Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Na spotkanie z Natalią Fiedorczuk-Cieślak jadę do Milanówka. Siadamy na tarasie jej mieszkania, między nogami kręci się kot, pijemy kawę. To czas, w którym dzieci są w przedszkolu, mąż w pracy, możemy więc spokojnie rozmawiać. Po przeczytaniu Jak pokochać centra handlowe zastanawiałam się, czy Natalia przypomina bohaterkę swojej książki. Jest zupełnie inna, choć twierdzi, że postać, którą opisała, można by uznać za jej alter ego. Jej debiut literacki, opowiadający o trudnych doświadczeniach macierzyństwa, w 2016 roku został nagrodzony Paszportem „Polityki”. Rozmawiamy o sukcesie związanym z pierwszą książką, ale też o pracy, pisaniu, muzyce i o tym, co to znaczy być matką w XXI wieku w Polsce.

Ewelina Klećkowska: Na początek chciałam zapytać nie o pisanie, tylko o muzykę. Jak się ma Nathalie and The Loners i inne projekty muzyczne?

Natalia Fiedorczuk: Jeśli chodzi o Nathalie, to znudziła mi się ta formuła. Odkryłam, że już nie tego szukam w muzyce. Irytuje mnie to, w co sama wpadłam, czyli taki rodzaj kliszy, jaką się określa kobiety, które same komponują i produkują. Jest taka zasada, że to specyficzna muzyka, intymna, kameralna, kobieca, którą zawsze da się porównać do muzyki innych kobiet, a nie do muzyki ogólnie rozumianej, znajdującej się w jakimś nurcie. Mam silne korzenie punkowo-rockandrollowe i czułam, że ta energia, która poszła w dwie płyty, już się trochę wypaliła i teraz chciałabym pograć coś bardziej energetycznego. Dwa lata temu nagrałyśmy z Natalią Zamilską materiał na płytę, który cały czas czeka. Jeszcze nie wiem, jakie będą jego losy, na razie zagrałyśmy jeden koncert. Bardzo lubię wymyślać i komponować, realizuję się w muzyce ilustracyjnej, gdzie zazwyczaj mam dużą swobodę działania. Na początku kwietnia w Starym Teatrze odbyła się premiera spektaklu Kopciuszek w reżyserii Anny Smolar, do którego skomponowałam muzykę. Za chwilkę zaczynam pracę nad muzyką do filmu fabularnego.

EK: Co dalej z pisaniem?

NF: Teraz stało się tak, że to pisanie jest ważne. Zawsze było, ale w końcu mogę się tym legitymować. Pisząc i komponując, współpracuję z teatrem i filmem, bo od kilku miesięcy jestem konsultantem literackim w Studiu Munka. Pracuję z młodymi reżyserami i ich scenariuszami. Są to na ogół ich pierwsze filmy po opuszczeniu szkoły. Niedawno napisałam tekst do spektaklu w reżyserii Bartka Frąckowiaka wystawianego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Spektakl był naszym wspólnym pomysłem z Bartkiem, a zrodził się z próby zrealizowania adaptacji książki Janusza Korczaka Bankructwo małego Dżeka. Mocno nas fascynują sprawy ekonomiczne w przełożeniu na codzienność. Spektakl ma tytuł Workplace i opowiada o rynku pracy kobiet. Takie rzeczy teraz robię.

EK: Masz pomysł na kolejną książkę?

NF: Tak. Pomysł, który już od jakiegoś czasu miałam w głowie, zaczęłam spisywać, gdy zaakceptowałam ostatnią korektę Jak pokochać centra handlowe. Teraz piszę, chociaż robię to wyrywkowo. Myślę, że czas pisania i porządkowania materiału przyjdzie dopiero w drugiej połowie roku.

EK: Za Jak pokochać centra handlowe dostałaś Paszport „Polityki”. To duże wyróżnienie, ale również presja związana z drugą książką. Jak się z tym czujesz?

NF: Presja jest, również ze strony samego rynku, wydawców i krytyków. Dużo ludzi o to pyta. Wiadomo,  weryfikacją każdego debiutu, uznanego przez niektórych za sukces, albo przeciwnie, staje się druga książka. Przeszłam to już w przypadku płyt. W literaturze udało mi się znaleźć szersze grono odbiorców, co było dla mnie dość zaskakujące. Pamiętam moje napięcie, gdy musiałam wydać drugą płytę. Pierwsza była fajna, została zauważona, więc druga musi być już w ogóle ekstra. Rozumiem tę presję, ale staram się o tym nie myśleć. Rynek wydawniczy funkcjonuje w ten sposób, że książki są często zamawiane. Mi akurat bardzo zależało na tym, żeby nie sprzedawać pomysłu, który ewentualnie redaktor mógłby pociągnąć dalej, bo to temat, który mocno mnie pali. I tak jak pierwsza książka, ta również będzie beletrystyką, powieścią pisaną z perspektywy kobiecej, bo uważam, że takiej perspektywy we współczesnej literaturze jest za mało. Ale na razie nie chcę więcej zdradzać.

EK: Wróćmy w takim razie do momentu, w którym zaczęłaś pisać pierwszą książkę. Skąd wziął się pomysł na Jak pokochać centra handlowe?

NF: Moment w moim życiu, w którym zabrałam się za pisanie na poważnie, to czas, kiedy byłam w domu z pierwszym dzieckiem. Nie ma wtedy przestrzeni, żeby grać trasy, pracować intensywnie nad nowym materiałem z zespołem czy w studiu, bo małe dziecko ma swoje wymagania, które są zupełnie sprzeczne z tym, co robi muzyk. Miałam różne pomysły i chciałam je nagrywać, więc czekałam, aż dziecko zaśnie. Mieszkaliśmy wtedy w małym, dwupokojowym mieszkaniu. Zamykałam dziecko w sypialni, włączałam elektroniczną nianię i zaczynałam rozstawiać swój sprzęt. I jak już wszystko rozstawiłam, to albo dziecko się budziło na nocne karmienie, albo ja byłam tak zmęczona, że nie miałam poweru do tego, żeby rozwijać jakiś pomysł przez pół nocy. Wiedziałam, że jak będę siedzieć do trzeciej, czwartej nad ranem, to rola matki małego dziecka będzie mocno upośledzona. Jeśli chodzi o pisanie, to pisałam wcześniej i po porodzie wróciłam właśnie do takiej aktywności zawodowej. Co tydzień przez trzy lata pisałam felietony dla portalu T-mobile Music i coraz więcej myślałam o tego rodzaju twórczości. Podobno jest taka teoria, że jak się dużo chodzi, to ma się więcej pomysłów, a ja chodziłam z wózkiem. Wtedy nauczyłam się efektywności w działaniu oraz tego, że większość rzeczy, o których chcę napisać, powstaje w głowie, a później trzeba to jakoś przelać, zaczęłam też pisać coraz więcej rzeczy dla siebie.

EK: Czyli na początku spisywałaś swoje doświadczenia.

NF: Trochę tak. Dużo chodziłam i obserwowałam. Szukałam odpowiedzi na pytanie, jak w zasadzie powinno wyglądać to macierzyństwo w 2013 roku, czyli w drugiej dekadzie XXI wieku w Polsce. Co kieruje moimi wyborami? Jak bardzo wpływa na to społeczna presja i uzewnętrznione przekazy oraz te międzypokoleniowe, które wyniosłam z domu. Skupiłam się na kulturowych i popkulturowych wzorcach. Zaczęłam to traktować jako pole eksperymentu i obserwacji, więc chodziłam po parku, na place zabaw albo właśnie do centrów handlowych i strzygłam uszami. Wtedy właśnie rodziła się bohaterka książki. Oczywiście mogę uznać, że to moje alter ego, osoba, która jest w absolutnym kryzysie i nie widzi dla siebie nadziei. Ja tę nadzieję widziałam, chociażby dlatego, że pisałam, a to było dla mnie bardzo terapeutyczne zajęcie. Wiedziałam, że oprócz tego, że jestem matką, mam nową tożsamość, z którą muszę się oswoić, to cały czas mogę robić też inne rzeczy. Zaczęłam tę bohaterkę wymyślać, trochę się w nią wcielać i rozmawiać z kobietami.

EK: Na forach dla mam?

NF: Dużo moich koleżanek urodziło w podobnym czasie dzieci. Zaczepiałam też kobiety na forach, do tej pory uczestniczę w życiu kilku grup. Wtedy odkryłam, jak bardzo istotne jest to, co miała moja mama, kiedy ja się urodziłam. Codziennie spotykała się ze swoją szwagierką, która miała dziecko w tym samym wieku. Nie wiem, czy szczególnie mocno się przyjaźniły, ale po prostu czuły, że muszą być razem. Kontakt z innymi kobietami w czasie tej ultrakobiecości rozumianej w sposób biologiczny jest bardzo ważny. Zaczęłam badać komunikację, przekonania na temat tego, kim jest dobra i zła matka, co o tym decyduje. Czym jest patologia, której doszukujemy się dużo szybciej, niż ona w rzeczywistości nastąpi, co wiąże się z momentem historycznym, w jakim akurat żyjemy. Widzę, że teraz jest już trochę inaczej niż w momencie, w którym pisałam książkę. Sytuacja geopolityczna sprawiła, że mamy powrót do konserwatyzmu, i to się przejawia również w rozmowach matek. Na przykład koncepcja rodzicielstwa bliskości, która jest mi bliska, ale zakłada w swojej doktrynie, że głównym opiekunem dziecka jest matka, która powinna jak najdłużej karmić piersią na żądanie i odłożyć na bok większość swoich potrzeb jako osoby dorosłej, bo dziecko i budowanie z nim więzi jest najważniejsze. To przeformułowane i przefiltrowane przez polską tradycję brzmi bardzo konserwatywnie. Kobieta w Polsce w XXI wieku to osoba spotykająca się z wielu stron z betonowymi ścianami, które ją formują i określają, co w zasadzie powinna. I jeśli zbierzemy te najbardziej opresyjne opinie, to wyłania się straszliwy obraz. Pomyślałam, że dobrze byłoby ten obraz przedstawić za pomocą bohaterki, która jest uwikłana w proces stawania się matką i żeby przez jej osobę pokazać mechanizmy, które moim zdaniem są intensywnie i często podświadomie przez kobiety powielane.

EK: Jakie to są mechanizmy?

NF: Zacznijmy od stereotypu dobrej matki, która sama sobie ze wszystkim radzi i nikogo nie prosi o pomoc. To jest właśnie ta matka Polka, która bez mężczyzny ogarnia całe gospodarstwo. Kobieta, która potrafi załatwić wszystko, sprawy biznesowe, domowe i te związane z dziećmi. Z drugiej strony jest obraz kobiety promowany przez media celebryckie, które mają obsesję na punkcie kobiet w ciąży i dzieci znanych ludzi. Skupiają się na ich wyglądzie, na tym, czy dwa tygodnie po porodzie jakaś celebrytka pojawi się na czerwonym dywanie i czy będzie widać, że była w ciąży. To mocno przekłada się na życie codzienne kobiet i przekonanie w tym trudnym momencie osłabienia i zetknięcia się z biologią własnego ciała, że jeszcze coś powinnam robić. A do tego dochodzi realizacja zawodowa. Nie dość, że powinnam pracować i odnosić sukcesy, to jeszcze ta praca, szczególnie w sektorze kreatywnym, ma mi przynosić nie tylko pieniądze, ale też satysfakcję i poczucie, że robię coś wartościowego. Czyli powinnam być wysportowana, mieć swoje pasje, współpracującego partnera, z którym dogaduję się bez żadnych zgrzytów, a mieszkanie musi być oczywiście wysprzątane.

EK: Właśnie, to sprzątanie ciągle przewija się w książce. Niby prozaiczne zajęcie, a poświęciłaś mu bardzo dużo miejsca.

NF: To jest taka dziwna, nieuświadomiona presja, którą można w sobie odnaleźć. Wiele dziewczyn opowiadało mi o tym, że zaczęły obsesyjnie sprzątać, gdy były w domu z dzieckiem.

Niech żyją dziewczyny! 2 już 10 lutego, nie przegap!

EK: Z poczucia winy, że są w domu i ostatecznie nic takiego nie robią, a partner pracuje na utrzymanie rodziny?

NF: Z jednej strony tak. Są w domu, w sumie nic nie robią, to niech chociaż będzie posprzątane. Z drugiej strony sam akt sprzątania i dbania o dom, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie, pozwala mieć jakąś pozorną kontrolę nad rzeczywistością. Rzeczywistość młodej matki bardzo się zawęża, ścieśnia do domu, przychodni, parku, pobliskiego sklepu, do którego można wjechać wózkiem, i może właśnie centrum handlowego. Życie w takiej monotonii może frustrować, zwłaszcza jeśli ktoś ma taką osobowość, która każe szukać ciągle nowych bodźców. A dziecko jest taką osobą, składnikiem tego całego równania, które nieraz wymyka się spod kontroli. Niby robimy wszystko tak jak trzeba, zgodnie z podręcznikami i najnowszą wiedzą naukową, a jednak dziecko nie zachowuje się tak, jak byśmy tego oczekiwali, bo na przykład ma kolki i płacze przez trzy czwarte doby. Nie śpi, mimo że stosujemy wszystkie metody z książek. To frustrujące, zwłaszcza dla osób nastawionych na osiągnięcia. Często takie cechy przypisuje się mężczyznom, ale kobiety również chcą widzieć efekty swojej pracy. Sprzątanie domu, szczególnie w tych chwilach, kiedy dziecko szczęśliwie zaśnie, jest taką próbą poustawiania wszystkiego na miejsce, znalezienia sobie przestrzeni, która jest do ogarnięcia umysłem.

EK: Z jednej strony presja, aby szybko wrócić do pracy, a z drugiej rodzicielstwo bliskości.

NF: Chęć szybkiego powrotu do pracy bierze się też z czynników ekonomicznych. Te mamy, które szybko wracają do pracy, najczęściej muszą to zrobić, bo na przykład życie w dużym mieście narzuca pewien styl życia. Ciężko się pogodzić z tym, że nagle te wszystkie wartości, które wcześniej wydawały mi się istotne w życiu, muszą przestać mieć znaczenie, ponieważ moja zdolność ekonomiczna, jako kobiety i matki, spada. Według amerykańskich badań, które czytałam, różnica wynagrodzeń jest najbardziej dotkliwa w przypadku kobiet, które mają dwoje i więcej dzieci. W przypadku kobiet i mężczyzn przed trzydziestką, którzy są bezdzietni, utrzymuje się na poziomie 10–12%, ale jeśli porównamy płace czterdziestopięcioletnich mężczyzn i kobiet, którzy mają dzieci, to różnica sięga nawet 50%. Na tym samym stanowisku kobieta może zarabiać o połowę mniej. To bierze się z czasu, który oddaje dzieciom. Ekonomiczne fakty są druzgocące. Zawsze lepiej myśleć, że się na to nie załapuję, bo na przykład będę pracować na zlecenia, kiedy dziecko śpi. Ja na przykład przy pierwszym dziecku mogłam pracować jedynie w nocy.

Mamy poczucie, że jeśli zrobimy sobie dłuższą przerwę i oddamy się macierzyństwu, to możemy szybko z tego rynku zostać wykopane. Długo walczyłyśmy o to, co udało nam się osiągnąć jako kobiety i jako jednostki, więc presja na powrót jest duża. Pracowałam z dziewczynami, które mają relatywnie dobrą pozycję w środowiskach twórczych, i widziałam ich rozdarcie, gdy stawały się matkami. Mówi się, że łatwiej jest mamie, gdy ma elastyczną pracę, ale prawda jest taka, że trzeba się nauczyć robić w dwie godziny to, co kiedyś robiło się w sześć. Umiejętność organizacji czasu to wartość dodana, bo kobiety płacą swoim czasem za wiele rzeczy.

EK: W książce opisujesz doświadczenia depresji poporodowej oraz poczucie izolacji i osamotnienia, jakie spotyka młode matki. Dlaczego kobiety w trudnych chwilach, zamiast zwierzyć się przyjaciółce czy matce, wolą wrzucić post na forum składającego się z anonimowych osób?

NF: Z mojego doświadczenia wynika, że łatwiej taką rzecz powiedzieć kobiecie, która jest w podobnej sytuacji. Czasami, gdy miałam gorsze dni i spotykałam się z koleżanką, szłam na przykład do kawiarni dla mam, rozglądałam się zmęczonym wzrokiem po sali i spotykałam taki sam wzrok u innej kobiety. Wystarczył błysk zrozumienia i wiedziałam, że prawdopodobnie tej nocy wstawała sześć razy, ma zapalenie piersi, od długiego czasu nie rozmawiała z żadną dorosłą osobą poza mężem. Kluczowy wydaje mi się moment, kiedy partner wraca do pracy, bo często jest tak, że jednak ojcowie biorą sobie te parę tygodni wolnego, żeby oswoić się z dzieckiem, uczyć się funkcjonowania z nową osobą. Gdy partner wraca do pracy, kobieta zostaje sama i nagle jesteś jakby z kimś w domu, ale jest to osoba, która nie oddaje ci tych wszystkich emocji, nie powie, czy płacze przez za ciasną pieluszkę, czy dlatego, że jest głodne, znudzone lub dzieje się coś złego i jest chore. Nagle zostajemy z kimś w domu i musimy zaspokoić jego wszystkie potrzeby bez lustra w postaci partnera. Dziewczyny, z którymi rozmawiałam, mówiły mi, że to w tym momencie czuły, że ich nastrój wykracza poza standardowy baby blues. Ja, jako osoba, która nie była jakoś szczególnie towarzyska przed urodzeniem dziecka, odkryłam, że szukam ludzi, że ich potrzebuję. To było niesamowite, ponieważ przez trzydzieści lat swojego życia uważałam się za introwertyczkę, a nawet dzikusa. Jeździłam do swojej mamy ponad trzysta kilometrów, ponieważ wiedziałam, że mój mąż przez cały tydzień będzie wracał z pracy bardzo późno, a ja z tej samotności zwariuję. Zaczęłam szukać towarzystwa również w internecie. To jest o tyle wygodne, że internet jest na wyciągnięcie ręki. Można mieć poczucie, że nie jest się samemu, ale ma to swoje pułapki.

EK: Na przykład jakie?

NF: Wszystko zależy od tego, na jaką grupę się trafi. Jest tam też dużo negatywnych emocji, bo kobiety przychodzą z różnymi problemami. Wiadomo, że mama trójki dzieci, która siedzi w domu piąty rok i jest już zmęczona urlopem wychowawczym, może potraktować protekcjonalnie dziewczynę, która urodziła pierwsze dziecko i wpada w panikę, bo dziecko dostało wysypki. Boi się iść do pediatry, bo ten na nią nakrzyczy, albo dlatego, że zawraca głowę, bo to na przykład zwykły trądzik niemowlęcy, albo że jest wyrodną matką i dawno powinna pojechać do szpitala. Spotkałam się z takimi postawami pediatrów, oni też mają dużo pracy i są zmęczeni, a wiadomo, że matka zawsze wszystkiemu winna, szczególnie młoda matka.

Internet ma to do siebie, że łatwiej nam przychodzi bycie radykalnym. W internecie jesteśmy kimś, kim chcielibyśmy być. To, na kogo ludzie się kreują, jest bardzo ciekawe. Badanie tych aspiracji jest ważne zarówno dla twórców, osób takich jak ja, jak i dla marketerów, bo na tych osobach żeruje cały rynek. Na przykład chcemy być wyrafinowanymi artystkami ze stolicy albo superuważnymi ekomatkami. Teraz wszystkie mamy chcą uważnie i rozsądnie podchodzić do żywienia dzieci. Mam taką teorię związaną z terrorem, że dzieciom nie można dawać cukru. Uważam, że są to zaburzenia anoreksji by proxy. Kobiety są bardzo narażone na zaburzenia odżywiania. Myślenie o jedzeniu to rodzaj kąta, do którego wpędza się kobiety, żeby nie myślały o tym, że można robić inne, fajniejsze rzeczy, bo trzeba myśleć o figurze i swoich niedoskonałościach. Skupianie się na jedzeniu albo niejedzeniu coś nam rekompensuje. Obserwowałam takie dyskusje w internecie. Do tej pory w głowie wybrzmiewają mi posty młodej matki, dziewczyny z dużego miasta, która na anonimowym forum opowiadała o tym, że jest bardzo szczęśliwa, że jej dzieci są niejadkami i w sumie nic nie jedzą. Bardzo się cieszy, że są takie chude, bo ona zawsze była grubym dzieckiem. To bardzo dużo mówi o naszej kulturze, o miejscu kobiety i o tym, czym kobietę trzeba zająć, żeby na przykład nie zastanawiała się nad swoją sytuacją w szerszym kontekście, bo to może przynieść jakiś czarny protest albo mieć jeszcze gorsze konsekwencje.

EK: Z jakimi opiniami na temat książki się spotkałaś?

NF: Byłam zaskoczona tym, że na spotkania autorskie przychodzi bardzo dużo młodych dziewcząt w wieku licealnym, a nawet gimnazjalnym i mówią mi, że to jest dla nich ważna książka, bo pozwala im lepiej zrozumieć ich matki i przyjrzeć się sobie jako kobietom.

Paszport „Polityki” zmienił sporo, ponieważ przestałam być oceniana tylko jako matka, która napisała książkę o kontrowersyjnej treści, a zaczęłam jako pisarka. Nie rugano mnie już wyłącznie za to, jaką jestem matką. Chociaż nie uważam, żebym opisała tam coś strasznego czy jakieś straszliwe patologie; opisałam samotność, która w dużej mierze może być udziałem wielu matek. Zainteresowała się mną krytyka literacka, więc jechano po mnie, że napisałam książkę, która jest fatalnie napisana, ale na szczęście jest też grupa krytyków, która dostrzegła, co przyświecało mi podczas pisania tej książki – że chciałam napisać o trudnych sprawach w łatwy sposób.

EK: W książce opisujesz doświadczenia, uczucia i myśli, o których nie mówi się nawet najbliższym. Czy ktoś ci powiedział, że nie powinno się pisać o takich rzeczach, bo na przykład nie wypada?

NF: Jeśli chodzi o kobiety, to najbardziej krytyczne opinie usłyszałam od osób, które zaczynały swoją wypowiedź mniej więcej tak: „Nie przeczytałam książki, ale nie wiem, jak można mówić tak, jak pani mówi…”. To były kobiety z pokolenia mojej mamy i babci. Jestem w stanie zrozumieć ich punkt widzenia i to, że książkę uważają za sarkanie jakiejś młodej laski, która ma wszelkie udogodnienia, dostęp do pieluch jednorazowych, pralki i internetu. Te kobiety mają zupełnie inne doświadczenia i ich główną motywacją nie było zastanawianie się nad macierzyństwem jako zjawiskiem, tylko przetrwanie. Problemy, o których teraz zaczynają mówić kobiety, to problemy, które przecież znają również nasze matki i babki, ale o nich nie mówiły, bo uważały, że nie warto. Po pierwsze dlatego, że jest to perspektywa kobieca, sprawy kobiet, takie kuchenno-czajnikowe, więc każda z nas powinna radzić sobie z tym wszystkim sama. Ważne jest przerwanie narracji, która mówi, że wiadomo, że jest ciężko, ale po co w ogóle o tym gadać i użalać się nad sobą. Ważne dla mnie są opinie kobiet z mojego pokolenia i takich, które mają już nastoletnie dzieci – że gdyby taka książka istniała, kiedy one były młodymi matkami, to może nie czułyby się takie samotne, że w końcu ktoś dał im głos. To są takie momenty, w których myślę, że napisanie tej książki było potrzebne.

EK: A mężczyźni? Czy ich opinie były dla ciebie ważne?

NF: Bardzo różne są ich reakcje. Pewien pan powiedział mi, że dla niego to książka o kryzysie i depresji. Przez ten rodzaj śluzu, który jest w mojej bohaterce, i ostre widzenie świata, w jakim się znajduje, poczuł, że opisuję również jego doświadczenia. To książka ogólnie o kryzysie, o jakimś momencie historycznym osadzonym w pozornej stabilizacji, w której żyjemy. Ale mężczyźni przede wszystkim dyskutują ze mną na temat moich umiejętności literackich. Często jest tak, że sami stwierdzają, że całe to macierzyństwo i dzieci to nie jest ich sprawa. Wtedy powołuję się na źródła historyczne. Argument, który często pada w dyskusjach akademickich na temat powinności i spraw rodzinnych, że instynkt macierzyński jest czymś naturalnym dla kobiety i jeżeli go nie masz, to jesteś jakaś zaburzona, łatwo obalić. Kobieta, która jest odpowiedzialna tylko za sferę domową, to wynalazek XIX wieku i są na to dowody w postaci źródeł historycznych. Każdy historyk wie, że jest to pokłosie rewolucji przemysłowej i ma swoje uzasadnienia ekonomiczne. Tak naprawdę od czasów nowożytnych kobiety pracowały na równi z mężczyznami, ale ich pozycja społeczna i prawa obywatelskie były bardzo ograniczone. Sfera prywatna przestaje być tylko domeną kobiet. Przejęłyśmy już część sfery publicznej i pora podzielić się z mężczyznami sferą prywatną, bo jeśli tego nie zrobimy, to zajedziemy się jak konie pociągowe. Sfera domowa daje takie dobre osadzenie, poczucie przynależności, zwłaszcza kiedy dzieci stają się coraz większe i funkcjonujemy w rodzinie jak w stadzie. To daje poczucie pewności, uczy odpowiedzialności, kompromisów, czyli rzeczy, które przydają się w kontaktach na zewnątrz.

//

Materiał opublikowany pierwotnie w numerze specjalnym ZŻ #dziewczyny w 2016 roku