Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Z Hubertem Urbańskim rozmawiamy o marzeniach i Milionerach, jego wewnętrznym Bułgarze i codzienności, która, wbrew pozorom, nie odbiega jakoś specjalnie od codzienności szeregowego czytelnika ZŻ. Bo jak sam mówi: „Życie polega na upadaniu, podnoszeniu się, otrzepywaniu i marszu dalej”. I trudno się z nim nie zgodzić.

Mateusz Bzówka: Przygotowując się do naszego spotkania, dowiedziałem się, że jesteś pół-Bułgarem. Ciekawostka! To chyba jeden z mniej eksplorowanych przy okazji rozmów z tobą tematów? Dlaczego? 

Hubert Urbański: Moje bułgarskie pochodzenie jakoś specjalnie nie determinowało i nie determinuje mojego życia. Nigdy nie czerpałem z tamtejszej kultury, a na pewno nie w takim stopniu, w jakim bym mógł. Mój stosunek do Bułgarii można podzielić na trzy fazy. Pierwsza, gdy byłem dzieckiem i najbardziej nasiąkałem nią. Mówiłem wtedy płynnie po bułgarsku i miałem dużą rodzinę, którą regularnie odwiedzaliśmy. Drugi etap to okres, w którym kontestowałem mojego wewnętrznego Bułgara. Jeździłem tam wtedy znacznie rzadziej. Uważałem, że to zupełnie nieciekawy kraj, który nigdy nic mi nie dał. Można powiedzieć, że trochę się wtedy na tę Bułgarię obraziłem. Byłem nabzdyczony.

MB: Nabzdyczony?

HU: To był na tyle długi okres, że w pewnym momencie już sam nie wiedziałem, o co mi w tym nabzdyczeniu chodzi. Trzecia faza przypada na czas mojego dojrzałego życia. Jakieś dziesięć lat temu uświadomiłem sobie, że czy tego chcę czy nie, ta Bułgaria jest częścią mnie, bułgarski jest moim językiem. Mam emocjonalne wspomnienia dźwięków, zapachów, miejsc, ludzi i już nic tego nie zmieni.

MB: Jakieś anegdoty? 

HU: W głowie mam tysiące opowieści taty mojej mamy, które z zamiłowaniem i swadą opowiadał. Mój dziadek, bułgarski Fanfan Tulipan, był takim klasycznym legendziarzem, który ciągle opowiadał niestworzone historie o swojej bujnej przeszłości. Historię o tym, jak pobił się z jakimś gościem w restauracji w Sofii i jak ta bójka wylała się na ulicę i przeobraziła nieomal w zamieszki i jak interweniowały radiowozy z całej dzielnicy, słyszałem chyba ze sto razy.

MB: Czy twój wewnętrzny Bułgar pamięta, jak jest w jego języku „przyszłość”? 

HU: Przyszłość po bułgarsku to bydiszte, z tym ich charakterystycznym „y”. Jest takie jedno słowo, zupełnie dziwne i niespotykane w innych językach, zaczynające się na „y” – ygył, które oznacza „róg”. To tak w ramach ciekawostki. Nie ma chyba zbyt wielu języków, w których słowa zaczynają się na „y” i jeszcze w taki sam sposób są wymawiane.

MB: A „zwykłe życie”?

HU: „Zwykłe życie” to obiknowen żiwot.

MB: Jak zatem wygląda obiknowen żiwot Huberta Urbańskiego? 

HU: Zawsze przy okazji pytań o moją codzienność mam dylemat, co odpowiedzieć. Z jednej strony, dla dobra PR-u, powinienem konfabulować, ale z drugiej chciałbym być z moim rozmówcą szczery. Zwykle wychodzi z tego mieszanka tych dwóch postaw, lepiąca się w opowieść o zwykłym życiu, ale niepozbawionym blasku, blichtru, splendoru i atrakcji. Gdybym jednak był realistą i uczciwość przeważyłaby nad potrzebą konfabulacji, powiedziałbym, że jest po prostu zwyczajne i niepozbawione upadków. Wzlotów również, ale głównie upadków. Życie polega na upadaniu, podnoszeniu się, otrzepywaniu i marszu dalej.

Każde życie jest zwykłe. Co robi taki Putin, gdy po robocie zawiozą go do jego rezydencji? Podejrzewam, że lubi łazić w dresie po mieszkaniu, dłubać w nosie, drapać się po brzuchu i zaglądać do lodówki z myślą, co by tu przekąsić, albo przerzuca kanały w TV. Ludzie mają zwykłe potrzeby. Wszyscy, nawet te gwiazdy z czerwonego dywanu, które wyglądają jak miliard dolarów, ostatecznie spotykają się z takimi samymi codziennymi małościami. Każdy z nas marzy o zwykłym życiu. Ale przeważnie, tak naprawdę, już je posiadamy. Oddychamy tym samym powietrzem.

MB: A Milionerzy? To duża część twojego życia. Zwykła czy niezwykła? 

HU: W Milionerach czuję się na miejscu. Zrosłem się z tym programem, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To taka symbioza, z której obie strony są zadowolone. Dużo rzeczy w życiu robiłem, czasami musiałem robić coś, żeby osiągnąć coś innego, albo robiłem, bo akurat nie było nic ciekawszego do roboty, ale akurat w tym przypadku jest tak, że ten już prawie dwudziestoletni romans trwa i ma się dobrze.

MB: I się nie nudzi! 

HU: Bardzo duża siła tego formatu polega na tym, że można go oglądać, nie widząc ekranu, a tylko słuchając, jako tło na przykład gotowania, albo odwrotnie, wyciszając głos, a rzucając okiem co jakiś czas na wizję.

 

MB: Pamiętam, jak w podstawówce, jakoś na początku emisji pierwszego sezonu Milionerów, przełom lat 90. i 00., mieliśmy klasowe rozgrywki. Moja koleżanka Ania zadawała pytania, a mi udało się przejść, chyba najbardziej stresujące, eliminacje. Nie pamiętam dokładnie, co było nagrodą, ale na pytanie o milion odpowiedziałem.

HU: No widzisz! To wyobraź sobie, że są faceci, którzy od kilku dobrych lat kręcą Milionerów w wersji Lego. Zbudowali z klocków studio, kręcą całe sekwencje, podkładają głos, później montują. Jakie to musi być zjawisko, aby wywołało w kimś potrzebę zrealizowania takiego projektu? Bez budżetu, dla samej czci i chwały w internecie. Niesamowite!

MB: Milionerzy wrócili rok temu – to już trzeci raz, gdy pojawiają się w ramówce TVN-u. Dlaczego powrócili akurat wtedy? 

HU: Kilkuletnia przerwa między ostatnią emisją a tą obecną to był czas, gdy bardzo wierzyłem, że Milionerzy wrócą. Przymiarek do powrotu było kilka. Parę razy było tak, że już, już mieliśmy zaczynać zdjęcia i nagle znów pomysł odlatywał na dalszy plan. Koniec końców, wróciliśmy i to się liczy.

MB: Utrzymujesz kontakt z uczestnikami z dawnych lat? 

HU: Podczas nagrania można nawiązać ciepłe relacje z uczestnikami. Czas, który wspólnie spędzamy, nie jest może superdługi, ale za to bardzo intensywny. Do programu zgłaszają się bardzo fajne i nietuzinkowe osoby. To duża frajda z nimi obcować.

MB: Chyba że ktoś odpada przy pierwszym pytaniu… 

HU: To musi być podłe. Na początku nie ma zwykle trudnych pytań, ale prawdą jest, że łatwe pytania to te, na które znamy odpowiedź. Często oglądałem brytyjską wersję Milionerów i myślę, że te ich pierwsze pytania rozłożyłyby mnie na łopatki. Nie znam aż tak dobrze kultury brytyjskiej, nie znam postaci z kreskówek czy opowiastek, a założę się, że dla każdego brytyjskiego dziecka odpowiedź o postać z kultowej bajki byłaby banalnie prosta.

MB: Wiem, że program tak jest skonstruowany, że nie wyświetlają ci się odpowiedzi na pytania. Muszę jednak zapytać, jak to jest, znasz odpowiedzi? 

HU: Milionerzy to bardziej rozrywka niż edukacja. Nie jesteśmy stricte wiedzowym programem, ale pytania, które zadaję, w jakimś stopniu na pewno mają wymiar edukacyjny. Ich zakres i tematyka są szerokie – część rzeczywiście odwołuje się do twardej wiedzy, ale część opiera się chociażby na orientacji w trendach, tym, co teraz modne czy popularne w internecie.

Każde pytanie konfrontuję z moim bagażem wiedzy. I czasem wiem na pewno, a czasem tylko mi się wydaje, że znam poprawną odpowiedź. Na szczęście zawsze na koniec mogę powiedzieć: „Ha! Wiedziałem od samego początku!”.

MB: A co ty byś zrobił z wygranym milionem? 

HU: Po pierwsze, wygrać milion to wcale nie jest taka łatwa sprawa, a rozdysponować milion to następny problem. Z jednej strony zawodnik chciałby być bogaty, ale z drugiej… może to być początek jakichś nieziemskich kłopotów. Dużo kasy to duża odpowiedzialność. Pojawia się wtedy problem, jak tę kwotę podzielić, na to wystarczy, na to zabraknie, dać temu, a może temu, dać jednemu dziecku, ale drugiemu też przecież trzeba… Tak właśnie zaczynają się Himalaje trudności i kłopotów. Myślę, że ci, którzy wygrywają w Milionerach duże pieniądze, stoją potem przed wyzwaniem równie trudnym co sama gra w studiu.

MB: Czujesz, że w jakiś sposób, prowadząc program, możesz zmienić czyjeś życie? 

HU: Byłbym arogantem, gdybym tak myślał” komuś przyszłość. Dla efektu możemy taką tezę utrzymać, ale tak naprawdę to ja tam tylko prowadzę grę, jestem narzędziem w programie rozrywkowym, zadaję pytania, a to uczestnik odpowiada. To człowiek, który przychodzi do gry, podejmuje wyzwanie zmiany swojej przyszłość. A ta może potoczyć się bardzo różnie. Na przykład, gdy ktoś jest ekspertem w jakiejś dziedzinie i dostanie pytanie właśnie z niej, a polegnie na pytaniu za 1000 zł, to jego przyszłość też się najprawdopodobniej zmieni, niesmak pozostanie, jak to się mówi… Nie życzę nikomu takiej kompromitacji zawodowej. To dlatego ludzie tak się boją ryzykować, gdy nie są pewni odpowiedzi.

MB: Domyślam się, że Milionerzy są na tę chwilę twoim planem A. Masz jakiś plan B? 

HU: Nie wierzę w plan B. Wierzę natomiast w plany A, B, C, D, E… Wierzę, że nasze życie dzieje się równolegle. Trzeba działać wielokierunkowo i łączyć różne aktywności. Życie nie funduje pakietów tematycznych. Nie ma tak, że od poniedziałku zaczyna się pakiet „żyj zdrowo” i z automatu jesz już tylko zdrowe rzeczy, pijesz sok z jarmużu i biegasz 10 kilometrów dziennie. Trzeba łapać wszystko naraz i starać się znajdywać w tym jakąś równowagę. Życie samo weryfikuje, co ostatecznie się udaje. Życie priorytetyzuje się samo.

MB: Porozmawiajmy o przyszłości. Jak twoim zdaniem będą wyglądać media za kilka dekad? 

HU: Przyszłość mediów i przyszłość telewizji to jakiś koszmar. Dzisiaj przekaz musi, jak pisał klasyk, „śmieszyć, tumanić, przestraszać”. Z naciskiem na „przestraszać” – dopiero wtedy przykuwa uwagę widzów. A jak ktoś ma widzów, to ma reklamobiorców, a co za tym idzie… reklamodawców. Jedno wynika z drugiego.

Rzetelność idzie na plan dalszy, bo rzetelne media nie są w stanie przykuć uwagi szerszego grona odbiorców. W interesie szeroko pojętych mediów jest dziś obniżenie pułapu intelektualnego i utrzymanie go na tej wysokości przelotowej. Skończyły się czasy, kiedy ktoś mógł poświęcić pół roku na dziennikarską pracę, której owocem był rzetelny materiał. Skończyły się również czasy, gdy opinia publiczna poświęcała odpowiedni czas na refleksję nad takim materiałem.

MB: Czyli media, obok tego, że są „fast”, stały się też „instant”? 

HU: Teraz każde medium chce mieć codziennie nowy, świeży kawałek, i to dotyczy dowolnej dziedziny – afery obyczajowej, politycznej, społecznej czy każdej innej. Liczy się nowa historia tu i teraz, a najlepiej, jeśli będzie to historia, która nasyci wzrok i zmysły, ale tylko na chwilę. Bo kolejnego dnia musi pojawić się coś nowego. Ta spirala się napędza, wiruje coraz szybciej i nie ma w niej miejsca na merytorykę, na złożoność czy mówiąc górnolotnie, na prawdę.

W mediach jest potrzeba krwistego befsztyka. Im więcej krwi i dramatu, tym dla interesów nadawcy lepiej. To dopiero przy takich okazjach można wykazać się pełnią swoich możliwości. Jest taka tendencja, i nikogo to chyba nie zdziwi, że większym zainteresowaniem cieszą się zawsze kataklizmy i dramaty niż coroczny zlot tenorów operowych w Dusznikach.

Można się przejmować jedną rzeczą, można zajmować się dwiema, no może trzema rzeczami naraz, ale w momencie, gdy codziennie napływa do nas lawina informacji, mózg tego po prostu nie wytrzymuje. W tej sytuacji człowiek myśli sobie: kurde, muszę chyba zająć się czymś innym, bo i tak nie ogarniam tej całej polityki, tego, kto z kim w koalicji, i czy ten przetarg był w końcu ustawiony czy nie… Zanim ktoś się wgłębi w jedną historię, kolejnego dnia ma już następną.

MB: No tak, nadprodukcja. To chyba słowo klucz. 

HU: Mam nadzieję, że gdy dojedziemy do punktu krytycznego, media w dzisiejszej postaci przestaną być dla odbiorcy strawne. Może to wymusi na mediach zmianę sposobu narracji.

MB: A jak jest z rozrywką? 

HU: Rozrywka to kolejna nośna platforma, która niesie ze sobą wielkie pieniądze i potrzebę dostarczania coraz to nowych pakietów wrażeń. Ale ileż, do cholery, może się człowiek rozrywać? Dobrym przykładem są tutaj seriale. Cały czas wychodzi coś nowego, coś, co koniecznie trzeba zobaczyć. I później spotyka się taką osobę, z podkrążonymi oczami i ziemistą cerą, która wygląda, jakby napisała doktorat w tydzień, a tu się okazuję, że to tylko nowy sezon serialu wrzucili do sieci. Tylko żebyś mnie źle nie zrozumiał: uwielbiam seriale, oglądam ich całkiem sporo, ale czasem mam już ich przesyt, chcę wrócić do zwykłego, codziennego życia, do normalnych, codziennych problemów. A nie martwić się tym, jak Kiefer Sutherland przeżyje kolejną godzinę w 24 godzinach.

MB: Jak zatem powinny wyglądać twoim zdaniem idealne media? 

HU: Gdy słyszę słowo „idealne”, odbezpieczam pistolet.

MB: Rozumiem, nie będę drążył. 

HU: Chciałbym, żeby moje życie miało tych różnych mediów mniej niż więcej. Ze względu na specyfikę mojej pracy korzystam z portali społecznościowych, mam fanpage na Facebooku, profile na Snapchacie czy Instagramie i rzeczywiście gromadzę, bez wzmacniaczy, kupowania lajków czy sztucznych zabiegów, duże grono sympatyków. Z jednej strony to bardzo cenne, ale z drugiej byłbym szczęśliwszy, gdybym miał taki zwykły telefon tylko do dzwonienia. Media społecznościowe niosą treści niezwykle naskórkowe.

MB: To bardzo mocna teza. I powiem szczerze, że nie spodziewałem się usłyszeć tego od ciebie. 

HU: Niczego nam nie dodają, niczym nie ubogacają. Tylko realny kontakt z człowiekiem albo realny kontakt z treścią dopracowaną, urodzoną, przemyślaną daje możliwość realnego życia i obcowania. To, co dostajemy w mediach społecznościowych, przepływa przez nas, nie zostawia po sobie śladu, zabiera czas, a przede wszystkim jest masowo przeceniane. Ludzie uważają, że dzięki mediom społecznościowym nawiązują superkontakty, mają dużo przyjaciół, ale ja bym przestrzegał przed odbieraniem tego w ten sposób. Dla dużego grona osób, firm czy instytucji Facebook i inne portale to jednak potężne narzędzie do zarabiania pieniędzy czy zdobywania pewnej pozycji zawodowej. Pod tym względem media społecznościowe to skuteczne narzędzie, ale również rak XXI wieku.

MB: Wierzysz w przepowiadanie przyszłości? 

HU: Nie wierzę w przepowiadanie przyszłości, wróżby i tym podobne. Tak samo jak nie wierzę w te różne astrologiczno-horoskopowe historie. W jaki sposób to, kiedy ktoś się urodził, może determinować całe życie? Jasnowidztwo traktuję raczej w kategorii show-biznesu.

Nie wiem, czy dane mi będzie przeżyć jeszcze kolejne trzydzieści lat czy tylko trzy dni. Są dwa powiedzenia, które odnoszą się do przyszłości, banalne i bardzo często powtarzane: gdy robimy jakieś plany, Bóg się śmieje, a drugie: uważaj, żebyś nie dostał tego, o czym marzysz. To trochę tak jak z tym milionem – to, co było czyimś największym marzeniem, może stać się przekleństwem, a nawet najlepsza zabawa może przerodzić się w koszmar. Chciałbym, żeby moja przyszłość była jak najprostsza. Żeby udało mi się, choćby odrobinę, sprowadzić moje życie do korzeni, do gruntu, do fundamentów, żebym nie pozwolił, aby ta cała nadbudowa mnie przerosła i przygniotła. Ale czy mi się to uda? Przekonamy się jutro.

MB: Czyli myślisz o przyszłości. 

HU: Z tych trzech czasów: przeszłego, teraźniejszego i przyszłego, ten ostatni jest dla mnie najbardziej intrygujący. To, co było wcześniej, przeszłość, mimo że się rozpływa i podlega interpretacji, przez którą zdaje się czasem równie niejasna jak przyszłość, pozwala coś ustalić, uzgodnić, a jak jeszcze mamy to jakoś udokumentowane – mamy podstawy do dyskusji, wyciągania wniosków. Teraźniejszości możemy doświadczyć wspólnie, tu i teraz, współprzeżywać ją. A przyszłość – ta jest kompletnie nieprzewidywalna. I dlatego jest tak intrygująca.