Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

W jej samotnych wyprawach na daleką Północ jest trochę szaleństwa i dużo mądrości. We wszelkich podejmowanych pracach kluczem do sukcesu są ciekawość i entuzjazm dziecka. W ogóle dużo w niej radości i swobody, które przyciągają jak magnes. Jednak jej dominującą cechą jest niezależność. Niech was nie zwiedzie jej delikatny głos. Jak Maria Strzelecka, nazywana przez wszystkich „Manią”, postanowi coś zrobić, nie ma zmiłuj.

Bożena Kowalkowska: Przeglądnęłam twoje zdjęcia na Facebooku. Miałaś irokeza, dredy, loki, łysą głowę oraz chyba wszystkie kolory świata i nie tylko. Skąd ta nieustająca potrzeba zmieniania wizerunku?

Maria Strzelecka : Najpierw pankrok, a w tej kulturze wygląd jest jednak ściśle ustalony. Irokez jest ważny – im większy, tym lepiej. Potem długo były dredy, ale zostałam mamą i dziecko zaczęło mi je wyrywać. Jeśli chodzi o potrzebę koloru, mam wrażenie, że jak założę coś szarego i neutralnego, to znikam. Dokręcam się, doenergetyzowuję, słucham szybkiej muzyki, bo inaczej mogę zasnąć w każdym momencie.

BK: Nigdy bym nie pomyślała, że możesz mieć problem z brakiem energii.

MS: Bo ja mam nieustający apetyt na życie. Dla mnie doba jest niestety zbyt krótka.

BK: Przy pierwszym kontakcie sprawiasz wrażenie osoby, która nie do końca uczestniczy w tym, co się wokół niej dzieje. Ale po jakimś czasie okazuje się, że wszystko rejestrujesz i jesteś świetnym obserwatorem.

MS: Lubię czasem tak pościemniać, bo to zdejmuje ze mnie różne odpowiedzialności. Kiedy coś jest istotne, wszystko ogarniam. W innym wypadku chcę mieć święty spokój. Zawsze tak miałam, już w szkole – nie musiałam się uczyć, a i tak otrzymywałam czerwony pasek. Potem zależało mi, żeby wyrzucono mnie ze szkoły – to było bardzo nobilitujące w punkowym środowisku, no i mnie wyrzucili. Następnie chciałam iść na ASP, więc poszłam, a teraz robię tam doktorat. Sama sobie kreuję rzeczywistość.

BK: W pracy również masz dużo wcieleń. Malarstwo, ilustracja, aktorstwo, animacja, granie w zespole muzycznym… Za co się nie weźmiesz, odnosisz sukces.

MS: Jestem chyba jakimś anarchistą zawodowym, bo nie robię niczego, czego nie lubię. Dlatego tak naprawdę najlepiej idą mi prace za zero złotych, wymyślone dla samej siebie (śmiech). Te ciągłe zmiany zainteresowań nie są oczywiście zbyt dobre, bo nie pozwalają mi definiować się jako specjalista w jednej dziedzinie. Po prostu bardzo lubię element uczenia się, który pojawia się przy każdym z nowych tematów. Właśnie to sprawia mi największą frajdę. Ale jak już się czegoś nauczę, nie chcę tego robić drugi raz. Przecież już to umiem!

BK: Dość niezwykła i pracochłonna była praca do teledysku Żona piłkarza Doroty Masłowskiej. Ręczna robota.

MS: To była praca marzenie, właściwie dwuletnia zabawa. Kiedy usłyszałam pierwszy raz płytę MisterD, to było jak błyskawica trafiająca wędrowca na szczycie góry. Obrazy dobijały się same – żadne tam komputerowe, tylko najszczersze, wykonane własnymi rękami, jak w Misiu Uszatku i Koralgolu. Zadzwoniłam do Doroty i powiedziałam, że mam pomysł i chętnie zrobię animację do jej muzyki. Dorota na to, żebym wybrała piosenkę. Zadeklarowałam, że klip będzie gotowy za trzy miesiące. W międzyczasie grupa MisterD trzy razy kończyła swoją działalność, a moja animacja ostatecznie ujrzała światło dzienne po dwóch latach. Jej premiera była połączona z wystawą scenografii wykonanej do projektu w Galerii Raster. Później teledysk otrzymał nagrodę na Yach Festiwalu za najlepszy animowany klip 2016 roku. Dużo można by o tych dwóch latach opowiadać. W zasadzie mogłabym napisać książkę pt. Animacja poklatkowa. Jak nie zarobić kasy, świetnie się przy tym bawiąc. To była codzienna manualna praca. Powstało kilka pomieszczeń ze szczegółowym umeblowaniem i kompletnym sprzętem AGD, do tego cztery ruszające się postaci. Śmiałam się potem, że powinnam to mieszkanie wynajmować na Otodom za 400 groszy miesięcznie, plus opłaty.

BK: Uśmiechnęłam się, gdy w napisach końcowych przeczytałam podziękowania za „rożowe zasłony”, „pół okna”, „serwetki” itp. Doceniłaś wszystkich.

MS: Oczywiście! Wszyscy pomogli bezinteresownie, z czystej miłości do animacji i tego projektu.

BK: Co aktualnie cię fascynuje?

MS: Beskid. Dawno temu pojechaliśmy tam z moim ówczesnym chłopakiem. Mieliśmy pomysł na ucieczkę z miasta. Przypadkiem dowiedzieliśmy się, że w gminie jest przetarg na jakąś pustą dolinę. Nie wiedziałam wtedy nic o historii tego miejsca. Stawiliśmy się na licytacji tylko na złość myśliwym, którzy mieli nadzieję kupić tę ziemię za grosze. Przyjechaliśmy grupą z Berlina i wyłożyliśmy pieniądze, które zarobiliśmy na myciu szyb na skrzyżowaniach. Po zamianie marek na złotówki okazało się, że przebijamy myśliwych. Wyobraź to sobie, pojawiliśmy się w urzędzie gminy, w której w życiu żadnego punka na oczy nie widzieli. Mieliśmy kolczyki, tatuaże, kolorowe włosy. Byliśmy dla nich jak jakieś obdartusy. Pamiętam, że z licytacji bardzo szybko mnie wyrzucili, bo dokuczałam myśliwym. To było ponad 20 lat temu, nadal nam to pamiętają, ale teraz jest wersja, że przyjechaliśmy na motorach i mieliśmy ze sobą całe reklamówki pieniędzy. Prawda jest taka, że przyjechaliśmy PKS-em, a w reklamówkach mieliśmy co najwyżej konserwy sojowe.

BK: I co z tym Beskidem?

MS: Na niemal każdym etapie mojego życia to miejsce się ujawnia i oddziałuje na mnie. Jeżdżę tam co jakiś czas, zarówno w lepszych, jak i gorszych momentach życia. Czasem, kiedy chcę być sama, a czasem, kiedy chcę tam kogoś zaprosić. Każdy z tych wyjazdów to kamień milowy w moim życiu. Za każdym razem coś stamtąd dostaję. To moja mentalna baza, która promieniuje na wiele aspektów życia. Czuję się bardzo związana z tym miejscem.

BK: À propos więzi, słyszałam, że masz niesamowitą ze swoimi dziećmi. Jesteś mamą marzenie, z którą można poszaleć, ale też poważnie porozmawiać. 

MS: Naprawdę? Wydaje mi się, że mam normalny, dobry kontakt z dziećmi. Najbardziej lubię, kiedy jestem z nimi sama i mam wtedy kompletny luz. Zamiast obiadu zjemy kanapki, ale i tak jest ekstra! Siedzimy cały dzień i robimy domek dla Jagny misiów. I często jest tak, że Jagna robi już coś innego, a ja wciąż przyklejam tapetkę (śmiech). Wkręcam się w dziecięce zabawy. I jak jest ten czas, że można, to czuję się przy nich jak dzieciak. Na pewno łatwiej mi się bawić z Jagną, bo z małym Kajem w strzelanki nie bardzo umiałam. Od tego był tata. Ja byłam od przytulanek i rysowanek. Tylko że Kaj nie za bardzo lubił rysować. Kredka mu od ręki odpadała do siódmego roku życia. Zero rysunków na lodówkę. Nic! Razem się z tego śmialiśmy. Za to Jagna jest totalnym rysowaczkiem. Chciałabym wrócić do tego luzu w rysunku, który ona ma teraz.

Tylko wiesz, jak trzeba zjeść obiadek, to zamieniam się w tęupierdliwą mamusię.

BK: Na czym koncentrujesz się w wychowywaniu dzieci?

MS: Pamiętam o ich ludzkich prawach. Na przykład kiedy idziemy do cioci na imieniny i Jagna jest zawstydzona i nie chce powiedzieć „dzień dobry”, nie zmuszam jej. Wszyscy powtarzają, że muszę ją tego nauczyć. A ja uważam, że to osobny człowiek, a nie maszynka do zadowalania innych i może robić to, co uważa dla siebie za komfortowe w danym momencie. I później, kiedy będzie starsza, też nie musi robić niczego, z czym nie będzie się dobrze czuła.

Dużo dzieciom odpuszczam i słabo u mnie ze stawianiem, modnych ostatnio, granic. Przeciwnie, często namawiam Kaja na różne nietypowe rzeczy. Nie chciałabym oczywiście, żeby wszedł w coś, z czym sobie nie poradzi, ale dopinguję mu w sprawach, na które klasyczna mama pewnie nie wyraziłaby zgody. Często gadamy, śmiejemy się. Pokazujemy sobie różne filmiki. To jest naprawdę fajny, odpowiedzialny i empatyczny chłopak. A poza tym nie mogę przed nimi udawać kogoś, kim nie jestem.

BK: Korzystałaś kiedyś z pomocy w opiece nad dziećmi?

MS: Oprócz ich taty i mojej mamy w życiu! Nie zniosłabym świadomości, że jakieś obce osoby miałyby mi się kręcić po domu. Jak czasem przychodzi pani pomóc mi w sprzątaniu, to pomimo że bardzo ją lubię, jednak się denerwuję. Z żadną nianią nie dałabym rady. Nie lubię, kiedy ludzie, których ja sama nie przygarnęłam, wchodzą na mój teren. A poza tym szkoda mi każdej straconej chwileczki spędzonej z dziećmi. Że niby ktoś inny miałby z nimi być? A co, jeśli one właśnie wtedy powiedzą coś super? To przecież moje dzieci.

BK: A nie bywasz nimi czasem zmęczona?

MS: Yhy, ale rzadko. Tak naprawdę to jestem zmęczona gotowaniem i innymi obowiązkami domowymi. Najchętniej non stop bawiłabym się z dziećmi. Gdyby tylko ktoś nam te obiady pod drzwi podsuwał i znikał, byłoby wspaniale. Nie mam żadnego problemu z obecnością czy towarzystwem swoich dzieci. Lubię z nimi być i wszędzie je ze sobą zabierać. Czasem nawet wolę pójść z nimi, bo mogę im coś pokazać i całe wyjście nabiera wartości. Już się nie mogę doczekać, żeby zabrać Kaja na jakąś większą wyprawę rowerową po górach. Z Jagną trochę gorzej, bo ona z kolei nie umie jeździć na rowerze (śmiech).

BK: Masz w sobie tyle radości i luzu… Myślisz, że są tacy, którzy za tobą nie przepadają?

MS: Pewnie tak, w młodości musiałam być dość egocentryczna, bo mój przyjaciel punkowiec powiedział na jakiejś imprezie: „Mania, ale ty nie jesteś pępkiem świata”. Jaki to był strzał! Zapamiętałam to do końca życia. Pamiętam, że na początku zrobiło mi się trochę przykro, ale potem przemyślałam sprawę i dotarło do to mnie, że „o kurdę, stary, ty masz chyba rację! Ale obciach! Sorry!”. Nie było w tym nic złośliwego i totalnie mnie ustawiło. Od tej pory bardzo uważam, żeby nie narzucać innym swojej wizji rzeczywistości.

BK: Czyli trochę cię zblokował?

MS: Tak, ale to dobrze. Bo jak dziś o sobie myślę, to widzę, że byłam rozpasana jak dziadowski bicz (śmiech).

BK: Opieka nad synkiem była wymagająca, bo Kaj chorował na atopowe zapalenie skóry, ale znalazłaś czas na coś swojego. Jak to było z twoim sklepem Luka Bandita?

MS: To było zaskakujące. Kiedy siedziałam z Kajem w domu, chciałam zarabiać i podłubać coś dla siebie. Kręciło mnie, że sama przygotowuję stronę internetową, sama projektuję ubrania. Nie sądziłam, że ta przygoda rozwinie się na kolejne jedenaście lat. Najpierw zrobiłam 10 koszulek i za pieniądze z ich sprzedaży zrobiłam 20 następnych, i to się dalej samo błyskawicznie pomnożyło. Zwróć uwagę, że to nie były czasy Facebooka ani żadnych portali, które mogły pomóc w promocji. Działała tylko poczta pantoflowa. Tak więc w dzień zajmowałam się Kajem, a w nocy robiłam Lukę i swój dyplom z animacji. Traktowałam to jak hobby, a stało się na pewien czas naszym głównym źródłem utrzymania.

BK: Nie czułaś się uwiązana?

MS: Dopóki to była kreacja, odkrywanie nowych gruntów, nie. Ale jak tylko zorientowałam się, że zamieniam się w nadzorcę, robię coraz mniej własnych wzorów, jestem bardziej bizneswoman, a nie grafikiem, odpuściłam i zamknęłam firmę. Poza tym pojawiły się sieciówki i nagle zawaliły miasto tony ubrań i wyprzedaży. Moja Luka nie była już potrzebna.

BK: Po drodze jednak miałaś osobisty kryzys, który stał się początkiem nowej pasji.

MS: Zanim miałam dzieci, byłam odpowiedzialna w życiu tylko za psa i robiłam wszystko, na co tylko miałam ochotę. Ale jak pojawił się Kaj, poczułam megaodpowiedzialność. Pomyślałam, że teraz nie liczę się już ja, tylko to dziecko. W dodatku byłam bardzo zakochana i jak wiele kobiet poświęciłam się, żeby facet mógł robić karierę. Nikt tego ode mnie nie wymagał, sama to sobie zrobiłam. Dwie zagraniczne galerie regularnie zamawiały u mnie wszystko, co namalowałam. Byłam bardzo bogatym punkiem (śmiech), z perspektywą rozwoju, ale odpuściłam ze względu na rodzinę. Trwało to siedem lat. Potem pojawiła się Jagna.

I przyszedł taki moment, kiedy wszystko się rypło. Jedno wydarzenie spowodowało, że zwątpiłam. W międzyczasie poważnie uszkodziłam kolano, więc po operacji przez prawie rok chodziłam o kulach. Przeżyłam stres ponad moje siły. Sytuacja sprawiła, że czułam się jak lis w potrzasku czekający na zbliżający się koniec. Ten kryzys trwał prawie dwa lata.

BK: To wtedy poczułaś, że musisz ruszyć w drogę?

MS: Tak. Całą wyprawę wymyśliłam sobie w komputerze. Wybrałam trasę na północ, do Norwegii, jak najdalej, biorąc pod uwagę, na ile było mnie stać. Nie miałam prawa jazdy, ale miałam rower, więc te 400 kilometrów po wyspach północnego wybrzeża Norwegii zrobiłam z chorą nogą, która zginała się tylko do 90 stopni i ani centymetra dalej (śmiech). Wszystko ze sobą miałam na tym rowerze: namiot, sprzęt, jedzenie. Myślę, że ten pomysł podyktował mój instynkt samozachowawczy – ratowałam siebie, i koniec. Była tam też myśl o dzieciach, o tym, że nie mogą mieć połamanej i nieszczęśliwej mamy. Nie było mnie w sumie dziesięć dni.

BK: Jak to wspominasz?

MS: Wspaniale, bo to była walka o swoje. Odzyskałam samą siebie. Tym wyjazdem wróciłam do swoich korzeni i na swoje tory. Znowu jestem tą dziewczyną, którą byłam kiedyś. A przy okazji przypomniałam sobie, że jestem niezależną osobą, mam swoje potrzeby i nie jestem na usługach domu i dzieci.

BK: Ale jeden z wyjazdów był szczególny.

MS: Tak, bo celem był Spitsbergen. Zawsze chciałam się tam znaleźć – to był ostatni rozdział przewodnika po Norwegii, miejsce, które wydawało się nie do ruszenia. Nie chciałam tam nigdy trafić jako klasyczna turystka na promie, oglądająca misia przez lornetkę, dlatego długo czekałam na okazję. W końcu dowiedziałam się, że jeden z kolegów zaciągnął się na jakiś statek. Od razu do niego zadzwoniłam i powiedziałam: „Słuchaj, nie wiem, jak to zrobimy, ale ja muszę cię na tym statku zmienić”. On na to: „A masz papiery, żeby pływać?”. Na co ja, że nic nie mam, nawet karty pływackiej (śmiech). Dzięki poleceniu kolegi kapitan się zgodził. W domu powiedziałam o wszystkim, dopiero jak kupiłam bilety. Tam nie ma żadnego zasięgu, nawet radiowego, więc dzieciom wysłałam pocztówki.

BK: Opowiedz, jak tam było.

MS: To chyba musiałby być osobny artykuł, albo książka (śmiech). Podstawą tych wyjazdów był fakt, że jechałam sama. W takiej sytuacji jestem bardziej uważna i bardziej otwarta na świat zewnętrzny. Wszystkie trzy rejsy przepłynęłam ze wspaniałym i malowniczym, na wzór Shackletona, kapitanem Jerzym Koszem. Pierwszy na bardzo małym Eltaninie, ostatni już na bardziej luksusowym Operonie (nie śpisz z głową na silniku, a w toalecie są drzwi!). Kapitan przygarnął mnie jako swoją jednoosobową załogę i pływaliśmy w charakterze arktycznej taksówki, zabierając naukowców lub turystów w trudno dostępne miejsca. Już w pierwszym roku kapitan zostawiał mi jacht, żeby wypłynąć z fiordu między dryfującymi kawałami lodu, a sam szedł drzemać pod pokład. Latem nie ma tam czegoś takiego jak noc, więc śpi się, kiedy się uda. Podczas jednego z rejsów przez dziesięć dni nie udało nam się zakotwiczyć, bo cały czas był sztorm. Do tego wysiadł nam silnik i pływaliśmy wzdłuż brzegu, próbując wpłynąć do fiordu przechyleni o 45 stopni. Było to dość zabawne – taki niekończący się rollercoaster, na którym jeszcze trzeba umyć zęby, zrobić jedzenie i bagatelka – skorzystać z toalety. Że jest niewesoło, zorientowałam się, kiedy kapitan powiedział: „Mario situejszyn is not fanny (mieliśmy trzech angielskich naukowców na pokładzie).

BK: Jeszcze jakieś mrożące krew w żyłach historie?

MS: Wybrałam się kiedyś sama na przechadzkę po jednym z wybrzeży. Pożyczyłam od kierownika stacji rudego husky’ego, ale nie zabrałam broni. Trochę przychojrakowałam. I kiedy po jakimś czasie wsiedliśmy na ponton, którym płynęliśmy do jachtu, zobaczyliśmy wielkiego niedźwiedzia polarnego, który szedł tą samą drogą co ja przed chwilą. Niewiele brakowało, a spotkalibyśmy się twarzą w twarz.

BK: A co cię poruszyło czy najbardziej utkwiło ci w pamięci?

MS: W tym roku popłynęliśmy za 80 równoleżnik, czyli na koniec świata. Tam Spitsbergen się kończy, a za dwa stopnie jest już tylko granica lodu. Powiem ci, że to było niesamowite. Spodziewałam się dramatycznych skał, fal bijących wściekle o brzeg, a było dużo dziwniej. Płasko, cicho i wszystko skąpane we mgle. Nie było tam już praktycznie nic poza kilkoma fulmarami śledzącymi statek. Po powrocie namalowałam serię obrazów inspirowanych tymi widokami. Dla oglądających pewnie były one kompletnie bezsensowne – nie odnosiły się ani do sytuacji politycznej, ani do niczego, co było na topie. Prawie jakby ich nie było.

BK: Ale te wszystkie wyprawy były na granicy ryzyka, prawda?

MS: Pewnie tak, ale kiedy to się działo, ja tego zupełnie nie czułam. Nigdy nie czułam takiego strachu. Jak byłam młoda, uzależniłam się od adrenaliny. Jak nie było adrenaliny, to nie działałam. Używki, głupoty, pobyty w komisariacie, deportacja… Nie robiłam nikomu krzywdy, ale wszystkie takie rzeczy, które wyzwalały adrenalinę i były wysoko notowane w towarzystwie, robiłam. Mieszkałam w wagonach w Berlinie, squatach i gdzie popadnie. Poznałam freaków z całego świata. Dziś, jak myślę o różnych sytuacjach, to widzę, że wiele razy było na granicy. Ale nic się nie stało, i myślę, że to dlatego, że mam pozytywne nastawienie, a ono przyciąga farta. Powiem ci nawet, że żałuję, że więcej głupot nie robiłam w młodości. Teraz już za późno, bo mam dzieci.

BK: A jeśli Jagna taka będzie?

MS: Łeb jej ukręcę (śmiech).

BK: Czy ty w ogóle wiesz, co to strach? Boisz się czegoś?

MS: Nie wiem, raczej mało. Bałam się niedźwiedzia spotkanego w Tatrach i węża, z którym płynęłam w basenie w Brazylii. Trochę też pękającego lodu, kiedy byłyśmy z koleżanką na środku niedostatecznie zamarzniętego jeziora w Finlandii. Chyba też nigdy nie byłam specjalnie atrakcyjna dla gwałcicieli. Chłopakowata, chuda. Wydaje mi się, że to telewizja wszystko wyolbrzymia. Ten świat nie jest wcale taki straszny, jak go w niej pokazują. Świat jest świetny, pod warunkiem że masz przekonanie, że jest twój. To nie jest tak, że mam zerowy instynkt samozachowawczy. Teraz na przykład planuję wyjazd na Ukrainę i wolałabym tam pojechać z kimś. Na Spitsbergenie nie miałam takich obaw, bo tam co najwyżej niedźwiedź mógłby mnie pożreć. Ale gdyby to się miało stać, fakt, że jestem z kimś, niczego by nie zmienił. Chyba że ten ktoś biegałby wolniej ode mnie (śmiech). Moje obawy budzą chyba tylko źli ludzie. I wiesz co, jednak jest coś, co wywołuje mój niepokój. Boję się, że moje dzieci spotkają złych ludzi, którzy je w coś wciągną, wykorzystają czy oszukają. Tak, tego się boję.

BK: A jak one reagowały na twoje podróże? Zostawały wtedy w domu tylko z tatą i babcią.

MS: Są ze mnie na razie dumne. Od samego początku dopingują i trzymają kciuki. Wszystkim opowiadają o moich wyczynach. Jagna na przykład maluje mnie zawsze na białym niedźwiedziu, a wiatr rozwiewa mi różowe włosy.

BK: Twoja historia może być inspirująca dla wielu kobiet.

MS: Mam nadzieję. Uważam że, żaden zastępczy tata w postaci chłopaka czy dzieci, które mają kochać do końca życia, nie dadzą kobiecie tego, co ona sama może sobie dać. Nikt nie zadba o nią tak dobrze jak ona sama. Dlatego nie można wzbudzać w innych poczucia winy z powodu własnych frustracji. Takie wyrzuty powodują tylko agresję. Nie ma co oczekiwać pomocy od kogoś, bo ludzie mogą cię kochać, ale i tak na końcu każdy myśli o sobie. Poświęcanie się i liczenie na czyjąś wdzięczność nie popłacają. Tylko własną energią i radością można realizować samospełnienie. A trzeba zdążyć w życiu zrobić wszystkie rzeczy, które nas interesują. Nawet gdyby to miało być coś strasznie głupiego czy irracjonalnego zdaniem bliskich nam osób.

//

Materiał opublikowany pierwotnie w numerze specjalnym Zwykłego Życia – Dziewczyny.