory ta zaszczepiona w dzieciństwie miłość pozostała, ba, rozwinęła się i weszła na kolejny poziomy: przerodziła w zamiłowanie do winyli, a potem w projektowanie okładek, które uwielbiam.

MB: A co zajmuje cię poza muzyką… i, oczywiście, projektowaniem?

BBŚ: Cierpię na chroniczne niekończenie rozpoczętych książek, dlatego staram się z tym walczyć, nadganiając losowo wybrane pozycje. Latem zawsze jest więcej do robienia. Lubię spacery, ale głównie wsiadam na rower. Zima jest dla mnie dużo spokojniejszym czasem. Lubię ją, szczególnie w górach, kiedy to mnogość możliwości spędzenia czasu mocno ze sobą rywalizuje. Do tej pory były to narty czy snowboard, ale ostatnio spróbowałam też biegówek. Kocham też zwykłe chodzenie po górach. Zima poza miastem potrafi urzec. W Warszawie nie przepadam za tą porą roku, a już szczególnie przedwiośnie wydaje mi się być szaro-smutne, jakby miasto nie było gotowe na odkrycie się przed wiosennym wybuchem.

MB: Mieszkasz w Warszawie, na Starym Mokotowie. Lubisz tę okolicę?

BBŚ: To miejsce jest dla mnie spokojem. Stary Mokotów jest niezwykle bogaty w stare, rozłożyste i piękne drzewa, a ja muszę mieć choć minimalny kontakt z naturą. W okolicy gdzie mieszkam – WSM Mokotów, są drzewa, które osiągają wiek około 60 lat. Ostatniego lata wycinali jedno takie, ze starości. Ponoć zagrażało mieszkańcom. Przeraźliwy dźwięk łamania konarów doprowadził mnie do płaczu.

Mokotów jest dużo mniej zatłoczony niż centrum Warszawy. Tutaj nie ma gdzie parkować, chodniki tańczą, gołębie nie dają żyć. Ale tak tu jest i to lubię chyba najbardziej. Nie przepadam za sterylnymi osiedlami, tutaj ten brudek jest autentyczny. Latem dzieciaki grają w piłkę na skwerze pod blokiem, ptaki śpiewają, pijaczki siedzą pod warzywniakiem. Miasto dla wszystkich i miasto kompletne we wszystko. Tak to chyba powinno wyglądać, prawda?

MB: Trudno się z tobą nie zgodzić! Powiedz proszę, gdzie szukasz intymności i odpoczynku od pracy? Masz jakieś swoje ulubione miejsca?

BBŚ: Jeśli pytasz o intymność domową, to dzielę przestrzeń mieszkania na tę poświęcona pracy, gdzie zaaranżowałam małe studio, oraz tę, w której żyję i odpoczywam. Taki podział funkcjonalny w małym mokotowskim mieszkaniu jest najlepszym wyjściem, gdy pracujesz w miejscu, gdzie jednocześnie żyjesz. Po całym dniu pracy zamykam drzwi do „pracowni” i mogę odpocząć. Nie umiem zabierać pracy do kawiarni. Wciąż lubię, kiedy kawiarnia jest dla mnie po prostu kawiarnią – miejscem odpoczynku i relaksu. Chyba nie będę oryginalna, ale jeśli ktoś wybiera się na kawę na Mokotów, to jest tylko jedno miejsce – Relaks.

MB: A jedzenie? Są na Mokotowie jakieś mniej oczywiste smakowite miejsca?

BBŚ: Wiesz, kulinarnie nie wybrzydzam. Uwielbiam wegańskie knajpy ze swym warzywnym dobrobytem czy pizzę w Ciao a Tutti, ale najczęściej i tak ląduję na domowym obiedzie w jadłodajni czy barze mlecznym. Lubię oglądać ludzi, a tam można usiąść przy dużym przeszklonym oknie i wgapiać się w płynące ciała. Ale mój voyeryzm pielęgnuję też też w drugą stronę. Uwielbiam zaglądać w witryny ciekawych miejsc, niezależnie czy jest to mały warsztat rękodzielniczy, restauracja czy zakład fryzjerski. Obserwowanie to, zaraz po muzyce, chyba moje drugie hobby. Tak narodziła się moja nie do końca określona „relacja” z tygrysem z koreańskiej restauracji na Olesińskiej. Jest namalowany w koreańskim stylu ludowym zwanym minhwa. Nie ma możliwości, abym będąc w okolicy nie podeszła się z nim „przywitać” i popatrzeć.

Choć nie urodziłam się na Mokotowie, czuję się tutaj prawie lokalsem – lubię szwędać się po Kazimierzowskiej, Wiśniowej, Dąbrowskiego czy Łowickiej. Narbutta jest wspaniała. Zarówno architektonicznie, jak i historycznie. Obserwowałam jak rewitalizowany i tworzony był teren pod Nowy Teatr. Jak sam gmach rósł i piękniał. Bardzo lubię jego oszczędny detal. Przeobrażenie Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania w Teatr Nowy to dla mnie także wizualizacja upływającego czasu.

MB: Wydaje mi się że ten obszar, o którym opowiadasz jest bardzo różnorodny. Właśnie taki dla wszystkich, niewykluczający nikogo. Jednocześnie ekskluzywny i inkluzywny.

BBŚ: Jest tak, że wychodzisz po przysłowiowe bułki, a ostatecznie szybka wycieczka po podstawowe produkty na śniadanie, kończy się w second handzie dwie przecznice dalej. Albo w sklepie z winylami. Albo w klatce schodowej kamienicy, która akurat ci się spodobała, ale nie możesz się z niej wydostać, bo ktoś wychodząc zatrzasnął drzwi. Nigdy nie wiesz!

//

Wywiad powstał w ramach kampanii „Places of Intimacy” marki SKYN®, która przypomina, że to fizyczne miejsca, nierozerwalnie związane z naszymi wspomnieniami, są podstawą zaistnienia relacji, przede wszystkim tej zmysłowej. Miejsca znaczące można znaleźć wszędzie. Wystarczy tylko na chwilę zatrzymać się i oderwać od chaosu dnia codziennego.